O filmach zza oceanu
czwartek, 28 października 2010
Never Let Me Go

Reżyseria Mark Romanek. W rolach głównych: Carey Mulligan, Andrew Garfield i Keira Knigthley. W Polsce od 4 marca 2011 r.

Mąż spytał się mnie po jaką cholerę jadę obejrzeć film o ludziach istniejących tylko po to, aby stać się dawcami organów? Dobre pytanie. Sama nie wiem dlaczego zdecydowałam się obejrzeć tą produkcję. Może częściowo dlatego, że w pewien perwersyjny sposób bardzo lubię apokaliptyczne obrazy jak "Children of Men" albo rewelacyjną "Drogę", gdzie ludzie ludziom zgotowali ten los. Coś mnie pociąga w takich filmach i gdy przeczytałam, że fabuła "Never Let Me Go" toczy się wokół trójki młodych ludzi, stworzonych tylko po to, aby oddać swoje organy, wiedziałam, że ten obraz muszę zobaczyć.

Ale jakże inne to kino od filmów traktujących o katastroficznej przyszłości rodzaju ludzkiego. Żadnego s-f, żadnych sterylnych laboratoriów, gdzie hoduje się klony. Film dzieje się nie w przyszłości, a w przeszłości, a zaczyna od 1952 r., gdy, o ile pamiętam, odkryto DNA. Od tego momentu zaczyna się nowa epoka w nauce, a kilkanaście lat później naukowcy znajdują sposób na najcięższe dolegliwości. Rozwiązaniem jest klonowanie ludzi jako dawców organów. Wizja przerażająca. Tymczasem w filmie, takim laboratorium jest klasyczna angielska szkoła dla chłopców i dziewcząt, gdzie w jednakowych mundurkach chodzą na lekcje, uprawiają sporty, sztuki plastyczne, słowem odbierają poprawną edukację. Akcja, osadzona w końcu lat 70. toczy się w sielskiej atmosferze angielskiej prowincji. Psuje ją jedna z nauczycielek, która oznajmia dzieciom do czego zostały stworzone.

"Never Let Me Go" śledzi losy trójki ze szkoły w Hailsham: Kathy (Mulligan), Tommiego (Garfield) i Ruth (Knightley). Kathy zawsze kochała Tommiego, ale ten związał się z Ruth. Ich życie, z pozoru normalne i typowe dla młodych ludzi w ich wieku, dalekie jest jednak od normalności. Żyją ze świadomością, że gdzieś między 20 a 30. rokiem życia zaczną oddawać organy, zwykle między dwoma a czterema, po czym ich życie zostaje zakończone. Tak po prostu. Czy są pogodzeni z losem? I tak i nie. Czekają na to, co ich czeka, ale również mają nadzieję, że uda im się odwlec to, co nieuniknione, jeśli udowodnią, że łączy ich prawdziwa miłość. Po latach spędzonych w szkole drogi trójki rozchodzą sie, aby zbiec się ponownie po wielu latach, gdy bohaterowie zaczynają donacje.

Było chyba założeniem reżysera, aby prowadzić niemal idyliczną narrację przez dobrą połowę filmu i dać widzom obuchem po głowie dopiero, gdy bohaterowie zaczynają oddawać organy i widzi się ich w szpitalu. Szczerze powiem, że prawie zbierało mi się na wymioty, gdy zobaczyłam bohaterkę Keiry Knightley po dwóch donacjach. Do tego niesamowity spokój, z jakim Ruth o tym mówiła sprawił, że  - bez obrazów, bez krwawych widoków - wizja bohaterów krojonych po kawałku była dla mnie niemal nie do zniesienia. Film Romanka był dla mnie emocjonalnie druzgocący, mimo iż nietrudno przewidzieć, jak się zakończy. Jestem pod wielkim wrażeniem naprawdę dobrej, niemal niewidzialnej reżyserii i świetnego aktorstwa głównej trójki. Nie wiem, czy jest to dobra ekranizacja prozy Kazuo Ishiguro, bo nie czytałam, ale jeśli książka była równie oniryczna, metafizyczna i emocjonalnie drenująca, to wyszedł niebanalny, niełatwy w odbiorze i bardzo udany obraz o najważniejszych ludzkich emocjach. Życie - czy to zwykłych ludzi, czy też tych wychodowanych w laboratoriach jest zawsze za krótkie, zawsze brakuje w nim czasu na to, co wydaje się istotne, ale najważniejsze jest, aby przeżyć je tak, jakby nie było jutra.

22:41, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 października 2010
Get Low

Reżyseria Aaron Schneider. W rolach głównych: Robert Duvall, Sissy Spacek i Bill Murray. W Polsce od 22 października.


Lubię takie kameralne kino, bo niby mały i cichy film, a w obsadzie pierwsza liga aktorska. Roberta Duvalla, grającego główną rolę, uważam za trochę niedocenionego w amerykańskim kinie, podobnie w sumie jak Billa Murraya. Niby obaj mają uznaną markę i renomę, ale jakby przyszło do wskazania najlepszych amerykańskich aktorów, to pewnie prędzej posypałyby się nazwiska De Niro, czy Pacino niż Duvall i Murray. Fakt, że Duvall to raczej era Marlona Brando i Charltona Hestona niż De Niro, ale dla mnie facet jest instytucją. W filmie "Get Low" gra poniekąd taką instytucję, tyle że negatywną w opinii miasteczka, w którym mieszka. Felix Bush żyje bowiem samotnie od 40 lat, z dala od ludzi, z nikim nie rozmawia, a w opinii wielu uchodzi za mordercę. Gdy bohater zdaje sobie sprawę, że zostało mu już niewiele życia, postanawia zająć się własnym pogrzebem. Tyle tylko, że chce, aby odbył się on jeszcze ze jego życia.

Wiadomo z miejsca, że właściciela zakładu pogrzebowego zagra Bill Murray, który z iście pogrzebową miną zajmie się organizacją imprezy, na którą Felix zaprasza całe miasto. Jakby tego było mało, chce, aby każdy, kto wyrazi taką wolę, mógł publicznie powiedzieć, co o nim myśli. Miasteczko dudni od plotek.

Osadzona w latach 30. XX w. fabuła filmu jest kanwą do opowieści o winie, odkupieniu i przebaczeniu. Główny bohater będzie musiał,  poniekąd na własne życzenie, stawić czoła demonom przeszłości. Ta część filmu jest dla mnie trochę niejasna. Skoro większość ludzi z miasteczka odnosi się z niechęcią do Felixa i w sumie nic ich on nie obchodzi, dlaczego bohater podejmuje tyle wysiłku, aby ludzie, którzy go nienawidzą przyszli na jego pogrzeb i mówili o nim rzeczy, jakie im ślina na język przyniesie? Możliwe, że to miała być taka forma pokuty dla głównego bohatera, ale jak się okaże w finale, to raczej nie Felix, a miasto powinno się wstydzić swojego zachowania. Film jest też miejscami trochę przeciągnięty, ale mimo pewnych niedociągnięć, wynikających - wydaje mi się - z niedużego profesjonalnego  doświadczenia reżysera, spokojne tempo, udane zdjęcia i bardzo dobra scenografia sprawiły, że obejrzałam ten obraz z dużą przyjemnością. Oczywiście, aktorsko jest bez zarzutu. Murray wydaje się być stworzony do tego typu ról, a Duvall nie raz grywał twardych, nieprzeciętnych facetów. Sissy Spacek wypadła może najmniej interesująco przy obu panach, ale i jej postać była w sumie najmniej kolorowa.

Kameralny, dobrze zagrany komediodramat, z przewagą dramatu.

22:25, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy