O filmach zza oceanu
poniedziałek, 10 maja 2010
Iron Man

Reżyseria Jon Favreau. W rolach głównych: Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow i Jeff Bridges.


Nie wiem dlaczego recenzja tego filmu nigdy nie pojawiła się tutaj (pewnie z lenistwa), bo odkąd zobaczyłam "Iron Mana" dwa lata temu, stał się on moim ulubionym filmowym superbohaterem, a film z 2008 r. był numerem jeden na mojej liście filmów lekkich i rozrywkowych. Przy okazji więc drugiej części na ekranach, o czym w następnej recenzji, słów parę o części pierwszej.

Zacznijmy od końca. Ostatnia scena, w której Tony Stark wyjawia, że to on jest Iron Manem przeczyła zasadom obowiązującym w większości filmów o superbohaterach. Trzymają oni swoją tożsamość w ukryciu, a o ich drugim wcieleniu wie tylko garstka wtajemniczonych. Dlatego tak cholernie podobało mi się, gdy Stark z rozbrajającą szczerością wyznał prawdę o swoim alter ego. Ujawnienie tajemnicy wiąże się z osobowością Starka, który ma to, czego nie mają Batman, Superman, czy Hulk razem wzięci -czynnik cool. Tony Stark alias Iron Man, narcystyczny, egocentryczny miliarder bawi się rolą superbohatera i traktuje ją z dystansem, którego brakuje innym herosom komiksu i ekranu. Tony Stark raz jawi się jako playboy, innym razem jako rozkapryszony chłopiec, geniusz, a czasem pozer. Robert Downey Jr. jest po prostu stworzony do tej roli. Gra lekko, naturalnie, jakby nic innego w życiu nie robił, tylko uganiał się za kobietami, kolekcjonował samochody, a przy okazji budował Iron Mana. Właściwy aktor we właściwym filmie.

W filmach o facetach z ukrytą tożsamością zawsze najbardziej podoba mi się część, w której bohater staje się superbohaterem, odkrywa swoje drugie ja, bądź buduje swoje zabawki, które potem będą mu służyć. W "Iron Manie" ten fragment filmu należy do moich ulubionych, gdy Tony Stark konstruując Iron Mana rozwala pół swojej rezydencji i demoluje samochody testując prototyp. Jest śmiesznie, ironicznie i dowcipnie. A Robert Downey Jr. bawi się na całego.

"Iron Man" balansuje na pograniczu fantazji i realu. Superman, ze swoim pochodzeniem z innej planety, z założenia niemal był nierealny. Batman w gumowym kostiumie z uszami, choć kapitalnie przeniesiony dwa razy na ekran przez Nolana, bardzo komiksowy, z wyraźnym rozgraniczeniem dobra i zła. Tony Stark mógłby istnieć naprawdę. Może dlatego właśnie jest moim ulubionym superbohaterem, bo linia między komiksem a światem rzeczywistym jest cieńsza niż w przypadku innych bohaterów.

Reżyser Jon Favreau napompował "Iron Mana" kapitalną rozpierduchą, która z towarzyszeniem mocnego rocka w tle po prostu wgniata w kinowy fotel. Downey Jr. rządzi na ekranie, co tu dużo gadać. Jego świat inteligentnych robotów, przestrzennych komputerów, nowoczesnej technologi wygląda imponująco. A oglądany na małym ekranie dwa lata później nadal ma cool factor.

20:07, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 sierpnia 2007
Być jak John Malkovich

Reżyseria Spike Jonze. W rolach głównych: John Cusack, Cameron Diaz, Catherine Keener i John Malkovich.



Wyobraź sobie, że na 15 minut możesz znaleźć się w głowie kogoś innego, oczami tej osoby spojrzeć na świat i doświadczyć rzeczy, ktorych wcześniej nie mogłeś doświadczyć. Wyobraź sobie, że Twój sposób postrzegania samego siebie wywraca się do góry nogami, przewartościowuje i odkrywasz siebie na nowo. Czy, gdy już wiesz kim jesteś, chciałbyś, aby 15 minut trwało znacznie dłużej? Czy warto jest poświęcić własne jestestwo dla bycia tym drugim? Gdzie znajduje się granica w poszukiwaniu tożsamości?

Niezrealizowany zawodowo lalkarz Craig Schwarz przypadkowo znajduje portal prowadzący do środka Johna Malkovicha. Gdy jego żona Lotte odwiedza wnętrze aktora, odkrywa swoją prawdziwą tożsamość seksualną i fascynację koleżanką Craiga z pracy, Maxine. Maxine, prawdziwa pożeraczka męskich serc uwodzi samego Malkovicha, przy okazji zakochując się w Lotte podglądającą jej sekscesy z aktorem z wnętrza jego głowy. Maxine rozkręca także malkovichowy biznes, kasując po dwieście dolarów chętnych do odwiedzenia aktora. Craig natomiast odkrywa, że będąc w środku aktora jest w stanie kontrolować go niczym lalkę. Malkovich po jednej z prób zawładnięcia jego osobowością, rozszyfrowuje manipulacje i tych, którzy za nią stoją.

O naprawdę niewielu filmach, które widziałam zdarza mi się myśleć, że są bliskie doskonałości. „Być jak John Malkovich” jest bardzo blisko, a w kategorii na najbardziej oryginalny scenariusz wygrałby w cuglach. Za błyskotliwym i niesztampowym scenariuszem stoi nie kto inny, jak Charlie Kaufmann, któremu sławę przyniósł właśnie „Being John Malkovich”, a potem „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” i „Adaptacja”. Oryginalność scenariusza należałoby chyba mierzyć w liczbach rozdziwionych zdziwnieniem ust, wybuchów śmiechu i momentów zaskoczenia. Nie tylko oryginalny i pełen niespodzianek scenariusz stanowią o niezwykłej oryginalności tego filmu. To także wspaniały kwartet aktorski: John Cusack w roli Craiga, Cameron Diaz (tak, tak) jako Lotte, Catherine Keener w roli Maxine i John Malkovich jako John Malkovich. Malkovich nie gra samego siebie, ale wyimaginowany obraz lekko zblazowanego aktora, który stworzył Kaufmann. Cóż za wspaniała okazja dla aktora grać siebie bez odzierania z prywatności, a jednocześnie zakpić z własnego wizerunku. Malkovich, któremu talentu aktorskiego chyba nikt nie może odmówić jest w tej roli kapitalny, a scena w której sam wchodzi do własnej głowy pozostaje surrealistyczną wariacją na temat aktorskiego ego.

„Być jak John Malkovich” mimo absurdalnego przecież z założenia pomysłu o portalu do głowy Johna Malkovicha, nie tylko śmieszy. Pozostawił mnie z pytaniem, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, aby odkryć swoją tożsamość. Czy dążymy do tego, aby być tym, kim chcemy być, czy naszym celem jest wymaginowany obraz nas samych, który ma niewiele wspólnego z naszymi prawdziwymi marzeniami i dążeniami? Czy poszukiwanie własnej osobowości uświęca środki?

Jeśli nie byliście jeszcze jak John Malkovich, polecam wycieczkę do wnętrza jego głowy. 

wtorek, 12 czerwca 2007
Niebezpieczne związki

Niebezpieczne związki. Reżyseria Stephen Frears. W rolach głównych: Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer.

I znowu Stephen Frears w Bez popcornu. Tym razem na tapecie jego genialna ekranizacja powieści Choderlosa de Laclosa pod tym samym tytułem. Kto czytał, ten wie, że de Laclos napisał powieść w formie listów. Książka jest zapisem korespondecji między markizą de Merteuil, hrabią Valmontem, panią de Tourvel i pozostałymi bohaterami. Napisanie scenariusza na podstawie osiemnastowiecznych listów na pewno nie było łatwe, ale zadanie ułatwił sam de Laclos i jego świetna proza, Christopher Hampton tylko ubrał to w szaty nadające się do przeniesienia na ekran, a Frears sfilmował. Zachował przy tym cześciowo klimat powieści poprzez włączenie epistolarnych motywów, jak choćby sceny pisania listów, które Valmont kaligrafuje na papierze leżacym na plecach jego kochanek.

Postaciami pierwszoplanowymi są markiza De Merteuil i hrabia De Valmont. On cieszy się zasłużoną opinią bawidamka, flirciarza i kobieciarza. Ona uchodzi za stateczną i rozważną damę. Pod warstwą pudru kryje się jednak prawdziwa modliszka, która już od wczesnych lat uczyła się sztuki mistyfikacji, pozoranctwa i krętactwa. Jej mottem jest „wygrać lub umrzeć”, a ulubionym słowem „okrucieństwo”. Oboje, dzięki przynależności do warstwy arystokratycznej i pomimo swoich ekscentrycznych charakterów i stylu bycia, są powszechnie poważani i przyjmowani na salonach.

De Merteuil, zraniona przed laty przez swego kochanka, proponuje Valmontowi uwiedzenie Cecylii De Volanges, przyszłej żony swojego byłego partnera, który ponad wszystko ceni sobie dziewictwo i klasztorne wychowanie potencjalnej żony. Valmont początkowo odmawia wymawiając się, że byłby to dla niego zbyt łatwy łup, który popsuł by mu reputację. Hrabia planuje zarzucić sidła na prezydentową De Tourvel, kobietę nieposzlakowanego charakteru, opinii i wartości, a nic nie znaczący romans z Cecylią byłby nieporzebną przeszkodą. Markiza, rozczarowana odmową hrabiego ma jednka do niego dużą słabość i proponuje mu jednak swego rodzaju zakład: jeśli hrabia dostarczy jej pisemny dowód niewierności pani de Tourvel, ona odda mu swoje wdzięki jako nagrodę za zdobycie prezydentowej. Rozpoczyna się gra, w której jest dwoje rozgrywających, a zmieniają się tylko pionki.

Dlaczego lubię ten film? Bo pokazuje fascynujący świat francuskiej arystokracji i nie jest to świat wymyślony na potrzeby filmu w XX wieku, ale obraz, który de Laclos utrwalił na kartach powieści. Te wszystkie spiski, knowania, podstępy, gierki, zazdrość, zawiść i wyrachowanie były częścią tamtego okresu, w którym uczucia i seks były dużo większym tabu niż dziś. Romanse były więc skrzętnie ukrywane, kochankowie przyjmowani w tajnych buduarach, ale jak pokazuje przykład markizy, można było cieszyć się rozkoszami życia bez narażenia się na powszechne potępienie. Wystarczyło tylko trenować wbijanie widelca w rękę pod stołem, a na twarzy trzymać szeroki uśmiech, aby nie dać się ponieść emocjom i zawsze mieć pełną kontrolę nad sytuacją.

No i poza tym, jak nie lubić tego filmu, gdy para aktorska Glenn Close i John Malkovich tworzy tak znakomity duet? On zblazowany kawaler, z drwiącym uśmieszkiem na twarzy, ona prawdziwa femme fatale. Oboje bezlitośni, wyrachowani, podstępni, rozpieszczeni i znudzeni prozą życia szukają nowych podniet, nie bacząc na uczucia innych. Oboje wiecznie grają i udają, nawet jako sprzymierzeńcy nie odkrywają przed sobą wszystkich kart. A gdy staną się wrogami, to już tylko „win or die”.

Piszę dosyć niefrasobliwie o tym filmie pełnym zamierzonego okrucieństwa i igrania z uczuciami, ale coś w jego konstrukcji sprawia, że ogląda się go bardzo lekko (może mniej pod koniec). Można się wsłuchać w rytm muzyki, bodajże granej na klawesynie i zobaczyć, jak film skacze w jej rytm. Pam-pam-pam, tu Cię mam, pi-pi-pi, gonisz Ty, pum, pum, pum, będzie bum-bum. I do tego te szerokie kiecki, gorsety, peruki, pudry kaftany. Uczta dla oka, pożywka dla duszy. Jeden z moich ulubionych filmów.

18:05, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (5) »
środa, 18 kwietnia 2007
Człowiek słoń

„Człowiek słoń”. Reżyseria David Lynch. W rolach głównych: Anthony Hopkins, John Hurt, John Gielgud, Anne Bancroft.

Dziś w cyklu „Ulubione” znakomity film Davida Lyncha „Człowiek słoń”. Oglądałam go wieki całe temu w dwójkowym cyklu „Kocham kino” i niedawno w amerykańskiej telewizji i czas, jaki minął od pierwszego seansu nie osłabił wrażenia, jakie zrobił na mnie, a wręcz je spotęgował. Do twórczości Lyncha mam trochę ambiwalentny stosunek, ale względem tego filmu nie mam żadnych wątpliwości, że jest jeden z najlepszych filmów traktujących o tolerancji i prawie człowieka do bycia szczęśliwym.

„Człowiek słoń” jest oparty na autentycznych faktach i życiu Johna Merricka, żyjącego w XIX wieku mężczyzny z niezwykle rzadką chorobą, zwaną zespołem Proteusza, objawiającą się potwornymi zniekształceniami ciała. Historia Merricka, którego prawdziwe imię brzmiało Joseph, pokazana w filmie rozbiega się nieco z faktami. Merrick przedstawiony został jako ofiara właściciela cyrkowej trupy – bity, poniżany i wystawiany na pośmiewisko, podczas, gdy w rzeczywistości jako cyrkowa atrakcja żyło mu się całkiem dobrze, uzbierał znaczną sumę pieniędzy i tylko pogarszający się stan zdrowia zmusił go do skontaktowania się z doktorem Fredericem Trevesem, który po jednym z pokazów zostawił mu swoją wizytówkę.

Doktor Treves wyciągnął Merricka z nory w cyrku i rozpoczął jego leczenie oraz naukę mowy, gdyż powszechnie sądzono, że człowiek-słoń nie mówi. Tymczasem Merrick nie tylko mówił, ale okazał się też pasjonatem sztuki: teatru i poezji. Stał się celebrity dziewiętnastowiecznej Anglii, a w dobrym tonie było spędzić czas na popołudniowej herbatce z nim. Zanim jednak John został gwiazdą wiktoriańskich salonów, przeżył w swoim życiu wiele upokorzeń i część filmu o tym opowiadająca niesie największy ładunek emocjonalny.

Jeśli wydaje nam się, że od XIX wieku minęło wiele czasu i dziś jesteśmy bardzie tolerancyjni i otwarci na inność, to myślę, że taki John Merrick szybko zrewidowałby nasze pojęcie o tym, że liczy się wnętrze człowieka, a nie wygląd. Wygląd chorego na potrzeby filmu został zrekonstruowany na podstawie odlewów gipsowych ciała Merricka. John Hurt, znakomicie grający Merricka wyglądał jak monstum z ogromną, zniekształconą czaszką, prawą ręką dłuższą niż lewa i ciałem pokrytym cystami i przerażającymi naroślami. John Merrick nie był osobą przyjemną do oglądania i dlatego wiele osób wtedy, a myślę, że pewnie i dziś odmówiłoby mu prawa do bycia człowiekiem. Merrick był zaszczuty przez ciemny tłum, który nie mógł zrozumieć, że pod tą potworną maską bije szlachetne serce oraz kryje się przenikliwy mózg. Nawet, gdy w ciszy i spokoju mieszkał w szpitalu pod okiem doktora Trevesa, znaleźli się tacy, którzy wciąż chcieli na nim zarobić, przyprowadzając potajemnie znajomych, aby pokazać im monstrum. Na szczęście, wielu było takich, których los Johna leżał na sercu i dzięki nim Merrick był w stanie żyć, jak każdy inny człowiek.

To nie jest wesoły ani nawet krzepiący moralnie film. Mimo iż twórcy wymyślili wzruszające zakończenie, mnie ten film mocno przygnębia. Czarno-biały obraz i durne, bezrozumne twarze ludzi wlewających w Merricka alkohol i cieszące się gęby na jego widok w cyrku napawają mnie smutkiem. Wiktoriański Londyn spowity w mgłę oraz przemysłowy smog tylko potęgują ponure wrażenie. Lynch niezwykle przenikliwie zanalizował ludzkie zachowania wobec kogoś, kto jest odmienny od przyjętych standardów oraz pokazał, że to co inne nie zawsze musi być złe czy nie do zaakceptowania. Piękny, poruszający i mocno depresyjny film, z kapitalną kreacją Johna Hurta jako Johna Merricka i znakomitym jak zawsze Anthonym Hopkinsem w roli doktora Frederica Trevesa. Polecam kinomanom.

20:27, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 lutego 2007
Gorączka złota

„Gorączka złota” („The Gold Rush”). Reżyseria Charlie Chaplin.

Chicago zasypane po kolana śniegiem, teraz wprawdzie bardziej przypominającym rozciapaną maź na chodnikach niż biały puch. Myśląc jaki by tu film pasował do pogody, oprócz serialu „Ostry dyżur” wielokrotnie filmowanego w zimowej chicagowskiej scenerii, przypomniał mi się jeden z moich ulubionych niemych filmów „Gorączka złota” Charliego Chaplina. Choć akcja nie dzieje się w Chicago, to śniegu w filmie nie brakuje. Tramp Charlie rusza do mitycznego Klondike w poszukiwaniu złota. Chroniąc się przed śnieżną zawieruchą, znajduje schronienie w opuszczonej chacie, która okazuje się być także siedzibą dla groźnego przestępcy Blacka Larsena. Wkrótce dołącza do nich poszukiwacz złota Big Jim. Gdy panowie nie mają co jeść, losują, który z nich pójdzie na poszukiwanie jedzenia. Los wybiera Larsena, który w czasie wędrówki zostaje przyłapany przez policjantów, zabija ich, a następnie odkrywa złoto Dużego Jima. Oczywiście nie planuje już wrócić do chaty.

W tym czasie Charlie i Jim świętują Thanksgiving. Tutaj proszę obejrzeć filmik, bo będzie on zdecydowanie bardziej wymowny niż moja pisanina. Do historii przeszła także scena z bułeczkami, gdy Charlie śni o tym, jak zabawialby znajome panie.  W tym filmie jest zresztą więcej scen, które zapisały się w filmografii. Lubię Chaplina, bo łączył w swoich filmach komizm z sentymentalizmem oraz szlachetnymi chciałoby się powiedzieć emocjami. Ile razy zdarzyło mi się lać łzy na „Brzdącu” zabieranym do sierocińca albo w „Światłach wielkiego miasta”, gdy niewidoma kwiaciarka nie miała pieniędzy na czynsz. Choć zapewne znacznie częściej płakałam ze śmiechu. Nie wiem, czy jest dziś reżyser, który misję rozbawiania widzów, a jednocześnie przekazania im prostych życiowych prawd wypełnia tak sumiennie, jak to robił Chaplin. Komizm w jego filmach był nie tylko rozrywką, ale niemal zawsze miał drugi, nieco głębszy wymiar poszukiwania dobra w drugim czlowieku.

No, ale przecież miało być o śniegu.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy