O filmach zza oceanu
środa, 01 lutego 2012
Artysta

Reżyseria Michel Hazanavicius. W rolach głównych: Jean Dujardin i Berenice Bejo. 

Cóż za wspaniały trybut złożony kinu! Osiemdziesiąt lat po tym, jak z ekranów powoli zaczęły znikać nieme filmy, oglądamy film praktycznie bez mówionych dialogów, który święci triumfy na festiwalach, zbiera pochwały od krytyków, a widownia go kocha. Przepis na sukces - jakże prosty - zrobić film o przełomie kinowym, gdy kino nieme odchodziło do lamusa, a w jego miejsce weszły "talkies", czyli filmy dźwiękowe. Zaraz, zaraz, powie ktoś, przecież to już było w "Deszczowej piosence". Ano było, ale "Artysta" wraca do tematu z taką gracją, że to oczywiste zapożyczenie bynajmniej nie przeszkadza, a komuś takiemu jak ja, kto "Deszczową piosenkę" uważa za najlepszy musical wszechczasów, tylko to w graj.

Zapożyczeń jest więcej. Jean Dujardin w roli gwiazdy kina George'a Valentina wygląda jak skrzyżowanie Douglasa Fairbanksa i Gene'a Kelly'ego. Berenice Bejo jako Peppy Miller historią zwykłej dziewczyny, z której rodzi się gwiazda jako żywo nawiązuje do Kathy Selden z "Deszczowej piosenki". Ba, mają nawet scenę w strugach ulewnego deszczu, choć na szczęście reżyser wiedział, kiedy powiedzieć "stop" i nie zrobił powtórki ze słynnego tanecznego numeru Kelly'ego. 

Choć film jest czarno-biały, to kostiumy, dekoracje, zdjęcia, znane z niemych filmów czarne tablice z dialogami oraz wspaniała muzyka sprawiają, że ogląda się "Artystę" z ogromną przyjemnością. Bo niby "to już było", a jednak fabuła nie jest wtórna, a wątek romansowy jest poprowadzony pięknie i subtelnie. Oto George Valentin, gwiazda kina niemego, zupełnie niechcący promuje nową twarz kina mówionego, nieznaną wcześniej nikomu Peppy Miller. Sam jednak zupełnie nie odnajduje się w nowej rzeczywistości i tak jak nieme filmy odchodzi w niepamięć, podczas gdy Peppy robi karierę i staje się gwiazdą nowej ery. Aktorzy w rolach głównych zasługują na wielkie brawa. Jean Dujardin, z zawadiackim wąskiem i  uśmiechem godnym gwiazdy Hollywoodu jest po prostu fantastyczny i będę mu kibicowała podczas Oskarów za miesiąc (trochę mi szkoda Brada Pitta, przyznam, ale Dujardin zagrał genialnie). Gra swojego bohatera naturalnie i swobodnie, a jednocześnie bez nieco śmiesznej maniery kina niemego. Nominowana za drugoplanową rolę żeńską Berenice Bejo stworzyła również bardzo wiarygodną postać nowicjuszki stawiającej pierwsze kroki w show bussinesie. Peppy w jej wykonaniu jest świeża, ale nie naiwna, pewna siebie, a jednocześnie skromna. No i oczywiście pies Valentina. Nie sposób go pominąć wymieniając głównych aktorów. Jeśli widzieliście galę Złotych Globów i myśleliście, że Uggie (bo tak naprawdę ma na imię) był śmieszny i rozbrajający na scenie, to poczekajcie aż zobaczycie go w filmie. 

"Artysta" niezwykle udanie łączy i miesza gatunki filmowe. Komediowy w formie przeplata romans, dramat i musical. Dawno zapomniana sztuka kina niemego zostaje tutaj ożywiona. I to w jaki sposób! Wychowana się na niemych filmach Charliego Chaplina, Harolda Lloyda, Laurela i Hardy'ego, znanych jako Flip i Flap (jakimż było dla mnie zdziwieniem dowiedzieć się kiedyś, że oni nigdy tak się nie nazywali), wróciłam z prawdziwą przyjemnością do czasów wczesnej młodości, gdy z wielkim uśmiechem na twarzy oglądałam w telewizji wygłupy komików z tamtych czasów. Życzę oglądającym, aby podczas seansu bawili się tak dobrze jak ja. Brawo "Artysta"! 

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Żelazna Dama

Reżyseria Phyllida Lloyd. W roli głównej Meryl Streep. W Polsce od 10 lutego. 

Mieć taką aktorkę w roli głównej i taką historię do opowiedzenia i tak pokpić sprawę, to trzeba było się bardzo starać. Niestety, Phyllida Lloyd, znana właściwie tylko z "Mammia Mii", musiała chyba bardzo chcieć rozłożyć ten film na łopatki, bo wyszło jej koncertowo. Koncertowo źle. 

Nie bardzo rozumiem koncepcję filmu. Margaret Thatcher, pierwsza kobieta premier Wielkiej Brytanii została pokazana jako dotknięta demencją kobieta w podeszłym wieku. Nie może otrząsnąć się po śmierci męża, który jako halucynacja towarzyszy jej każdego dnia. Przedstawić jedną z największym dam światowej polityki przez pryzmat rozmów ze zmarłym mężem i wspomnień, jakie się przy tej okazji pojawiają, to trzeba mieć albo cholernie dużo tupetu albo zero wyczucia. Phyllida Lloyd chciała pokazać wszystko, a nie pokazała tak naprawdę nic. Przez 105 minut prześlizgała się po biografii Thatcher, nie skupiając specjalnie na niczym, niczego nie analizując i na niczym się nie zatrzymując. Po co było pokazywać młodą Margaret ratującą masło ze sklepu ojca w czasie bombardowań, pierwszą przegraną w wyborach, czy potraktowany zupełnie po macoszemu wątek poznania się z przyszłym mężem. To wszystko są zupełnie drugorzędne sprawy, które nikną wobec dziesięciu burzliwych lat w fotelu premiera. Wystarczyło skupić się na zgnieceniu strajku górników albo historii inwazji Falklandów, żeby pokazać, że Żelazna Dama naprawdę była żelazna i twarda. Kilkanaście minut dotyczące Falklandów to zdecydowanie najlepsze momenty filmu. Brutalne i wręcz przerażające archiwalne zdjęcia z zamieszek w kraju (policja na koniach tratująca ludzi, rozbite głowy, krew na ulicach, podpalenia, zamachy bombowe Irlandzkiej Armii Republikańskiej) mogłyby być nie tylko przerywnikiem w filmie, ale i jego integralną częścią. Jakież pole do popisu dla scenarzystów! O ile lepiej byłoby pokazać bohaterkę w wielu sytuacjach kryzysowych niż w mdłych scenach kolacji z oficjelami. Można byłoby skupić się na wątku politycznej kariery, która położyła się cieniem na jej relacjach z dziećmi i mężem. 

Niestety, ja tu sobie mogę gdybać, a film jaki jest każdy zobaczy. "The Iron Lady" miała raczej kiepską prasę na Wyspach i nie ma się czemu dziwić. Sama byłam lekko zniesmaczona przedstawieniem Thatcher jako starej kobiety, która nie pamięta połowy swojego życia oraz pokazaniem jej życia po łebkach. Złoty Glob dla Meryl Streep niewiele chyba pomógł. 

No właśnie, Meryl Streep, bo prawie o niej zapomniałam. Tylko jej kreacja ratuje ten film przed kategorią "Kiepskie". Że Meryl wielką aktorką jest, wiadomo od dawna. Tutaj ponownie tworzy niezapomnianą rolę. Pomaga jej fizyczne podobieństwo do Thatcher, wspaniała charakteryzacja i świetny brytyjski akcent. Czy jest to rola warta Oskara, bo oczywiście internet huczy o szansach aktorki na trzecią statuetkę? Może się narażę, ale według mnie nie. Tak, jest to świetna rola, ale w kiepskim filmie i przez słaby scenariusz kreacja Streep nie ma takiej mocy i magnetyzmu jakiej bym się spodziewała. Oskary są jednak mocno przewidywalne, więc Streep ma duże szanse. Poczekamy, zobaczymy. 

Gdyby reżyserka zrobiła film podobny do "Królowej" Stephena Frearsa i przez pryzmat jednego czy dwóch wydarzeń pokazała portret Thatcher, usłyszałaby zapewne zarzuty o wtórności i braku innowacyjności, ale myślę, że gdyby podążyła tą drogą, to po obejrzeniu "Żelaznej Damy" nie byłoby poczucia ogromnego niedosytu i rozczarowania.

piątek, 20 stycznia 2012
Spadkobiercy

("The Descendants") Reżyseria Alexander Payne. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 17 lutego. 


Matt King, grany przez George'a Clooneya, jest zapracowanym od rana do nocy prawnikiem w średnim wieku, któremu nagle świat wali się na głowę.  Jego żona ulega wypadkowi podczas jazdy łodzią motorową i zapada w śpiączkę. King zostaje nagle samotnym rodzicem swoich dwóch córek, dziesięcioletniej Scottie i siedemnastoletniej Alex (rewelacyjna Shailene Woodley). Jak sam mówi, ostatni raz zajmował się tą pierwszą, gdy miała 3 lata. Ze starszą, przebywającą w prywatnej szkole z dala od domu, widzi się tylko podczas uroczystości rodzinnych. Do tego King jest kilka dni od sfinalizowania gigantycznej sprzedaży dziewiczych terenów na hawajskiej wyspie Oahu, należących do jego rodziny od 1860 roku. Mimo iż ziemia jest współwłasnością rodziny, to Matt jest głową funduszu zarządzającego sprzedażą i do niego należy ostateczna decyzja o tym komu i za ile ziemia zostanie sprzedana. 

Ma więc czym się chłop martwić. Żona w śpiączce, młodsza córka wysyłająca obsceniczne esemesy do koleżanki i starsza, wysłana do prywatnej szkoły na inną wyspę Hawajów, najprawdopodobniej nie tylko w ramach lepszej edukacji, ale także za karę za "drugs and boys", jak mimochodem wspomina Matt. Do tego Alex wyjawia ojcu pewien sekret i ta wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. A wszystko dzieje się w przepięknej scenerii Hawajów (gdzie nawet prawnicy noszą koszule w kwiaty i sandały), jakże nieprzystającej do jakichkolwiek problemów codziennego życia. 

"Spadkobiercy" nie byliby pewnie w połowie tak dobrym filmem, gdyby nie George Clooney. Obsadzony chyba pierwszy raz w roli ojca i męża, sprawdza się znakomicie na ekranie. Jest to rola dojrzała i zagrana bez zwykłego zawadiactwa, do którego zdążył przyzwyczaić aktor. Bardzo lubię Clooneya w nonszalanckich rolach jak Danny Ocean czy Ryan Bingham z "Up in the Air", ale tutaj pokazał się z zupełnie innej strony i według mnie sprawdził się na 100%. Widać George jak wino. 

Alexander Payne znakomicie żonguje emocjami na ekranie, mieszając groteskowy humor i dramat. Są w tym filmie sceny o ogromnym napięciu emocjonalnym, jak np. ta, w której Matt "rozmawia" z żoną, a raczej wściekle wyrzuca jej wszystkie przewinienia i grzeszki, podczas gdy ta leży nieprzytomna na szpitalnym łóżku. Są kapitalne sceny z nastoletnią córką bohatera, w których nawzajem się ranią - on ją, gdy mówi jej o stanie matki, ona jego, gdy wyjawia mu tajemnicę matki. Jest wojna pokoleń, brak zrozumienia, szacunku i umięjętności rozmawiania ze sobą. Nieznana mi wcześniej Shailene Woodley jest dla Clooneya równorzędną partnerką, mimo iż prawie bez ekranowego doświadczenia. Reżyser zręcznie ukrywa też prawdy o bohaterach. Żona i matka okazuje się nie do końca być kryształowa. Chłopak Alex, na pierwszy rzut oka niezbyt rozgarnięty małolat, maską wesołka ukrywa uczucia po stracie kogoś bliskiego. A sam King przechodzi szybki kurs dorastania w średnim wieku. Sprzedaż ziemi uświadamia mu co tak naprawdę liczy się w życiu. Musi być nienormalnie, żeby zaczęło być normalnie. Trzeba coś stracić, aby coś zyskać. Ot, kilka prostych prawd w scenerii rajskich Hawajów, gdzie bieda, choroby i nieszczęścia dotykają ludzi tak jak gdzie indziej. Do tego George i dwa Złote Globy na deser. Nie jest to kino przez wielkie "K", ale lekkość z jaką reżyser miesza komedię z dramatem oraz doskonała gra Clooneya i Woodley warte są dwóch godzin w kinie. 

21:26, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (3) »
środa, 11 stycznia 2012
The Girl with the Dragon Tattoo

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Daniel Craig and Rooney Mara. W Polsce od 13 stycznia. 

Trylogia szwedzkiego pisarza Stiega Larssona, której bohaterką jest społecznie nieprzystosowana, introwertyczna hakerka z fotograficzną pamięcią Lisbeth Salander była jednym z głośniejszych wydarzeń literackich ostatnich lat. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy o książki Larssona upomni się Hollywood, zwłaszcza po trzech szwedzkich ekranizacjach z niezapomnianą rolą Noomi Rapace jako Lisbeth Salander. Według niektórych, casting aktorek do amerykańskiej wersji można porównać do "Przeminęło z wiatrem". Scarlett O'Hara, amerykańska bohaterka z czasów wojny secesyjnej, zagrana przez - ku rozpaczy wielu - Angielkę Vivien Leigh, stała się heroiną ekranu na długie lata. Ciekawe więc, czy Rooney Mara, która w wyścigu o rolę pokonała m.in. Natalie Portman, Carey Mulligan, Anne Hathaway i Scarlett Johansson, stanie się jako Salander porównywalną ikoną.

David Fincher obsadził w roli głównej mało znaną Rooney Marę. Mara pojawiła na kilka minut we wcześniejszym filmie Finchera "The Social Network" i po prawdzie była to jej największa rola do tej pory. Reżyser postawił na nieznaną aktorkę, gdyż obawiał się, że nazwisko takie jak Portman czy Mulligan przytłoczy postać Lisbeth. Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, aby np. Portman zagrała Salander, to muszę przyznać, że Mara zagrała naprawdę świetnie.

Jej Salander jest inna od tej, którą pokazała Rapace. Lisbeth w wykonaniu Szwedki była "młodą gniewną", zbuntowaną, wręcz agresywną dziewczyną. Mara nadała jej nieco inny rys. Salander u Finchera jest mniej ekranowo "zła", a bardziej zamknięta w sobie. Lisbeth jaką zaprezentowała Rapace zdawała się być rozsadzana od środka przez gniew, wściekłość, czasem bezsilność. Mara gra spokojniej, prezentując Salander jako introwertyczkę z chłodnym analitycznym umysłem. Nie podjęłabym się  wybrać, która z aktorek bardziej mi się podobała. Tak samo nie umiałabym powiedzieć, który z filmów wywarł na mnie większe wrażenie - szwedzki czy amerykański. Szwedzki - jakby bardziej amatorski i przez to surowy. Amerykański - niby sfilmowany oszczędnie, w ciemnej palecie kolorów, a jednak z rozmachem (jedna z bardziej odjazdowych czołówek, jakie widziałam) i fantazją, której szwedzki pierwowzór nie miał. Oba uważam za bardzo dobre. Na plus u Finchera muszę zaliczyć to, że mimo iż czytałam całą trylogię, obejrzalam trzy szwedzkie filmy, czyli krótko mówiąc znam historię bardzo dobrze, to czułam jakbym oglądała ten film z pozycji osoby, która nic nie wie o bohaterach. Nadal było napięcie, emocje i gęsia skórka. 

Fincher rozłożył inaczej proporcje bohaterów na ekranie. Więcej jest u niego Blomkvista niż Salander. Ich relacje też nie są tak ścisłe, jak w książkach, czy u Szwedów, choć uważam, że chemia między bohaterami była dużo lepsza niż w szwedzkich filmach (no ale gdzie Michaelowi Nyqvistowi do Daniela Craiga). Nie wiem, czy było to zabieg świadomy, czy też Daniel Craig, grający Mikaela Blomkvista, dziennikarza próbującego rozwikłać zagadkę klanu Vangerów, któremu pomaga Salander, jest po prostu na tyle dominujący na ekranie, że to bardziej on niż Mara jest na pierwszym planie. Przynajmniej takie było moje odczucie. Czytałam gdzieś wypowiedź Craiga, który stwierdził, że Rooney Mara ukradła mu film. Rzeczywiście, aktorsko Craig nie miał chyba nawet połowy do zagrania tego, co zrobiła Mara. 

W filmie Finchera jest suspens, napięcie, dobre zdjęcia i aktorskie perełki takie jak Steven Berkoff w roli prawnika Dircha Frode. Jak sprawdziłam na imdb.com, w planach reżysera, Craiga i Mary nie ma żadnych wzmianek o kontynuacji trylogii. Czytałam jednak gdzieś, że Mara żartowała, że będzie musiała nosić fryzurę Salander przez najbliższe 3 lata, czyli wynikałoby z tego, że powstaną kolejne dwa filmy. No to czekam. 

20:17, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 stycznia 2012
Sherlock Holmes: Gra cieni

Reżyseria Guy Ritchie. W rolach głównych: Robert Downey, Jr. i Jude Law. W kinach w Polsce od 5 stycznia. 

Czekałam z wielką niecierpliwością na część drugą "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego no i po dwóch latach się doczekałam. Część pierwsza porwała mnie świeżym ujęciem postaci słynnego detektywa, dynamiką znaną z wcześniejszych produkcji reżysera, świetną muzyką i oczywiście znakomicie zgrywającym się na ekranie duetem Downey, Jr.-Law. Kino rozrywkowe, dynamiczne, odkrywające na nowo nieco zakurzonego bohatera książek Arthura Conan Doyle'a. 

Część druga podąża tą samą ścieżką, ale - co tu dużo gadać - to już nie to samo. Co zresztą było do przewidzenia, zgodnie z regułą słabszych drugich części, z których tylko naprawdę niewiele filmów się wyłamuje. Fabuła nie jest tak wciągająca i przyznam, że zakusy profesora Moriartego, aby wywołać międzynarodowy konflikt i się na nim obłowić, jakoś mnie niespecjalnie obeszły. Tajemniczość z części pierwszej gdzieś się ulotniła, a atmosfera filmu zrobiła się co najwyżej letnia. Żadnych większych niespodzianek na ekranie, niewiele momentów akcji (jak ten w doku portowych z części pierwszej), które sprawiłyby, że choć przez chwilę zaczęłabym obawiać się o głównego bohatera. "Obawiać się" to może lekkie nadużycie, bo wiadomo, że Holmesowi nic się nie stanie, ale jakoś mi tu żadne inne słowo nie pasuje. 

Wracając do filmu. Nie wiem po co i na co, w dwójce pojawił się brat Holmesa. Brat? Jaki brat? I żeby jeszcze wzięli jakiegoś aktora, który choćby w 50% był podobny do Sherlocka. Nie, zatrudnili jakiegoś zupełnie z twarzy podobnego do nikogo aktora, grubego i z brzydką gębą. Po co też była w tymi filmie Noomi Rapace, grająca Cygankę, też do końca nie rozumiem, bo jej postać aż tyle nie wniosła do fabuły, a i romansu z tego nie było żadnego. Brakowało, bardzo brakowało Rachel McAdams, która pojawiła się w części drugiej zdecydowanie za krótko. Ekscentryzm Holmesa był tym razem jakby mniej śmieszny (kozy w mieszkaniu, dziwne stroje i przebieranki) i zdecydowanie bardziej naciągany. 

Na szczęście, najważniejszy tryb maszyny, czyli duet aktorski Downey - Law nie nawalił. Mam wrażenie, że Jude Law był nawet lepszy w dwójce niż w jedynce, choć chyba miał teraz mniej do grania. Robert Downey, Jr. gra nieco leniwej i nie tak dynamicznie, jak w pierwszej części, ale przymykam oczy, bo mam do niego tak dużą słabość, że nie wiem, co musiałby zrobić, żebym przestała go lubić. 

Nudzić się nie nudziłam, ale część druga nie była tak rozrywkowa jak pierwsza. Można obejrzeć. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy