O filmach zza oceanu

Wpisy z tagiem: freeman

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Invictus

Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Morgan Freeman i Matt Damon. W Polsce od 26 lutego.

Podobno sam Mandela powiedział, że jedynym aktorem, który może zagrać jego postać jest Morgan Freeman, toteż wybór tego aktora jako odtwórcy roli głównej wydaje się oczywisty nie tylko z powodu osobistych preferencji południowo-afrykańskiego bohatera. Eastwood i Freeman zrobili razem "Million Dollar Baby", a Freeman po tej współpracy zabrał do domu Oskara. Podejrzewam więc, że castingu na rolę Mandeli w ogóle nie było.

Film nie jest biografią Mandeli, a jedynie rysem biograficznym skupionym wokół mistrzostw świata w rugby, które w 1995 roku odbywały się w RPA. Mandela sprytnie i dyplomatycznie wykorzystał okazję, aby przekuć sportowe nadzieje związane z rugbystami na scalenie kraju, wciąż targanego apartheidem. Obraz pokazuje Mandelę jako zręcznego stratega, który wykorzystując uniwersalny język sportu doprowadził do tego, że znienawidzona przez czarnych mieszkańców drużyna Springboks (złożona głównie z białych graczy) stała się chlubą narodową.

"Invictus" to wyjątkowo nieskomplikowane kino. Jest to opowieść o kraju przechodzącym transformację społeczną i walczącym z nagromadzonymi przez lata uprzedzeniami rasowymi. Historia Mandeli i Francoisa Pienaara (Matt Damon), kapitana rugbystów, jest opowiedziana prosto i bez zbędnych ozdobników. Jak na mój gust, ten epizod z historii RPA to trochę jednak za mało, aby stworzyć porywające kino sportowe oraz za mało, aby wyszła z tego biografia jednego z najbarwniejszych przywódców w historii.  Brakowało mi rozmachu w tej historii. Damon jako Pienaar okazał się być duży lepszy w swojej roli niż Freeman jako Mandela i to u niego widać było pasję i zaangażowanie bohatera. Freeman był "letni", grający jakby na swoim wizerunku starszego pana, który niejedno widział i przeżył. Może taki naprawdę jest Mandela. Ja jednak patrząc na ekran, nie widziałam Mandeli, a Morgana Freemana w kolejnej roli charakterystycznej dla jego emploi.

Nie bardzo wyszedł ten film Eastwoodowi, przynajmniej w moim odczuciu. Oglądałam "Invictus" bez większego zaangażowania w rozgrywającą się historię, która przecież sama w sobie jest interesująca. Freeman mnie nudził i tylko Matt Damon ratował całość charyzmą swojego bohatera. Współpraca z Eastwoodem musiała mu się podobać, bo reżyser obsadził go w swoim kolejnym filmie. Ciekawe, ciekawe, co z tego wyniknie, bo o umiejętnościach aktorskich Matta nigdy nie miałam dużego mniemania, ale chyba się chłop rozkręca z wiekiem. A "Invictus" tylko przeciętny. Trochę szkoda.

Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy