O filmach zza oceanu
czwartek, 17 czerwca 2010
Seks w wielkim mieście 2

Reżyseria Michael Patrick King. W rolach głównych: Sarah Jessica Parker, Kim Cattrall, Kristin Davis, Cynthia Nixon i inni.

Przezabawny, romantyczny i bardzo udany. Tak pisałam o pierwszej części "Seksu". Pisanie o drugiej mogę zacząć zaś od słów - nudnawy, przegadany i o niczym.

Niestety, druga część jest tylko popłuczynami po pierwszej, że o serialu nie wspominając. Trzeba było coś wymyśleć jakieś nowe tło, bo same kiecki i buty od Manolo nie wystarczyłyby na 2,5 godziny filmu, więc gwiazdy udały się do Abu Zabi w Emiratach Arabskich. Zresztą, między Bogiem a prawdą, ciuchy w filmie specjalnie mnie nie porwały. Owszem, stroje, któe nosiły aktorki w Abu Zabi tematycznie, kolorystycznie i stylistycznie nawiązywały do pustyni i upałów, ale nie zrobiły mnie takiego wrażenia jak kreacje z pierwszej części.

W każdym bądź razie, Emiraty były świetnym tłem dla Samanthy i jej menopauzy oraz później dla jej sekscesów. Pozostałe panie zdawały się być li tylko tłem, a przygoda Carrie przewidywalna od początku. Wiadomo było też, że w scenariuszu musi pojawić się też motyw kryzysu głównej bohaterki z Bigiem. W poprzedniej części był to ślub, tym razem rutyna małżeńska. Bałam się, że scenarzyści pójdą dalej i zafundują Carrie rozważania nad macierzyństwem, a może nawet niespodziewaną ciążę. Chwała Bogu, że do tego nie doszło, gdyż film stałby się swoją własną parodią. Kryzys małżeński Biga i Carrie przedstawiony został mdło i nijako, a Carrie wyszła - moim zdaniem - na zakompleksioną blondynkę, która po latach związku z facetem swojego życia obawia się, że zje ich rutyna, nuda, a każdy wieczór skończy się przed telewizorem. Poza tym, po ledwie dwóch latach małżeństwa chyba za wcześnie na takie obawy?

"Seks w wielkim mieście" po 12 latach od premiery serialu zdążył się "wyseksić" i wypalić. Kinowa dwójka nie ma lekkości serialu ani humoru poprzedniego filmu. Fabuła ledwie liznęła zawodowy kryzys Mirandy i rodzinne problemy Charlotte. Carrie staje się już nudna z tym swoim szukaniem szczęścia, ideału, a krótko rzecz ujmując - dziury w całym. Na szczęście jest Samantha, które wybujałe życie daje pole do popisu, no ale jedna nimfomanka nie może unieść całego filmu. Fajnie, że fabularna wersja SATC pojawiła się w kinach, ale na pierwszej można spokojnie byłoby poprzestać. Lepiej wypić kosmo i pooglądać stare odcinki.

23:05, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Iron Man 2

Reżyseria Jon Favreau. W rolach głównych: Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow i Mickey Rourke. W kinach.

Iron Man na ustach wszystkich, Iron Man gwarancją pokoju na świecie, Iron Man osobowością roku według tygodnika "Time". Ego Tony'ego Starka osiąga epogeum. Stark pławi się w sławie, zaszczytach i sukcesie swoim oraz swojego drugiego ja. Cóż więc może spotkać bohatera, który ma wszystko? Naturalna kolej rzeczy, czyli upadek.

Kolejny czarny charakter, z którym miałby rozprawić się Iron Man byłby zbytnim uproszczeniem. Taki charakter pojawia się w filmie, ma się rozumieć, ale oprócz oczywistej oczywistości dodano Starkowi problemy ze zdrowiem oraz własnym narcyzmem. Tony Stark przypomina gwiazdora, któremu woda sodowa uderza do głowy. Mamy więc Iron Mana po pijaku demolującego swój dom, Iron Mana, który dostaje łomot od najlepszego przyjaciela i Iron Mana, który zwyczajnie gubi się ze swoim alter ego (lub może raczej Tony'ego Starka, którego zaczyna uwierać żelazna zbroja). Robert Downey Jr. mógł zapewne czerpać garściami ze swojego życiorysu.

Mimo iż film jest bardziej przegadany niż jedynka, "Iron Man 2" nadal ma cool factor, o którym pisałam wcześniej. To wciąż naładowane akcją widowisko, podlane sosem z muzą AC/DC i kapitalnym Downeyem Jr. w roli Starka. Czy mogę się do czegoś przyczepić? Dwie rzeczy: za dużo postaci, które w sumie niewiele wnoszą do filmu oraz za mało wyraziste czarne charaktery. Samuel L. Jackson i Scarlett Johansson są praktycznie zbędni, zwłaszcza Jackson, bo Johansson choć wygląda elektryzująco na ekranie. Mickey Rourke jako Ivan Vanko zdecydowanie nie dostał szansy, aby wykorzystać potencjał swojego charakteru. Sceny w Monako, gdy pojawia się po raz pierwszy z elektrycznymi biczami są lepsze niż finał. Za mało było Ivana Vanko na ekranie. Sama Rockwella, który dziwnie działa mi na zęby, miałam ochotę walnąć pięścią między oczy. Albo nogi. Jego Justin Hammer był wkurzający, a jego "demoniczność" niemal infantylna. Jego bohater wywołuje co najwyżej wzruszenie ramion.

Nie czytałam zbyt wielu recenzji przed seansem, ale opinie były co najwyżej letnie. Ja się przyjemnie rozczarowałam, bo pomimo paru słabszych elementów (jak wyżej oraz nie tak dobre dialogi) "Iron Man 2" to nadal świetne kino rozrywkowe. Jeśli zrobią trójkę, to ja jestem kupiona.

20:09, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
Iron Man

Reżyseria Jon Favreau. W rolach głównych: Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow i Jeff Bridges.


Nie wiem dlaczego recenzja tego filmu nigdy nie pojawiła się tutaj (pewnie z lenistwa), bo odkąd zobaczyłam "Iron Mana" dwa lata temu, stał się on moim ulubionym filmowym superbohaterem, a film z 2008 r. był numerem jeden na mojej liście filmów lekkich i rozrywkowych. Przy okazji więc drugiej części na ekranach, o czym w następnej recenzji, słów parę o części pierwszej.

Zacznijmy od końca. Ostatnia scena, w której Tony Stark wyjawia, że to on jest Iron Manem przeczyła zasadom obowiązującym w większości filmów o superbohaterach. Trzymają oni swoją tożsamość w ukryciu, a o ich drugim wcieleniu wie tylko garstka wtajemniczonych. Dlatego tak cholernie podobało mi się, gdy Stark z rozbrajającą szczerością wyznał prawdę o swoim alter ego. Ujawnienie tajemnicy wiąże się z osobowością Starka, który ma to, czego nie mają Batman, Superman, czy Hulk razem wzięci -czynnik cool. Tony Stark alias Iron Man, narcystyczny, egocentryczny miliarder bawi się rolą superbohatera i traktuje ją z dystansem, którego brakuje innym herosom komiksu i ekranu. Tony Stark raz jawi się jako playboy, innym razem jako rozkapryszony chłopiec, geniusz, a czasem pozer. Robert Downey Jr. jest po prostu stworzony do tej roli. Gra lekko, naturalnie, jakby nic innego w życiu nie robił, tylko uganiał się za kobietami, kolekcjonował samochody, a przy okazji budował Iron Mana. Właściwy aktor we właściwym filmie.

W filmach o facetach z ukrytą tożsamością zawsze najbardziej podoba mi się część, w której bohater staje się superbohaterem, odkrywa swoje drugie ja, bądź buduje swoje zabawki, które potem będą mu służyć. W "Iron Manie" ten fragment filmu należy do moich ulubionych, gdy Tony Stark konstruując Iron Mana rozwala pół swojej rezydencji i demoluje samochody testując prototyp. Jest śmiesznie, ironicznie i dowcipnie. A Robert Downey Jr. bawi się na całego.

"Iron Man" balansuje na pograniczu fantazji i realu. Superman, ze swoim pochodzeniem z innej planety, z założenia niemal był nierealny. Batman w gumowym kostiumie z uszami, choć kapitalnie przeniesiony dwa razy na ekran przez Nolana, bardzo komiksowy, z wyraźnym rozgraniczeniem dobra i zła. Tony Stark mógłby istnieć naprawdę. Może dlatego właśnie jest moim ulubionym superbohaterem, bo linia między komiksem a światem rzeczywistym jest cieńsza niż w przypadku innych bohaterów.

Reżyser Jon Favreau napompował "Iron Mana" kapitalną rozpierduchą, która z towarzyszeniem mocnego rocka w tle po prostu wgniata w kinowy fotel. Downey Jr. rządzi na ekranie, co tu dużo gadać. Jego świat inteligentnych robotów, przestrzennych komputerów, nowoczesnej technologi wygląda imponująco. A oglądany na małym ekranie dwa lata później nadal ma cool factor.

20:07, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Skarpety okazały się niepotrzebne

Amunicja przygotowana do rzucania w telewizor w przypadku wygranej "Avatara" jako najlepszego filmu zaległa nieużyta przez większą część wieczoru, nie licząc kilku próbnych trafień. "Avatar" wystrzelał się w box officach i na Oskary nie starczyło rozpędu. Bombą, która wybuchła z siłą sześciu Oskarów okazał się "The Hurt Locker". Można więc powiedzieć, że w większości sprawy poszły po mojej myśli. Oskary aktorskie były po raz kolejny najbardziej przewidywalną częścią gali. Kurna, jakby Meryl Streep wygrała to byłaby większa sensacja niż wygrana Bigelow. Zabrakło niestety niespodzianek. Największymi za to niespodziankami były (przynajmniej dla mnie) Oskary za scenariusze. Za adaptowany myślałam, że wygra "Up in the Air", a za oryginalny Tarantino z "Bękartami". No i przegrana faworyzowanej "Białej wstążki". Argentyńska produkcja wyskoczyła niczym filip z konopii.

Największym przegranym jest jednak nie "Avatar", ale producent "The Hurt Locker", który dostał bana na ceremonię. No nie wiem jakim trzeba być idiotą, żeby wysyłać maile do członków Akademii i prosić o niegłosowanie na swojego największego konkurenta.

Baldwin i Martin stanęli na wysokości zadania, choć byłam sceptycznie nstawiona do wyboru ich jako prowadzących. Ceremonia wprawdzie przedłużyła się, ale było dowcipnie i z przymrużeniem oka. The beściakiem gali okazał się Ben Stiller jako Na'vi.

Jak patrzę na trendy oskarowe, to za rok może nas czekać sukces kolejnej produkcji w stylu "Chicago" czy "Slumdoga". Łaska hollywoodzka na pstrym koniu jeździ.


 

 

czwartek, 04 marca 2010
Oscarowe "chciał(a)bym"

Zgodnie z bezpopcornową tradycją (2009 i 2008), przed Oskarami coś z Guardiana. Tym razem, szacowny dziennik zapytał czytelników o ich osobiste prefencje co do nadchodzących Oskarów. Nie o to, kto wygra, czy powinnien wygrać, ale o to czyja wygrana ucieszyłaby ich najbardziej. Rezultaty "Who do you want to win" w dziesięciu najważniejszych kategoriach będą opublikowane po rozdaniu nagród.

Takie rozdanie ucieszyłoby mnie najbardziej:

Najlepszy film - miałam dużą zagwozdkę między "The Hurt Locker" a genialnym "Dystryktem 9" i ostatecznie postawiłam na krewetki.

Najlepszy reżyser - żadnych wątpliwości: Kathryn Bigelow.

Najlepsza aktorka - nie widziałam, niestety, żadnej z pań, więc niech będzie Sandra Bullock.

Najlepszy aktor - Jeremy Renner.

Najlepszy film zagraniczny - "Biała wstążka".

Najlepsza aktorka drugoplanowa - Vera Farmiga za "Up in the Air".

Najlepszy aktor drugoplanowy - bez niespodzianek, Christoph Walz.

Najlepszy scenariusz adaptowany - "Dystrykt 9".

Najlepszy scenariusz oryginalny - "The Hurt Locker".

Najlepszy film dokumentalny - "Food, Inc."

Wasze preferencje?

Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy