O filmach zza oceanu
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Żelazna Dama

Reżyseria Phyllida Lloyd. W roli głównej Meryl Streep. W Polsce od 10 lutego. 

Mieć taką aktorkę w roli głównej i taką historię do opowiedzenia i tak pokpić sprawę, to trzeba było się bardzo starać. Niestety, Phyllida Lloyd, znana właściwie tylko z "Mammia Mii", musiała chyba bardzo chcieć rozłożyć ten film na łopatki, bo wyszło jej koncertowo. Koncertowo źle. 

Nie bardzo rozumiem koncepcję filmu. Margaret Thatcher, pierwsza kobieta premier Wielkiej Brytanii została pokazana jako dotknięta demencją kobieta w podeszłym wieku. Nie może otrząsnąć się po śmierci męża, który jako halucynacja towarzyszy jej każdego dnia. Przedstawić jedną z największym dam światowej polityki przez pryzmat rozmów ze zmarłym mężem i wspomnień, jakie się przy tej okazji pojawiają, to trzeba mieć albo cholernie dużo tupetu albo zero wyczucia. Phyllida Lloyd chciała pokazać wszystko, a nie pokazała tak naprawdę nic. Przez 105 minut prześlizgała się po biografii Thatcher, nie skupiając specjalnie na niczym, niczego nie analizując i na niczym się nie zatrzymując. Po co było pokazywać młodą Margaret ratującą masło ze sklepu ojca w czasie bombardowań, pierwszą przegraną w wyborach, czy potraktowany zupełnie po macoszemu wątek poznania się z przyszłym mężem. To wszystko są zupełnie drugorzędne sprawy, które nikną wobec dziesięciu burzliwych lat w fotelu premiera. Wystarczyło skupić się na zgnieceniu strajku górników albo historii inwazji Falklandów, żeby pokazać, że Żelazna Dama naprawdę była żelazna i twarda. Kilkanaście minut dotyczące Falklandów to zdecydowanie najlepsze momenty filmu. Brutalne i wręcz przerażające archiwalne zdjęcia z zamieszek w kraju (policja na koniach tratująca ludzi, rozbite głowy, krew na ulicach, podpalenia, zamachy bombowe Irlandzkiej Armii Republikańskiej) mogłyby być nie tylko przerywnikiem w filmie, ale i jego integralną częścią. Jakież pole do popisu dla scenarzystów! O ile lepiej byłoby pokazać bohaterkę w wielu sytuacjach kryzysowych niż w mdłych scenach kolacji z oficjelami. Można byłoby skupić się na wątku politycznej kariery, która położyła się cieniem na jej relacjach z dziećmi i mężem. 

Niestety, ja tu sobie mogę gdybać, a film jaki jest każdy zobaczy. "The Iron Lady" miała raczej kiepską prasę na Wyspach i nie ma się czemu dziwić. Sama byłam lekko zniesmaczona przedstawieniem Thatcher jako starej kobiety, która nie pamięta połowy swojego życia oraz pokazaniem jej życia po łebkach. Złoty Glob dla Meryl Streep niewiele chyba pomógł. 

No właśnie, Meryl Streep, bo prawie o niej zapomniałam. Tylko jej kreacja ratuje ten film przed kategorią "Kiepskie". Że Meryl wielką aktorką jest, wiadomo od dawna. Tutaj ponownie tworzy niezapomnianą rolę. Pomaga jej fizyczne podobieństwo do Thatcher, wspaniała charakteryzacja i świetny brytyjski akcent. Czy jest to rola warta Oskara, bo oczywiście internet huczy o szansach aktorki na trzecią statuetkę? Może się narażę, ale według mnie nie. Tak, jest to świetna rola, ale w kiepskim filmie i przez słaby scenariusz kreacja Streep nie ma takiej mocy i magnetyzmu jakiej bym się spodziewała. Oskary są jednak mocno przewidywalne, więc Streep ma duże szanse. Poczekamy, zobaczymy. 

Gdyby reżyserka zrobiła film podobny do "Królowej" Stephena Frearsa i przez pryzmat jednego czy dwóch wydarzeń pokazała portret Thatcher, usłyszałaby zapewne zarzuty o wtórności i braku innowacyjności, ale myślę, że gdyby podążyła tą drogą, to po obejrzeniu "Żelaznej Damy" nie byłoby poczucia ogromnego niedosytu i rozczarowania.

sobota, 07 stycznia 2012
Sherlock Holmes: Gra cieni

Reżyseria Guy Ritchie. W rolach głównych: Robert Downey, Jr. i Jude Law. W kinach w Polsce od 5 stycznia. 

Czekałam z wielką niecierpliwością na część drugą "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego no i po dwóch latach się doczekałam. Część pierwsza porwała mnie świeżym ujęciem postaci słynnego detektywa, dynamiką znaną z wcześniejszych produkcji reżysera, świetną muzyką i oczywiście znakomicie zgrywającym się na ekranie duetem Downey, Jr.-Law. Kino rozrywkowe, dynamiczne, odkrywające na nowo nieco zakurzonego bohatera książek Arthura Conan Doyle'a. 

Część druga podąża tą samą ścieżką, ale - co tu dużo gadać - to już nie to samo. Co zresztą było do przewidzenia, zgodnie z regułą słabszych drugich części, z których tylko naprawdę niewiele filmów się wyłamuje. Fabuła nie jest tak wciągająca i przyznam, że zakusy profesora Moriartego, aby wywołać międzynarodowy konflikt i się na nim obłowić, jakoś mnie niespecjalnie obeszły. Tajemniczość z części pierwszej gdzieś się ulotniła, a atmosfera filmu zrobiła się co najwyżej letnia. Żadnych większych niespodzianek na ekranie, niewiele momentów akcji (jak ten w doku portowych z części pierwszej), które sprawiłyby, że choć przez chwilę zaczęłabym obawiać się o głównego bohatera. "Obawiać się" to może lekkie nadużycie, bo wiadomo, że Holmesowi nic się nie stanie, ale jakoś mi tu żadne inne słowo nie pasuje. 

Wracając do filmu. Nie wiem po co i na co, w dwójce pojawił się brat Holmesa. Brat? Jaki brat? I żeby jeszcze wzięli jakiegoś aktora, który choćby w 50% był podobny do Sherlocka. Nie, zatrudnili jakiegoś zupełnie z twarzy podobnego do nikogo aktora, grubego i z brzydką gębą. Po co też była w tymi filmie Noomi Rapace, grająca Cygankę, też do końca nie rozumiem, bo jej postać aż tyle nie wniosła do fabuły, a i romansu z tego nie było żadnego. Brakowało, bardzo brakowało Rachel McAdams, która pojawiła się w części drugiej zdecydowanie za krótko. Ekscentryzm Holmesa był tym razem jakby mniej śmieszny (kozy w mieszkaniu, dziwne stroje i przebieranki) i zdecydowanie bardziej naciągany. 

Na szczęście, najważniejszy tryb maszyny, czyli duet aktorski Downey - Law nie nawalił. Mam wrażenie, że Jude Law był nawet lepszy w dwójce niż w jedynce, choć chyba miał teraz mniej do grania. Robert Downey, Jr. gra nieco leniwej i nie tak dynamicznie, jak w pierwszej części, ale przymykam oczy, bo mam do niego tak dużą słabość, że nie wiem, co musiałby zrobić, żebym przestała go lubić. 

Nudzić się nie nudziłam, ale część druga nie była tak rozrywkowa jak pierwsza. Można obejrzeć. 

czwartek, 24 lutego 2011
Blue Valentine

Reżyseria Derek Cianfrance. W rolach głównych: Ryan Gosling i Michelle Williams. Daty polskiej premiery nie znalazłam.


No nareszcie jakiś nowy film z Ryanem Goslingiem. Zajrzałam na imdb.com i aż nie mogę uwierzyć, że od czasu "Lars and the Real Girl" nie zagrał w żadnym filmie! Pognałam więc czym prędzej do kina na "Blue Valentine", zwłaszcza, że trailer bardzo mi się podobał, podobnie jak i powyższy plakat.

No i skucha, proszę państwa. Z sześciu filmów, w których widziałam Goslinga (wcześniej "The Notebook", "Stay", "Half Nelson", "Fracture" i wspomniany już "Lars"), "Blue Valentine" rozczarował mnie bardzo. No dobra, może nie bardzo, ale na tyle, że zła byłam sama na siebie, że miałam duże oczekiwania, a wyszło średnio. Średnio, bo miał to być film ukazujący związek dwojga ludzi "inaczej" niż dotychczas w kinie. Niestety, ja się zbyt wiele nowatorskich elementów nie dopatrzyłam. Historia Deana (Gosling) i Cindy (nominowana do Oskara Michelle Williams) prowadzi widza przez kilka lat ich związku. Reżyser przedstawia ich, gdy są małżeństwem z kilkuletnim stażem i w trakcie filmu wraca do czasów, w których się poznali. Przez szereg reminescencji poznajemy bohaterów, ich uczucia i to jak szybko się wypaliły. Romantyzm i namiętność zastąpiła codzienna rutyna, praca, dziecko, problemy Deana z alkoholem. Z pary młodych dwudziestoletnich stali się parą zapracowanych trzydziestolatków z bagażem życia.

Podobały mi się powroty do przeszłości, gdy Dean i Cindy się poznali. To według mnie najlepsze elementy filmu. Są takie prawdziwe, szczeniacko naiwne, jak naiwne i ślepe może być pierwsze zauroczenie drugą osobą. Zwłaszcza Gosling był dobry w tych momentach. I tu też trochę leży pies pogrzebany. Wydaje mi się, że aktor nie do końca był wiarygodny w roli swojego bohatera kilka lat później. Wychodzi z tego trochę równanie 2+2=5, bo dla mnie Gosling jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, no ale chyba tym razem coś nie zagrało. Zabrali mu trochę włosów z głowy, dołożyli obciachowy wąs i parę kilogramów i może to miało starczyć, żeby pokazać przemianę bohatera? Nie starczyło. Williams zdecydowanie lepiej odnalazła się w roli Cindy kilka lat później.

Nie mówię, że "Blue Valentine" to film nieudany. Jak na projekt, który jest wiwisekcją związku dwojga ludzi, w którym aż tak wiele się nie dzieje, nie mogę powiedzieć, że się nudziłam. Nie nudziłam się, ale też nie czułam emocji, na które się nastawiłam. Być może to właśnie tylko kwestia mojego nastawienia i braku jakiegoś szoku emocjonalnego. No, może poza sceną seksu w hotelu, gdzie Dean i Cindy wynajmują pokój na randkę na jedną noc. Wypalona namiętność na pograniczu z masochizmem była rzeczywiście trudna do oglądania. Całość była jednak zbyt zwyczajna i przeciętna. Można obejrzeć, ale mi specjalnie ten film nie zapadł w pamięć. Czekam więc na kolejne filmy z Goslingiem. Na szczęście nie każe sobie czekac kolejnych trzech lat.

piątek, 31 grudnia 2010
127 Hours

Reżyseria Danny Boyle. W roli głównej James Franco. W Polsce od 18 lutego 2011 r.

Jak pokazać na ekranie historię człowieka uwięzionego przez 5 czy 6 dni na kompletnym pustkowiu tak, aby nie zanudzić widza oglądaniem tej samej twarzy na ekranie przez półtorej godziny? Danny'emu Boylowi się nawet udało. "127 Hours" opowiada prawdziwą historię Arona Ralstona, który w 2003 podczas wspinaczki utknął w głębokim kanionie, z ręką uwięzioną przez blok skalny. Ralston nikomu nie powiedział, gdzie jedzie się wspinać, a miejsce, które wybrał było kompletnym odludziem. Facet praktycznie nie miał szans na ratunek. Utknął w kanionie z butelką wody, kamerą cyfrową, składanym scyzorykiem i paroma innymi pierdołami, wśród których nie było telefonu komórkowego.

Wiadomo od początku, jak kończy się ta historia. Kończy się "dobrze", bo Ralston po pięciu dniach wegetacji w kanionie, odcina sobie rękę poniżej łokcia i wychodzi z pułapki. Normalnie nie wiem, jakim trzeba być twardzielem, żeby coś takiego zrobić. Człowiek niby zdolny jest do Bóg wie czego w sytuacjach ekstremalnych, no ale jednak za odcięcie sobie ręki pełen szacunek. James Franco, którego lubię coraz bardziej, miał do wykonania kawał roboty, zważywszy, że jest to film praktycznie jednego aktora. Póki co, za rolę dostał nominację do Złotych Globów.

Koniec filmu nie jest elementem kluczowym, gdyż z góry jasne jest, co stanie się z bohaterem. Boyle pokazał więc, co dzieje się z psychiką i ciałem człowieka skazanego na porażkę i to, jak sobie radzi ze świadomością nieuchronnego końca. Zrobił to w swoim przeszarżowanym stylu, znanym z "Trainspotting" i "Slumdoga". Jest więc szybki montaż, dynamiczna muzyka i zabawa kolorem. Są halucynacje, reminescencje do przeszłości i obrazy z pogranicza snu i jawy. Boyle umie wykorzystać kamerę, aby pokazać bohaterów na krawędzi, czy są to narkomani, czy jak tutaj Ralston. Momentami ta stylistyka mnie trochę drażniła, ale myślę, że gdyby ten film toczył się tak powoli, jak powoli mijały dni i godziny uwięzionemu Aronowi, byłby to nudny tasiemiec. Udało się reżyserowi tego uniknąć, choć parę dłużyzn też było i myślałam sobie w duchu "Chłopie, odcinaj sobie tą rękę, bo nie wyrobię".

Nie jest to kino spektakularne, czy pełne wielkich morałów (no, może poza tym, że czasem jednak warto zabierać ze sobą komórkę albo pisać notkę, gdzie się jest), ale jak na film statyczny i uwięziony w jednym miejscu niczym ręka Ralstona, wyszło przyzwoicie.

środa, 03 marca 2010
Crazy Heart

Reżyseria Scott Cooper. W rolach głównych: Jeff Bridges, Maggie Gyllenhall, Colin Farrell. W Polsce od 9 kwietnia.


Jeff Bridges to solidna marka z rodziny z aktorskimi korzeniami. Aktor przewija się na kinowym ekranie od wielu już dziesięcioleci, a jego najbardziej znaną rolą jest Jeffrey "The Dude" Lebowski z kapitalnej komedii braci Coen. Rola w "Crazy Heart" ma być podobno tą, która przyniesie mu Oskara i wiele przemawia za tym, że tak się stanie, gdyż postać odtwarzana w "Crazy Heart" powinna idealnie trafić w gusta Akademii, uwielbiającej nagradzać za role przegranych z życiem. Bridges gra Bada Blake'a, podstarzałego piosenkarza country, spłukanego do cna, zarabiającego na butelkę whisky graniem w kręgielniach i barach. Blake tuła się więc po amerykańskim Southweście w poszukiwaniu grosza i kobiet na jedną noc, coraz bardziej pogrążając się w swoim alkoholizmie.

Bridges "stopił" się ze swoim bohaterem: zarośnięty, z brzuszkiem, spoconymi pachami, w starym samochodzie, idealnie oddał odtwarzaną postać. Bad Blake, wbrew swojemu scenicznemu pseudonimowi, nie jest złym człowiekiem. Jest facetem, któremu dawno w życiu pogubiły się priorytety: kilka małżeństw, syn, którego nie widział dziesiątki lat, alkoholizm. Szansa na normalność pojawia się z chwilą poznania Jean, dziennikarki z Santa Fe. Związek z dużo młodszą kobietą, również po przejściach, samotnie wychowującą czteroletniego syna uświadamia Blake'owi, że może zacząć od nowa. Zawodowo również zaczyna być lepiej. Bad dostaje angaż jako "rozgrzewacz" przed koncertem Tommy'ego Sweeta (Colin "Bachleda" Farrell), z którym kiedyś skrzyżowały się profesjonalne ścieżki. Pozostaje więc pytanie, czy Blake wykorzysta tę szansę.

Debiut Scotta Coopera udał się, może nie całkowicie, ale z przewagę elementów na plus. Ta lepsza "większa"połowa to niewątpliwie Jeff Bridges, scenariusz, który na szczęście nie wpada w schematy, zwłaszcza w końcówce filmu oraz kawał niezłej muzyki country. Bridges i Farrell nie korzystali z innych osób podkładających głos pod ich śpiew i nawet nieźle im wyszło to śpiewanie, zwłaszcza Bridgesowi. Niemniej sam film nie zapada mocno w pamięć. Ot, kolejna historia talentu, który zaprzepaścił kawał swojego życia na alkohol. Gdyby nie Bridges, podejrzewam, że niewiele byłoby słychać o "Crazy Heart".

Co do Bridgesa i jego potencjalnego Oskara, to myślę, że go dostanie. Składa się na to jego staż hollywoodzki, dobra rola w filmie oraz postać, którą kreauje - typ, który, jak wspomniałam we wstępie - Akademia lubi. Ja wyżej oceniam rolę Jeremy'ego Rennera w "The Hurt Locker", no ale jego wygrana byłaby prawdziwą (he he) bombą.

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy