O filmach zza oceanu
sobota, 13 listopada 2010
Hereafter

Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Matt Damon i Cecile De France. W Polsce od 28 stycznia 2011.

Nie wierzę w życie po śmierci. Myślę, że - jak powiedział bohaterce jej kochanek - po śmierci gasną światła i koniec. Z niedowierzaniem czytam i słucham o osobach, które kontaktują się ze zmarłymi, przekazują od nich informacje albo odnajdują zaginione osoby. Kiedy więc poznałam w zarysie fabułę najnowszego filmu Eastwooda, jęknęłam z zawodu. Zupełnie nie moja bajka. No ale jako wierny fan, poszłam do kina. W Halloween, bo czy może być lepszy dzień na taki film?

Moje wątpliwości co do "Hereafter" zostały na szczęście rozwiane szybko i powiem krótko, że podobało mi się, choć z pewnymi "ale". Otwierająca film scena kataklizmu wgniotła mnie w fotel, bo tego rodzaju sceny widuje się raczej w kinie katastroficznym, a tu proszę - trzęsienie ziemi na początek. Jest nieźle. Fabuła filmu osnuta jest na losach trzech osób - francuskiej dziennikarki Marie, której udaje się wyjść cało z żywiołu z początku filmu, amerykańskiego robotnika ze zdolnościami medium oraz angielskiego chłopca, który traci bardzo bliską mu osobę. Marie, sławna i uznana dziennikarka telewizyjna, doświadcza śmierci klinicznej i przez chwilę znajduje się na tamtym świecie. Od tego momentu jej życie ulega zmianie. George (Matt Damon) kiedyś zajmował się kontaktowaniem ze zmarłymi i wraz z bratem zrobił z tego niezły biznes, który wypalił go psychicznie. Marcus, kilkunastoletni chłopiec, mieszka w Londynie i po stracie bardzo ważnej dla niego osoby, szuka odpowiedzi na pytanie, co dzieje się po śmierci. A ja pytałam się sama siebie przez pół filmu, czy te trzy historie się zazębią na koniec.

Najlepsza, według mnie, jest część z Damonem, a najsłabsza - z Marcusem, mimo iż teoretycznie zapowiadała się na najlepszą, sądząc po nagromadzeniu dramatu. Historia dziennikarki, która przekuwa swoją traumę na profesjonalny sukces, jest zbyt wyidealizowana, a przez to chyba za mało wiarygodna i empatyczna. Losy bohaterów zostały nierówno opowiedziane, a końcówka jest, co tu dużo gadać, dość słaba. Jest za sentymentalnie, za miękko, za czule. Niby zgadza się to z tempem filmu - melancholijnym, nieśpiesznym, ale podobałby mi się bardziej niedomówiony koniec, lepiej pasujący do filmu.

Mimo wszystko, podobało mi się, że "Hereafter", mimo iż traktuje o tematyce, która mnie generalnie nie interesuje, zainteresował mnie na tyle, że obejrzałam ten obraz z przyjemnością. Było w nim coś lekkiego, nieuchwytnego i w sumie optymistycznego. Może to ten właśnie optymizm mi się tak spodobał.

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Invictus

Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Morgan Freeman i Matt Damon. W Polsce od 26 lutego.

Podobno sam Mandela powiedział, że jedynym aktorem, który może zagrać jego postać jest Morgan Freeman, toteż wybór tego aktora jako odtwórcy roli głównej wydaje się oczywisty nie tylko z powodu osobistych preferencji południowo-afrykańskiego bohatera. Eastwood i Freeman zrobili razem "Million Dollar Baby", a Freeman po tej współpracy zabrał do domu Oskara. Podejrzewam więc, że castingu na rolę Mandeli w ogóle nie było.

Film nie jest biografią Mandeli, a jedynie rysem biograficznym skupionym wokół mistrzostw świata w rugby, które w 1995 roku odbywały się w RPA. Mandela sprytnie i dyplomatycznie wykorzystał okazję, aby przekuć sportowe nadzieje związane z rugbystami na scalenie kraju, wciąż targanego apartheidem. Obraz pokazuje Mandelę jako zręcznego stratega, który wykorzystując uniwersalny język sportu doprowadził do tego, że znienawidzona przez czarnych mieszkańców drużyna Springboks (złożona głównie z białych graczy) stała się chlubą narodową.

"Invictus" to wyjątkowo nieskomplikowane kino. Jest to opowieść o kraju przechodzącym transformację społeczną i walczącym z nagromadzonymi przez lata uprzedzeniami rasowymi. Historia Mandeli i Francoisa Pienaara (Matt Damon), kapitana rugbystów, jest opowiedziana prosto i bez zbędnych ozdobników. Jak na mój gust, ten epizod z historii RPA to trochę jednak za mało, aby stworzyć porywające kino sportowe oraz za mało, aby wyszła z tego biografia jednego z najbarwniejszych przywódców w historii.  Brakowało mi rozmachu w tej historii. Damon jako Pienaar okazał się być duży lepszy w swojej roli niż Freeman jako Mandela i to u niego widać było pasję i zaangażowanie bohatera. Freeman był "letni", grający jakby na swoim wizerunku starszego pana, który niejedno widział i przeżył. Może taki naprawdę jest Mandela. Ja jednak patrząc na ekran, nie widziałam Mandeli, a Morgana Freemana w kolejnej roli charakterystycznej dla jego emploi.

Nie bardzo wyszedł ten film Eastwoodowi, przynajmniej w moim odczuciu. Oglądałam "Invictus" bez większego zaangażowania w rozgrywającą się historię, która przecież sama w sobie jest interesująca. Freeman mnie nudził i tylko Matt Damon ratował całość charyzmą swojego bohatera. Współpraca z Eastwoodem musiała mu się podobać, bo reżyser obsadził go w swoim kolejnym filmie. Ciekawe, ciekawe, co z tego wyniknie, bo o umiejętnościach aktorskich Matta nigdy nie miałam dużego mniemania, ale chyba się chłop rozkręca z wiekiem. A "Invictus" tylko przeciętny. Trochę szkoda.

piątek, 23 stycznia 2009
Gran Torino

Gran Torino. Reżyseria Clint Eastwood. W roli głównej Clint Eastwood. W Polsce od 29 marca.

Po dzisiejszych nominacjach widać, że szanowna akademia nie doceniła najnowszego filmu Clinta "Gran Torino". Szczerze mówiąc, koło tyłka mi to lata (mam nadzieję, że jemu też), bo choć wiernie oglądam rozdanie hollywoodzkich nagród, to werdykty grona filmowego sprawiają czasem, że rzucam skarpetami w telewizor.

Na pisanie o Oskarach będzie jeszcze czas, na razie na tapecie mój - jakby ktoś jeszcze nie wiedział - ulubiony reżyser w swojej podobnoż ostatniej roli aktorskiej. Takiego Clinta, jak w "Gran Torino" lubię najbardziej - zadziornego, bezczelnego, bezkompromisowego, czasem niepotrzebnie upartego i zacietrzewionego. Uproszczeniem byłoby może nazwanie tej roli "Brudnym Harrym" na emeryturze, ale z drugiej strony poziom goryczy, jaki prezentuje Walt Kowalski przypomina mi jak żywo Harry'ego Callahana rozczarowanego biurokratyczną maszyną. Walt właśnie pożegnał swoją żonę. Kontakt z synami i ich rodzinami ogranicza się do kurtuazyjnych telefonów i wizyt. Kowalski, emerytowany pracownik fabryki Forda, weteran wojny w Korei żyje w okolicy zamieszkałej przez Azjatów, Afro-Amerykanów i Meksykanów. Jego niechęć do "kolorowych" zmienia się powoli, gdy poznaje mieszkającą obok azjatycką rodzinę.

Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny mógł zagrać tytułową rolę. Eastwood jako Walt jest klasą dla siebie. Nawet jeśli czasem scenariusz napisany jest zbyt grubą kreską (sceny w trakcie pogrzebu i po), to Eastwood sprawia, że postać Walta jest absolutnie wiarygodna. Dawno nie było na ekranie tak ziejącego jadem, złością i goryczą bohatera. Jego zupełnie niepoprawne polityczne dialogi, ciągłe przekręcania imion azjatyckich sąsiadów, przekleństwa sprawiają, że Walt Kowalski to jedna z bardziej interesujących i jednocześnie wkurzających postaci kina ostatnich lat. Oczywiście, moja opinia jest pewnie jeszcze bardziej subiektywna niż wszystkie inne na tym blogu, jeśli chodzi o Clinta, ale Eastwood jest jak wino, im starszy, tym lepszy.

W ciekawym momencie zrobił Eastwood ten film. Trzech największych producentów samochodów w Stanach przeżywa najgorszy kryzys w historii, a Eastwood reżyseruje film, który afirmuje legendarny wytwór amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, produkowany przez Forda Gran Torino (notabene, co za auto!). Film ten przychodzi również w momencie, gdy w Białym Domu zasiada pierwszy czarnoskóry prezydent. Czy przypadek? Może tak, może nie. "Gran Torino" pozbawiony jest patosu patriotycznych obrazów, ale jest to obraz na wskroś amerykański. Oprócz nostalgii za samochodami sprzed lat, jest w nim nawiązanie do tego, czym jest Ameryka dzisiaj. "Tygiel narodów", jak określa się Stany, to miejsce, gdzie na jednej ulicy mieszkają biali, czarni, Latynosi i Azjaci (prawie dokładnie, jak na mojej ulicy). Mieszka też na niej zapewne wielu "Waltów", młodszych lub starszych, mniej lub bardziej uprzedzonych, nazywającyh Meksykanów "karaluchami", a Azjatów "żółtkami", którzy patrzą na innych przez pryzmat rasowych i społecznych stereotypów. Eastwood nie naucza niczym ksiądz z ambony, nie moralizuje natrętnie i nie namawia do bicia się w piersi, ale pokazuje m.in., że bycie patriotą to nie tylko "Buy American, drive American, be proud American", ale również etos pracy, tolerancji i poszanowania wartości wyznawanych przez innych.

Jeśli to naprawdę ma być ostatnia aktorska rola Eastwooda, no to parafrazując - "Hail to the Chief". Thank you, Clint.
piątek, 07 listopada 2008
Changeling

Reżyseria Clint Eastwood. W roli głównej Angelina Jolie. W Polsce od 6 lutego 2009.

Najnowszy film Clinta Eastwooda to obraz wielowymiarowy i poruszający wiele wątków, od pozycji kobiet w latach 20. ubiegłego wieku, przez korupcję w policji Los Angeles i jej bezduszne uprawnienia, aż do kary śmierci i jej stosowania za niewyobrażalne zbrodnie. Pomimo nagromadzenia tematów, reżyser wychodzi z tej układanki nie tylko obronną ręką, ale także z tarczą, a "Changeling" w mojej opinii jest najciekawszym i najlepszym jak dotychczas filmem jesieni.

Klucze do sukcesu artystycznego tego filmu to przede wszystkim konstrukcja oraz zdjęcia. W czasach, gdy większość trailerów nie tylko sprzedaje najlepsze onelinery, ale także treść, a czasem i finał filmu, Eastwood nie zdradził nic, co naprowadziłoby widzów na trop właściwej akcji. Historia toczy się wokół Christine Collins, młodej kobiety wychowującej samotnie kilkuletniego syna, jego zniknięcia oraz odnalezienia przez policję. Gdy LAPD odnajduje Waltera, Christine nie rozpoznaje w chłopcu swojego syna. Zmanipulowana przez policję zabiera go do domu, tylko po to, aby znaleźć więcej i więcej dowdów, że chłopiec nie jest jej synem.

Ten motyw wystarczyłby, aby uczynić ten film interesującym. Fabuła jednak pędzi naprzód, a reżyser powolnymi, spokojnymi zdjęciami w niewiarygodny sposób buduje napięcie, prowadząc historię przez meandry niepewności i niewyobrażalnego okrucieństwa, jednocześnie niewiele pokazując dosłownie. "Changeling", oprócz dobrej konstrukcji, jest znakomicie sfilmowany, a motyw muzyczny napisany przez samego Eastwooda po prostu przepiękny. Twórcy zadbali również o wizualną stronę, wierne odtworzając realia Ameryki z lat 20., począwszy od samochodów, wnętrz, strojów, gadżetów w postaci wrotek, których używa w pracy główna bohaterka aż do makijażu (nie sposób nie zapamiętać czerwonych ust Angeliny Jolie i jej wielkich oczu). Eastwood smakuje każdy kadr, dopieszcza go i pozwala widzowi docenić szczegóły prowadząc akcję powoli, ale z nerwem i napięciem.

Historia opowiedziana jest z perspektywy Christine Collins i Angelina Jolie udźwignęła w pełni ciężar roli. Podobno początkowo nie chciała grać Collins ze względu na ogromny balast emocjonalny, jaki niesie ze sobą grana przez nią postać, ale można śmiało stwierdzić, że aktorka wtopiła się w rolę znakomicie. Kiedy policja próbuje wmówić Collins, że odnaleziony chłopiec jest jej synem, Jolie świetnie zarysowała obłęd, niepewność i wahanie granej postaci, która zaczyna gubić się w tym, co widzi i czuje. Niemożebnie szczupła sylwetka aktorki komponuje się znakomicie z żerającym ją stresem, niepokojem, szaleństwem i strachem.

Historia, którą opowiada film wydarzyła się naprawdę. Makabryczna zbrodnia, którą odkryła policja również. Gdyby nie to, że obraz oparty jest na autentycznych wydarzeniach, doprawdy trudno byłoby zaakceptować fantazję scenarzysty. I tak trudno jest zaakceptować, że tragedia opisana w filmie zdarzyła się w rzeczywistości i świadomość, że ogląda się fabularną rekonstrukcję tych zdarzeń wciska w fotel.

Czy jest to najlepszy film Clinta? Nie wydaje mi się, ale na pewno wpisuje się na listę jego lepszych obrazów. Reżyser powraca też do tematu przemocy wobec dzieci, z którym zmierzył się wcześniej w "Doskonałym świecie" oraz "Mystic River". Tragedia pokazana w filmie stanowi również tło do niekończącej się dyskusji o karze śmierci i jej humanitarno-legalnym sensie. Realizm egzekucji przedstawionej w filmie jest porażający, jakby reżyser - sam popierający najwyższy wymiar kary - pytał, czy taki koszmar jest rzeczywiście potrzebny i czy naprawdę przynosi ukojenie rodzinom ofiar.

Mnie cieszył pokaźny tłum na sali kinowej. Czy przyszli "na Angelinę", czy "na Eastwooda", nie ma znaczenia, bo dostali kawał porządnej filmowej roboty.
poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Ucieczka z Alcatraz

Reżyseria Don Siegel. W roli głównej Clint Eastwood.


Don Siegel spotkał się z Clintem Eastwoodem po ośmiu latach od czasu „Brudnego Harrego”. Tym razem obsadził Clinta w roli kryminalisty Franka Morrisa, zapamiętanego przez historię z powodu ucieczki z otoczonego złą sławą więzienia Alcatraz pod San Francisco. Więzienie, obok placówki w San Quentin, uchodziło za jedno o najostrzejszym rygorze. Usytuowane na litej skale, z dala od lądu, było naturalną zaporą dla skazańców myślących o ucieczce. Wprawdzie czternaście razy próbowali oni się z niego wydostać, ale każda z tych prób kończyła się fiaskiem bądź, jak w przypadku ucieczki Morrisa, brakiem dowodów na to, że zakończyła się sukcesem. Ucieczka Morrisa pozostaje niewątpliwie najbardziej spektakularną z nich wszystkich.

Siegel wziął więc temat na warsztat i niestety, z perspektywy niemal trzydziestu lat, stwierdzam, że film nie oparł się zębowi czasu. O ile „Brudny Harry” nic nie stracił na świeżości, to drugie filmowe podejście duetu Siegel-Eastwood, mocno trąci myszką. Rolę Morrisa mógłby zagrać praktycznie każdy, bo Clint specjalnie się nie wysilił nad psychologiczną stroną postaci. Nie dowiadujemy się o Morrisie prawie nic, poza tym, że najprawdopodobniej nie miał żadnej rodziny. Trafił do Alcatraz za ucieczki z innych więzień, ale jak skrzyżowały się jego drogi z wymiarem sprawiedliwości, tego już nie wiemy. Postać oparta jest na schemacie dobrego „bad guya” - choć wiemy, że Morris to zapewne typ spod ciemnej gwiazdy, to kibicujemy mu w ucieczce. Ta sztuczka akurat udała się Siegelowi przednio.

Film razi naiwnymi dialogami. Plan ucieczki jest przedstawiony nieprzekonywująco i wywołuje uśmiech politowania. Rzeczywisty plan był świetny i powiódł się, ale w filmie brzmi absurdalnie. Najbardziej groteskową postacią jest jednak naczelnik więzienia wygłaszający pompatyczne komunały o resocjalizacji w Alcatraz oraz braku możliwości ucieczki. Normalnie chce się śmiać.

Najlepszą zabawą z oglądania tego filmu jest wychwytywanie zaskakujących podobieństw między „Ucieczką z Alcatraz” a „Skazanymi na Shawshank” (których, na marginesie, umieściłabym w mojej filmowej Top 10). Główni bohaterowie w obu filmach planują ucieczkę. Obaj kopią tunel we własnej celi, a robota idzie łatwiej dzięki przetrawionym wilgocią murom. Przyjaźnią się z czarnoskórym więźniem. Jako jeden ze współwięźniów został sportretowany starszy pan, który potajemnie hoduje sobie zwierzaka (w „Ucieczce” mysz, w „Shawshank” ptaka) i umiera w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach. W obu filmach występuje więzienny mięśniak, który mocno uprzykrza życie głównemu bohaterowi, a gdy ten próbuje mu się przeciwstawić, ląduje niezasłużenie w karcerze. No i naczelnik szuja. Zastanawiam się więc, czy „Skazani” byliby tak dobrzy, gdyby nie było „Ucieczki”, filmu w sumie miałkiego, który w mojej opinii nie wytrzymał próby czasu?

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy