O filmach zza oceanu
czwartek, 24 lutego 2011
Blue Valentine

Reżyseria Derek Cianfrance. W rolach głównych: Ryan Gosling i Michelle Williams. Daty polskiej premiery nie znalazłam.


No nareszcie jakiś nowy film z Ryanem Goslingiem. Zajrzałam na imdb.com i aż nie mogę uwierzyć, że od czasu "Lars and the Real Girl" nie zagrał w żadnym filmie! Pognałam więc czym prędzej do kina na "Blue Valentine", zwłaszcza, że trailer bardzo mi się podobał, podobnie jak i powyższy plakat.

No i skucha, proszę państwa. Z sześciu filmów, w których widziałam Goslinga (wcześniej "The Notebook", "Stay", "Half Nelson", "Fracture" i wspomniany już "Lars"), "Blue Valentine" rozczarował mnie bardzo. No dobra, może nie bardzo, ale na tyle, że zła byłam sama na siebie, że miałam duże oczekiwania, a wyszło średnio. Średnio, bo miał to być film ukazujący związek dwojga ludzi "inaczej" niż dotychczas w kinie. Niestety, ja się zbyt wiele nowatorskich elementów nie dopatrzyłam. Historia Deana (Gosling) i Cindy (nominowana do Oskara Michelle Williams) prowadzi widza przez kilka lat ich związku. Reżyser przedstawia ich, gdy są małżeństwem z kilkuletnim stażem i w trakcie filmu wraca do czasów, w których się poznali. Przez szereg reminescencji poznajemy bohaterów, ich uczucia i to jak szybko się wypaliły. Romantyzm i namiętność zastąpiła codzienna rutyna, praca, dziecko, problemy Deana z alkoholem. Z pary młodych dwudziestoletnich stali się parą zapracowanych trzydziestolatków z bagażem życia.

Podobały mi się powroty do przeszłości, gdy Dean i Cindy się poznali. To według mnie najlepsze elementy filmu. Są takie prawdziwe, szczeniacko naiwne, jak naiwne i ślepe może być pierwsze zauroczenie drugą osobą. Zwłaszcza Gosling był dobry w tych momentach. I tu też trochę leży pies pogrzebany. Wydaje mi się, że aktor nie do końca był wiarygodny w roli swojego bohatera kilka lat później. Wychodzi z tego trochę równanie 2+2=5, bo dla mnie Gosling jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, no ale chyba tym razem coś nie zagrało. Zabrali mu trochę włosów z głowy, dołożyli obciachowy wąs i parę kilogramów i może to miało starczyć, żeby pokazać przemianę bohatera? Nie starczyło. Williams zdecydowanie lepiej odnalazła się w roli Cindy kilka lat później.

Nie mówię, że "Blue Valentine" to film nieudany. Jak na projekt, który jest wiwisekcją związku dwojga ludzi, w którym aż tak wiele się nie dzieje, nie mogę powiedzieć, że się nudziłam. Nie nudziłam się, ale też nie czułam emocji, na które się nastawiłam. Być może to właśnie tylko kwestia mojego nastawienia i braku jakiegoś szoku emocjonalnego. No, może poza sceną seksu w hotelu, gdzie Dean i Cindy wynajmują pokój na randkę na jedną noc. Wypalona namiętność na pograniczu z masochizmem była rzeczywiście trudna do oglądania. Całość była jednak zbyt zwyczajna i przeciętna. Można obejrzeć, ale mi specjalnie ten film nie zapadł w pamięć. Czekam więc na kolejne filmy z Goslingiem. Na szczęście nie każe sobie czekac kolejnych trzech lat.

środa, 23 lutego 2011
Winter' Bone

Reżyseria Debra Granik. W rolach głównych: Jennifer Lawrence i John Hawkes. W Polsce od 25 lutego.


"Winter's Bone" to jedyna niskobudżetowa i mniej znana szerokiej publiczności produkcja w gronie nominowanych do Oskara za najlepszy obraz. Bardzo dobrze, że członkowie Akademii docenili film, który zdążył już zgromadzić na swoim koncie wiele nagród z przeróżnych festiwali filmowych. To zdecydowanie lepsza decyzja niż potencjalna nominacja dla "The Town", który - choć dobry - nie jest jednak niczym więcej niż porządnym filmem akcji w porównaniu z "Winter's Bone".

Debra Granik wyreżyserowała dramat z krwi i kości o życiu czteroosobowej rodziny w górach Ozark na pograniczu Missouri i Arkansas. Siedemnastoletnia Ree Dolly jest głową rodziny i opiekuje się dwójką młodszego rodzeństwa oraz matką, która tkwi w psychicznej i fizycznej izolacji od realnego świata. Ojciec Ree, Jessup, zajmuje się tym, czym wielu mężczyzn z okolicy - robieniem metamfetaminy w prowizorycznych laboratoriach rozsianych wśród gór. Działalność ta doprawdziła jego żonę i matkę Ree do depresji, a rodzinę do nędzy. Za produkcję narkotyku poszukuje go policja. Jedyną cenną rzeczą, którą ma Ree jest dom. O resztę musi troszczyć się sama - o edukację swojego rodzeństwa, drewno na opał i co włożyć do przysłowiowego gara (wybór, jak ktoś będzie oglądał, jest dość szokujący, choć wcale nie wyssany z palca). Kiedy więc dowiaduje się od szeryfa, że Jessup zastawił dom w sądzie i jeśli nie pojawi się na rozprawie, dom przepadnie, świat wali jej się na głowę. Ree rusza na poszkiwanie ojca. Odwiedza jego dawnych kolegów, próbuje rozmawiać z lokalnymi grubymi rybami, z bratem ojca i wszędzie napotyka opór. Zdana sama na siebie, w patriachalnej społeczności, gdzie zdanie kobiet, a cóż dopiero nastoletnich dziewcząt nie liczy się, wydaje się toczyć skazaną na porażkę walkę.

"Winter's Bone" oferuje rzadki w sumie obraz amerykańskiej prowincji. Nie takiej, jak np. w "Fighterze", gdzie tłem jest nieduże miasto, ale prowincji zapyziałej, gdzie bieda piszczy ze wszystkich kątów, mężczyzni robią narkotyki, kobiety dają na to ciche przyzwolenie, a ich córki rodzą dzieci w wieku 16 lat. Taką biedę i depresję nieczęsto widzi się na ekranie, a film Granik pokazuje rzeczywistość w bardzo oszczędny i surowy sposób, znakomicie współgrając zdjęciami i dialogami z depresyjną, ponurą przyrodą wokół. Mało znana Jennifer Lawrence w roli Ree daje prawdziwy popis i po Natalie Portman jest to moim zdaniem druga najlepsza rola sezonu.

Michał z Filmówki pisał, że "Winter's Bone" jest dostępne w Polsce w ledwie dwóch kopiach. Szkoda, bo mimo iż to niełatwy obraz, wart zdecydowanie wyprawy do kina.

22:05, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
True Grit

Reżyseria Joel i Ethan Coen. W rolach głównych: Jeff Bridges, Mat Damon i Hailee Steinfield. W Polsce od 11 lutego.

Bracia Coen mieli w ostatnich latach dwie skuchy w postaci "Burn After Reading", które jeszcze dało się jeszcze jako tako obejrzeć oraz zupełnie beznadziejnego "A Serious Man". Normalnie chyba musieli odreagować Oskary za "No Country for Old Men" i nakręcili dwa kolejne filmy na kolanie. Dobrze się więc składa, że ich najnowszy film jest dla odmiany bardzo dobry i właśnie wylądował z 10 oskarowymi nominacjami.

"True Grit" jest remakiem westernu z Johnem Waynem, którego nie miałam okazji oglądać, a szkoda, bo Wayne dostał Oskara za główną rolę i ciekawam jak zagrał. Jeff Bridges w roli Roostera Cogburna to prawdziwy westernowy zakapior, który z niejednego pieca chleb jadł i nie zawaha się ani sekundy przed wyciągnięciem pistoletu z kabury. Gdzieś przeczytałam i pozwolę sobie użyć porównania, że Cogburn to westernowa wersja Bada Blake'a z "Crazy Heart". Bardzo trafne porównanie, z tym że Cogburn to zdecydowanie większy badass niż Blake, z opinią najtwardszego amerykańskiego szeryfa. Takiego właśnie twardziela poszukuje 14-letnia Mattie (nowa twarz na ekranie Hailee Steinfield, prosto z cieplutką nominacją oskarową). Ktokolwiek ją znalazł na castingu, powinien dostać dużą premię, bo dziewczyna zagrała fenomenalnie. Czytałam, że niektórzy się czepiali, że jej postać była za dorosła i za dojrzała. Mi to w ogóle nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Mattie zatrudnia Cogburna, aby wytropił Toma Chaneya, zabójcę jej ojca. Nie tylko jednak mu płaci, ale na dodatek rusza z nim za Chaneyem.

"True Grit" jest, o ile się nie mylę, najbardziej kasowym filmem braci Coen. Nie jest to oczywiście wyznacznik jakości, ale myślę, że z wielu filmów reżyserskiego duetu, ten jest najbardziej zjadliwy dla szerokiej publiczności. Film opowiada prostą historię wyszczekanej nastolatki, która chce postawić zabójcę swego ojca przed sądem, z lekka zapijaczonego szeryfa, który jej w tym pomaga oraz strażnika z Teksasu w postaci Matta Damona wyglądającego jak z przedstawień Buffalo Billa. Swoją drogą, uważam, że kostiumy i scenografia w filmie są fantastyczne i bardzo dokładnie dopracowane. Kapitalne są również dialogi, w których - rzecz nieczęsto spotykana w westernach - sypią się żarty jak z rękawa, przez co - dobry i tak film - oglada się jeszcze lepiej. Jeff Bridges, choć mówi z bardzo trudno zrozumiałym akcentem z Dzikiego Zachodu, tym mamrotaniem pod nosem i starą angielszczyzną dodaje filmowi autentyczności i sprawia, że naprawdę czuje się atmosferę z II połowy XIX wieku. Po głównej roli w "Big Lebowskim" (a lat temu to było już ho ho ho), miło go znowu zobaczyć razem z Coenami. Zdecydowanie udana współpraca.

Coenowie odwalili kawał porządnej roboty, odkurzając film z 1969 r., a właściwie ponownie ekranizując powieść Charlesa Portisa. Wyszedł z tego dobry, krwisty western.

03:58, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 stycznia 2011
The King's Speech

Reżyseria Tom Hopper. W rolach głównych: Colin Firth, Geoffrey Rush i Helena Bohnam Carter. W Polsce od 28 stycznia 2011.

Kilka lat temu "Królowa" Stephena Frearsa cieszyła się dużym powodzeniem widzów i krytyków, a Helen Mirren zabrała do domu Oskara za tyułową rolę. Dla mnie "The King's Speech" jest taką "Królową" 2010/2011. Aura tajemniczości, jaka przez dziesięciolecia (do pojawienia się tabloidów i paparazzich) otaczała dwór królewski sprawia, że filmy opowiadające o tym, co dzieje się za drzwami Pałacu Buckingham są w modzie. I zapewne będą, bo ujawnianie historii z życia rodziny królewskiej w dzisiejszych czasach stało się częścią biznesu wielu brytyjskich gazet, a przemysł filmowy chętnie sięga po ten temat.

"The King's Speech" to solidne brytyjskie kino z aktorstwem z najwyższej półki oraz rewelacyjnymi dialogami. Firth i Rush stworzyli brawurowe kreacje w historycznym obrazie opowiadającym historię jąkającego się przyszłego króla Jerzego VI (Firth) i jego terapeuty (Rush). Film zasłużenie zbiera pochwały po obu stronach oceanu (właśnie miał premierę w Wielkiej Brytanii) i zobaczymy, jak poradzi sobie na dzisiejszym rozdaniu Złotych Globów.

Bardziej niż w "Królowej", która rozgrywała się stricte między członkami rodziny królewskiej oraz angielskiego rządu, obraz Toma Hoppera skupia się na relacjach księcia Alberta (późniejszego Jerzego VI) z człowiekiem z ludu. Wydaje mi się, że Brytyjczycy mają lekką obsesję na punkcie klasowości swojego społeczeństwa (weźmy choćby nawet takiego Harry'ego Pottera - czarodzieje czystej krwi i Mugole), dlatego tym ciekawszy wydaje się film opowiadający historię przyjaźni Australijczyka Lionela Logue'a z księciem. A była to przyjaźń rzeczywiście niezwykła, choć jak się ostatnio doczytałam, bardziej formalna niż pokazana w filmie. Formalna czy nie, Logue zwracał się do księcia per "Bertie", co było przywilejem tylko rodziny przyszłego króla oraz kazał mu siarczyście przeklinać, aby zlikwidować jąkanie. Są w tym filmie sceny zabawne, napisane lekko i bez wysiłu i takoż zagrane. Znakomite tło fabuły tworzy historia abdykacji brata księcia Alberta z powodu sławnej Wallis Simpson oraz cień Hitlera unoszący się na Europą. Polecam.

21:37, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
środa, 05 stycznia 2011
The Fighter

Reżyseria David Russell. W rolach głównych: Mark Wahlberg i Christian Bale. Premiera polska 11 lutego 2011 r.


Nie sądziłam, że po "Million Dollar Baby" zobaczę jeszcze film bokserski, który mnie tak poruszy. Nie myślalam, że o tym sporcie można powiedzieć coś więcej, lepiej, ciekawiej. Jakaż czekała mnie niespodzianka w pierwszy dzień nowego roku: porządny, surowy i znakomicie zagrany film z boksem w tle. Scenariusz filmu oparty jest na prawdziwej historii i po raz kolejny okazało się, że życie pisze najciekawsze scenariusze.

Reżyser David Russell część zdjęć nakręcił w Lowell, Massachusetts, skąd pochodzą główni bohaterowie filmu. Obraz tego miasteczka w początku lat 90., gdy rozgrywa się "The Fighter" stanowi znakomite tło do całej historii braci bokserów. Zapuszczone, zaniedbane, z kokainowymi jointami, depresyjne i toksyczne ubarwia film i staje się także jego bohaterem. Ileż jest takich miasteczek, zmarnowanych talentów i zaprzepaszczonych szans. Nie wiem, co wywarło w tym filmie na mnie większe wrażenie: ten dołujący obraz Ameryki, czy historia relacji rodzinnych bohaterów.

A są nimi przyrodni bracia Micky Ward (Wahlberg) i Dicky Eklund (Bale). Oglądając ten film, miałam wrażenie, że Christian Bale jest na haju, podobnie jak jego bohater, niegdyś chluba i bokserska legenda Lowell, a obecnie uzależniony od kokainy czterdziestolatek z brakami w uzębieniu. Może i był, bo zagrał tę rolę nieomal za intensywnie. Jest to z jednej strony fascynujące, a z drugiej niemal przerażające widzieć, co ten aktor jest w stanie zrobić na ekranie, w sensie fizycznym i aktorskim. Wygląda jak szczapa, nie tak jak w "Mechaniku", ale normalnie sama skóra i kości. Tak właśnie wyobrażałabym sobie kogoś uzależnionego - rozedrganego, nerwowego i wysuszonego nałogiem. Portet Eklunda w wykonaniu Bale'a jest w stanie prawie przesłonić, co dzieje się w filmie. Ciekawe, jak reżyser utrzymał aktora w ryzach, bo Bale mógł rozsadzić cały projekt.

Bale na pewno ukradł ten film Wahlbergowi, który choć zdążył się już nieźle poobracać w świecie filmu i zagrać parę porządnych ról, nie ma jednak tej charyzmy, co Bale. Trzeba mu jednak oddać, że jego bahater takiej estymy miał chyba nie mieć. Micky Ward, przyrodni i młodszy brat Eklunda, podobnie jak Dicky zajął się boksem. Ich wspólna matka Alice (rewelacyjna Melissa Leo) zajmuje się treningiem i managementem Micky'ego. Zrobiła z tego rodzinny biznes, z którego utrzymuje siebie, męża, synów-bokserów i pozostałe siedem dorosłych córek (takiej ilości natapirowanych włosów dawno nie było na ekranie). Powiedzieć, że jest to związek i biznes toksyczny, to za mało. Portret rodzinny na tle zrujnowanego, zapyzianego amerykańskiego miasta jest niewiarygodnie depresyjny. Destrukcyjna osobowość Dicky'ego wpływa na Micky'ego, który nie umie, nie chce, czy nie może przerwać tego błędnego koła i zacząć kariery na własną rękę. Biernie podporządkuje się matce i bratu i ma niewiele do gadania. Widać, że dobry z niego chłopak, ale zagubiony - mimo iż umie przywalić z piąchy, nie wie, jak poradzić sobie z własnym życiem i rodziną, która ciągnie go na dno. Potrzeba będzie kilku dramatycznych wydarzeń oraz spotkania z miejscową kelnerką Charlotte (dobra Amy Adams), aby Micky przejrzał na oczy.

"The Fighter" wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie, bo nie jest to tylko kino bokserskie, ale także świetny dramat społeczny. Niesamowite, że ta historia naprawdę się wydarzyła. Polecam nie czytać Wikipedii przed filmem i dowiadywać się, jak potoczyły się losy braci. Ja nie wiedziałam o nich nic i może też dlatego łyknęłam ten film jak młody pelikanik. Jak dla mnie rewelacyjny początek kinowego roku.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy