O filmach zza oceanu
poniedziałek, 26 lutego 2018
The Shape of Water

Reżyseria: Guillermo del Toro. W rolach głównych: Sally Hawkins, Octavia Spencer i Richard Jenkins.

Podobał mi się ten film bardzo, chyba najbardziej ze wszystkich oskarowych kandydatów. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych filmów sezonu, opowiada historię nie mogącą się zdarzyć, historię uczucia niemożliwego, ale opowiedzianą i zagraną tak, że człowiek zapomina o bożym świecie i przenosi się w lata sześćdziesiąte, kołysany francuską muzyką genialnego Alexandra Desplat i piosenkami Serge’a Gainsbourga. Aż dziw, że akcja nie toczy się w Paryżu, tylko w zupełnie nieromantycznym Baltimore.

Ale i w nieromantycznym Baltimore zdarzyć się może historia miłości niemej sprzątaczki Elisy i stworzenia przypominającego skrzyżowanie człowieka z niebieską rybą albo niezidentyfikowanym płazem. Ten nieoczywisty przykład fauny (dodajmy na marginesie, że nie wyglądający nieatrakcyjnie) został złapany gdzieś w odmętach Amazonki i przywieziony do Baltimore, gdzie sadystyczny pułkownik Richard Strickland, grany przez Michaela Shannona, zamierza poddać go przeróżnym eksperymentom i potencjonalnie wykorzystać jako tajną broń przeciwo Rosjanom. Czy wspomniałam, że akcja toczy się w latach zimnej wojny? Motyw zimnej wojny zostaje zresztą zgrabnie wplątany do fabuły, podobnie jak wątek jedynych przyjaciół jakich ma Elisa – bzrobotnego grafika (Richard Jenkins) i koleżanki z pracy (Octavia Spencer).

Osobiście dałabym Guillermo del Toro Oskara za reżyserię i wyróżniła scenariusz, bo doprawdy po jakże cienkim lodzie stąpali twórcy robiąc film czerpiący z kiczowatch filmów o potworach z lat pięćdziesiątych, pomieszany z namiętnym romansem i historią szpiegowską. I to wszystko trzyma się kupy! Do tego interesujący jest wątek poboczny przyjaciela Elisy, który nie może znaleźć pracy z powodu swojego homoseksualizmu (i jeszcze ten biedny kot – więcej powiedzieć nie mogę). No i historia ze szpiegostwem i Rosjanami w tle. Oj, chyba reżyserowi bardzo podobało się „Bez wyjścia” z Kevinem Costnerem.

Reżyser zaś po raz kolejny udowadnia, że nie straszne mu (ha!) potwory na ekranie i niestworzone historie. „Labirynt fauna” był przepiękną i momentami straszną bajką i widać, że del Toro ma zacięcie do nieprawdopodobnych scenariuszy z nie do końca ludzkimi bohaterami. Naprawdę, duża sztuka sprzedać niebieskiego amanta w wannie z główną bohaterką, która nie mówi. Polecam – świetna historia i piękna muzyka. Tylko kota szkoda.

17:37, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lutego 2018
I, Tonya

Reżyseria: Craig Gillespie. W roli głównej Margot Robbie.

Po filmie przyszło mi do głowy, że jakbym  miała opisać go jednym słowem to byłby sledgehammer. A w trakcie seansu jakby mnie ktoś obuchem walnął. Obraz Craiga Gillespiego to jazda (na łyżwach) bez trzymanki.

(Nie)słynny skandal łyżwiarski sprzed ponad 20 lat zrujnował karierę Tonyi Harding, amerykańskiej łyżwiarki, która jako pierwsza kobiet skoczyła potrójnego axela. Ktokolwiek interesował się łyżwiarstwem figurowym w latach 90. na pewno pamięta incydent z Nancy Kerrigan. Tonya przez lata zarzekała się, że w próbę roztrzaskania kolana swojej rywalki nie była zamieszana. Ostatnio przyznała, że wiedziała. Mam wrażenie, że ona sama do końca nie wie.

Ale nie o tym mam pisać. Część filmu opowiadająca o incydencie z Kerrigan jest najmniej emocjonująca. Być może celowo, może aby tego wydarzenia po raz kolejny nie pokazywać w światłach reflektorów. Gillespie kamerę skierował gdzie indziej – na dzieciństwo Tonyi, nadużywającą przemocy matkę oraz na męża, który nie żałował pięści. Tonya dorastała w środowisku, które najlepiej określić jako white trash. Można byłoby długo wymieniać: rozwód rodziców, apodyktyczna i emocjonalnie niedostępna matka (oj, chyba „rola życia” Allison Janney), psychiczna i fizyczna przemoc ze strony matki i męża, brak środków na utrzymanie i słaba edukacja. Tonya i jej matka nie były przykładem modelowej amerykańskiej rodziny i utalentowana łyżwiarka była przez łyżwiarskie środowisko postrzegana jako czarna owca bez klasy i wyrafinowania. Kiedy jednak skoczyła axela, Ameryka ją kochała. Kiedy uwikłała się w skandal z Kerrigan, stała się niemal wrogiem numer jeden.

Margot Robbie w roli Tonyi ma gdzie szaleć, bo dialogi są ostre jak łyżwa, język soczysty i nie brakuje dramatów w życiu i na lodzie. To nie jest hallmarkowska biografia do obejrzenia z popołudniową herbatką, tylko mocno jadąca po bandzie opowieść o utalentowanej sportsmence, która nie miała w życiu lekko, a jednak została bardzo dobrą łyżwiarką. Wydaje mi się, że reżyser chciał Harding oddemonizować i pokazać ją nie tylko przez pryzmat incydentu z Kerrigan. Czy pokazał prawdziwą Tonyę? Szczerze mówiąc, nie chcę wnikać. To w końcu fabuła, a nie dokument, choć zgrabnie wystylizowana na mockumentary, ze scenami mówionymi wprost do kamery.

Mam nadzieję, że teraz układa się Tonyi lepiej w życiu niż w czasach jej kariery łyżwiarskiej. A ja czekam na toeloppy, flipy i rittbergery na rozpoczętej właśnie olimpiadzie. 

20:25, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 stycznia 2018
Three Billboards Outside Ebbing, Missouri

Reżyseria: Martin McDonagh. W rolach głównych: Frances McDormand, Woody Harrelson i Sam Rockwell.

Z Martinem McDonagh spotkałam się wcześniej tylko raz przy okazji In Bruges, który to film zostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Nie byłam specjalnie podekscytowana jego nowym filmem o dziwnym tytule, no ale jako że sezon oskarowy, więc obejrzałam. I bardzo się cieszę, bo film świetny i wydaje mi się, że będzie to najlepszy film roku podczas tegorocznego rozdania Oskarów.

Frances McDormand gra Mildred, matkę, której córka została brutalnie zamordowana. Od śmierci minęło wiele miesięcy, a policja w Ebbing w Missouri nie znalazła sprawcy. Mildred wpada więc na pomysł ustawienia tytułowych billboardów na drodze do miasta, na których kwestionuje jałowe działania policji. Spokojne życie miasta zostaje wywrócone nogami, bo jak to, gdzie i w ogóle, tak z grubej rury z pytaniami do szefa policji w rozmiarze czcionki 100 albo i 1000. Szef policji William Willoughby, którego obwiania Mildred (świetny Woody Harrelson) wcale nie jest jednak takim dupkiem za jakiego można byłoby go uważać. Gość robi swoje, chce pomóc Mildred, ale czasem po prostu sytuacja go przerasta. Dupkiem za to jest jego kolega Dixon (Sam Rockwell, który działa mi na zęby za każdym razem jak go widzę na ekranie w jakimkolwiek filmie, ale tym razem został obsadzony kapitalnie i gra gościa, który wszystkim działa na uzębienie), który dupkiem pozostanie, ale ewolucja którą przejdzie w filmie, zaiste jest zadziwiająca.

Co mi się w tym filmie podobało, to fakt, że żadna z postaci do końca nie jest taka jak się z początku wydaje. Mildred, z największym balastem emocjonalnym, ma na sumieniu nie do końca miłe słowa, które powiedziała córce. Szeryf próbuje uprawiać lekki emocjonany szantaż na Mildred, wyjawiając pewne osobiste sekrety, choć tak naprawdę porządny z niego facet. Dixon jest półgłówkiem, ale jak przyjdzie co do czego, to okaże się, że serce ma po właściwej stronie. Aktorzy grają koncertowo, nie tylko trójka głównych, ale również syn Mildred (Lucas Hedges, który rozbija się po Hollywood na dobre po „Manchester by the Sea”, a ostatnio w „Lady Bird”), jej były mąż, sprzedawca powierzchni reklamowej, pracownik, który billboardy rozklejał i tak można wymieniać i wymieniać.

McDonagh, scenarzysta i reżyser, wie jak wycisnąć z dramatycznego materiału komizm, żarty i lżejszą nutę, ale równie świetnie umie przywalić z ciężkiego kalibru, jak w scenie, w której Mildred żegna swoją wychodzącą z domu córkę słowami, po których naprawdę zatyka z wrażenia. Ta nielekka opowieść o rodzicu doświadczającym najgorszego, co może rodzica spotkać, odnosi się również do rasowych konfliktów, z którymi ciągle boryka się Ameryka: dyskryminacji Afro-Amerykanów i brutalności policji. „Trzy bilboardy...” mają niespodziewane zwroty akcji, kapitalne, ostre i soczyste dialogi i wspaniałe aktorstwo. Będą Oskary jak się patrzy.

17:56, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 stycznia 2012
Spadkobiercy

("The Descendants") Reżyseria Alexander Payne. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 17 lutego. 


Matt King, grany przez George'a Clooneya, jest zapracowanym od rana do nocy prawnikiem w średnim wieku, któremu nagle świat wali się na głowę.  Jego żona ulega wypadkowi podczas jazdy łodzią motorową i zapada w śpiączkę. King zostaje nagle samotnym rodzicem swoich dwóch córek, dziesięcioletniej Scottie i siedemnastoletniej Alex (rewelacyjna Shailene Woodley). Jak sam mówi, ostatni raz zajmował się tą pierwszą, gdy miała 3 lata. Ze starszą, przebywającą w prywatnej szkole z dala od domu, widzi się tylko podczas uroczystości rodzinnych. Do tego King jest kilka dni od sfinalizowania gigantycznej sprzedaży dziewiczych terenów na hawajskiej wyspie Oahu, należących do jego rodziny od 1860 roku. Mimo iż ziemia jest współwłasnością rodziny, to Matt jest głową funduszu zarządzającego sprzedażą i do niego należy ostateczna decyzja o tym komu i za ile ziemia zostanie sprzedana. 

Ma więc czym się chłop martwić. Żona w śpiączce, młodsza córka wysyłająca obsceniczne esemesy do koleżanki i starsza, wysłana do prywatnej szkoły na inną wyspę Hawajów, najprawdopodobniej nie tylko w ramach lepszej edukacji, ale także za karę za "drugs and boys", jak mimochodem wspomina Matt. Do tego Alex wyjawia ojcu pewien sekret i ta wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. A wszystko dzieje się w przepięknej scenerii Hawajów (gdzie nawet prawnicy noszą koszule w kwiaty i sandały), jakże nieprzystającej do jakichkolwiek problemów codziennego życia. 

"Spadkobiercy" nie byliby pewnie w połowie tak dobrym filmem, gdyby nie George Clooney. Obsadzony chyba pierwszy raz w roli ojca i męża, sprawdza się znakomicie na ekranie. Jest to rola dojrzała i zagrana bez zwykłego zawadiactwa, do którego zdążył przyzwyczaić aktor. Bardzo lubię Clooneya w nonszalanckich rolach jak Danny Ocean czy Ryan Bingham z "Up in the Air", ale tutaj pokazał się z zupełnie innej strony i według mnie sprawdził się na 100%. Widać George jak wino. 

Alexander Payne znakomicie żonguje emocjami na ekranie, mieszając groteskowy humor i dramat. Są w tym filmie sceny o ogromnym napięciu emocjonalnym, jak np. ta, w której Matt "rozmawia" z żoną, a raczej wściekle wyrzuca jej wszystkie przewinienia i grzeszki, podczas gdy ta leży nieprzytomna na szpitalnym łóżku. Są kapitalne sceny z nastoletnią córką bohatera, w których nawzajem się ranią - on ją, gdy mówi jej o stanie matki, ona jego, gdy wyjawia mu tajemnicę matki. Jest wojna pokoleń, brak zrozumienia, szacunku i umięjętności rozmawiania ze sobą. Nieznana mi wcześniej Shailene Woodley jest dla Clooneya równorzędną partnerką, mimo iż prawie bez ekranowego doświadczenia. Reżyser zręcznie ukrywa też prawdy o bohaterach. Żona i matka okazuje się nie do końca być kryształowa. Chłopak Alex, na pierwszy rzut oka niezbyt rozgarnięty małolat, maską wesołka ukrywa uczucia po stracie kogoś bliskiego. A sam King przechodzi szybki kurs dorastania w średnim wieku. Sprzedaż ziemi uświadamia mu co tak naprawdę liczy się w życiu. Musi być nienormalnie, żeby zaczęło być normalnie. Trzeba coś stracić, aby coś zyskać. Ot, kilka prostych prawd w scenerii rajskich Hawajów, gdzie bieda, choroby i nieszczęścia dotykają ludzi tak jak gdzie indziej. Do tego George i dwa Złote Globy na deser. Nie jest to kino przez wielkie "K", ale lekkość z jaką reżyser miesza komedię z dramatem oraz doskonała gra Clooneya i Woodley warte są dwóch godzin w kinie. 

21:26, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (3) »
środa, 11 stycznia 2012
The Girl with the Dragon Tattoo

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Daniel Craig and Rooney Mara. W Polsce od 13 stycznia. 

Trylogia szwedzkiego pisarza Stiega Larssona, której bohaterką jest społecznie nieprzystosowana, introwertyczna hakerka z fotograficzną pamięcią Lisbeth Salander była jednym z głośniejszych wydarzeń literackich ostatnich lat. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy o książki Larssona upomni się Hollywood, zwłaszcza po trzech szwedzkich ekranizacjach z niezapomnianą rolą Noomi Rapace jako Lisbeth Salander. Według niektórych, casting aktorek do amerykańskiej wersji można porównać do "Przeminęło z wiatrem". Scarlett O'Hara, amerykańska bohaterka z czasów wojny secesyjnej, zagrana przez - ku rozpaczy wielu - Angielkę Vivien Leigh, stała się heroiną ekranu na długie lata. Ciekawe więc, czy Rooney Mara, która w wyścigu o rolę pokonała m.in. Natalie Portman, Carey Mulligan, Anne Hathaway i Scarlett Johansson, stanie się jako Salander porównywalną ikoną.

David Fincher obsadził w roli głównej mało znaną Rooney Marę. Mara pojawiła na kilka minut we wcześniejszym filmie Finchera "The Social Network" i po prawdzie była to jej największa rola do tej pory. Reżyser postawił na nieznaną aktorkę, gdyż obawiał się, że nazwisko takie jak Portman czy Mulligan przytłoczy postać Lisbeth. Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, aby np. Portman zagrała Salander, to muszę przyznać, że Mara zagrała naprawdę świetnie.

Jej Salander jest inna od tej, którą pokazała Rapace. Lisbeth w wykonaniu Szwedki była "młodą gniewną", zbuntowaną, wręcz agresywną dziewczyną. Mara nadała jej nieco inny rys. Salander u Finchera jest mniej ekranowo "zła", a bardziej zamknięta w sobie. Lisbeth jaką zaprezentowała Rapace zdawała się być rozsadzana od środka przez gniew, wściekłość, czasem bezsilność. Mara gra spokojniej, prezentując Salander jako introwertyczkę z chłodnym analitycznym umysłem. Nie podjęłabym się  wybrać, która z aktorek bardziej mi się podobała. Tak samo nie umiałabym powiedzieć, który z filmów wywarł na mnie większe wrażenie - szwedzki czy amerykański. Szwedzki - jakby bardziej amatorski i przez to surowy. Amerykański - niby sfilmowany oszczędnie, w ciemnej palecie kolorów, a jednak z rozmachem (jedna z bardziej odjazdowych czołówek, jakie widziałam) i fantazją, której szwedzki pierwowzór nie miał. Oba uważam za bardzo dobre. Na plus u Finchera muszę zaliczyć to, że mimo iż czytałam całą trylogię, obejrzalam trzy szwedzkie filmy, czyli krótko mówiąc znam historię bardzo dobrze, to czułam jakbym oglądała ten film z pozycji osoby, która nic nie wie o bohaterach. Nadal było napięcie, emocje i gęsia skórka. 

Fincher rozłożył inaczej proporcje bohaterów na ekranie. Więcej jest u niego Blomkvista niż Salander. Ich relacje też nie są tak ścisłe, jak w książkach, czy u Szwedów, choć uważam, że chemia między bohaterami była dużo lepsza niż w szwedzkich filmach (no ale gdzie Michaelowi Nyqvistowi do Daniela Craiga). Nie wiem, czy było to zabieg świadomy, czy też Daniel Craig, grający Mikaela Blomkvista, dziennikarza próbującego rozwikłać zagadkę klanu Vangerów, któremu pomaga Salander, jest po prostu na tyle dominujący na ekranie, że to bardziej on niż Mara jest na pierwszym planie. Przynajmniej takie było moje odczucie. Czytałam gdzieś wypowiedź Craiga, który stwierdził, że Rooney Mara ukradła mu film. Rzeczywiście, aktorsko Craig nie miał chyba nawet połowy do zagrania tego, co zrobiła Mara. 

W filmie Finchera jest suspens, napięcie, dobre zdjęcia i aktorskie perełki takie jak Steven Berkoff w roli prawnika Dircha Frode. Jak sprawdziłam na imdb.com, w planach reżysera, Craiga i Mary nie ma żadnych wzmianek o kontynuacji trylogii. Czytałam jednak gdzieś, że Mara żartowała, że będzie musiała nosić fryzurę Salander przez najbliższe 3 lata, czyli wynikałoby z tego, że powstaną kolejne dwa filmy. No to czekam. 

20:17, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy