O filmach zza oceanu
piątek, 24 października 2008
Bowling for Columbine

Reżyseria Michael Moore. Dokument.

Mimo iż produkcje Michaela Moore'a są przeważnie zrobione w czarno-białym stylu, gdzie linia podziału między dobrem a złem jest zarysowana grubą kreską, a część środków wyrazu, którymi posługuje się reżyser, robiona pod publiczkę, to nie mogę powiedzieć - lubię gościa i jego manipulacyjne metody pokazywania prawdy. Zamierzony efekt, na jaki liczy Moore, na mnie działa. Po „Roger & Me" ziałam nienawiścią do amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, po „Sicko" do systemu opieki zdrowotnej (choć akurat nie trzeba do tego filmu), a po „Bowling for Columbine" jeszcze bardziej niepokoi mnie prawo do posiadania broni i rola mediów w kreowaniu stanu zagrożenia. I choć może moje reakcje są przerysowane, to z pewnością o taki właśnie efekt chodzi Moore'owi, gdy kręci swoje dokumenty.

 „Bowling for Columbine" to nagrodzony Oskarem najlepszy dokument w 2003 r., zakończony słynną przemową reżysera z oskarowej sceny skierowana do prezydenta Busha. Moore szarżuje w nim mniej niż w świetnym skądinąd „Sicko", a konstrukcja filmu zdaje się być bardziej przemyślana i stonowana. Reżyser tak naprawdę nie chce chce dyskusji, a tylko przedstawić swój punkt widzenia, ale czyni to spokojniej i mniej agresywniej. O strzelaninie w szkole średniej Columbine widz dowiaduje się mniej więcej po pół godzinie filmu. Wcześniej Moore przygotowuje grunt i pokazuje łatwość, z jaką można nabyć broń w Ameryce.

Tragedia Columbine jest tu tylko przyczynkiem do głębszego spojrzenia na amerykańską kulturę, w której posiadanie broni jest konstytucyjnym prawem. Moore pyta, dlaczego w Ameryce procent morderstw z użyciem broni jest tak wysoki, podczas, gdy w innych krajach (Kanada), które mają tyle samo broni, jest on zdecydowanie niższy. Nie jest to spowodowane pełną przemocy historią, ani brutalnymi filmami, grami widea, poziomem zamożności społeczeństwa, ani zróżnicowaniem etnicznym. Winą za ilość broni będącej w prywatnych rękach oraz jej pochopnym użyciem, Moore obarcza media oraz rząd, który stosuje rozwiązania siłowe w międzynarodowych konfliktach i wciąga kraj w niezrozumiałe dla przeciętnego Joe wojny. Można się z Moorem nie zgodzić, że to telewizja kształtuje stan terroru i paniki w społeczeństwie, ale faktem jest, że przestępczość jest głównym i najlepiej sprzedającym się tematem. Operator telewizyjny pytany w filmie, czy pojedzie z ekipa do tonącego dziecka, czy strzelaniny odpowiada bez namysłu, że do strzelaniny.

Moore jest bardzo sprawnym dokumentalistą i ma szósty zmysł do znajdowania szokujących, bulwersujących przykładów, które posłużą poparciu jego teorii. Wywiad ze słynnem aktorem Charltonem Hestone, który przez wiele lat przewodniczył National Rifle Association, zrobiony po tym, jak kilkulatek zastrzelił swoją rówieśncę z broni znalezionej w domu wuja, pokazuje, jak wybiórczo ludzie traktują fakty i jak trudno zaakceptować im prawdę, że posiadanie broni przynosi więcej szkody niż pożytku. Do tego, zupełnie rujnuje mit wielkiego hollywoodzkiego aktora, znanego z ról mężów opatrznościowych.

Można Moore'a nie lubić. Można powiedzieć, że stosuje sprytne sztuczki, aby zmanipulować widza. Mi się wydaje, że jego filmy zmuszają do zastananowienia się i krytycznego spojrzenia na rzeczywistość. Nawet jeśli nie zawsze ma rację, to fakt, że Ameryka ma największy procent zabójstw z użyciem broni, wywołuje lekki niepokój i jak mawia moja szwagierka "Nie pyskuj, jak ktoś Ci ukradnie miejsce parkingowe, bo nie wiesz, co trzyma w schowku na rękawiczki."
20:48, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 października 2008
W.

Reżyseria Oliver Stone. W roli głównej Josh Brolin. W Polsce nie wiem kiedy.

Oliver Stone wyznaczył sobie miejsce w historii kina amerykańskiego realizując filmy poświęcone amerykańskim prezydentom, spektakularnie rozliczając się z wojną w Wietnamie i pokazując rzeczywistość Ameryki w „Wall Street" i „Urodzonych mordercach". Pomiędzy filmami uznanymi znalazło się parę nadpsutych jabłek i od kilku lat Stone próbuje wrócić na filmowy piedestał, z raczej marnymi wynikami. Czy „W." okazał się być filmem, którym Stone powraca do pierwszej ligi?

Premiera filmu została zaplanowana na 2 tygodnie przed kolejnymi wyborami prezydenckimi i choć „W" nie opowiada o żadnym z kandydatów, to data została wybrana nieprzypadkowo w sytuacji, gdy urzędujący prezydent ma najniższe notowania w historii, a sytuacja ekonomicza, do jakiej mniej lub bardziej bezpośrednio doprowadził jest określana mianem najgorszego kryzysu od czasów Wielkiej Depresji. „W." jest na wpoły prawdziwą, na wpoły fikcyjną biografią urzędującego wciąż prezydenta George'a W. Busha. Poprzednie filmy "prezydenckie", które zrobił Stone, czyli „JFK" oraz „Nixon" zostały zrealizowane po śmierci głównych bohaterów, gdzie upływ lat od wydarzeń, w których brali udział dał reżyserowi szeroką perspektywę. Historia wciąż pisze nowe karty z Bushem w roli głównej i choć wydawać się może nieprawdopodobne, że napisze jakieś chwalebne pośród morza tych wstydliwych, to jakby nie patrzeć, rozdział zatytułowany „George W. Bush" nie pozostaje zamknięty i to wydaje mi się być przyczyną słabości najnowszego filmu.

Film był zapowiadany jako prawdziwa i uczłowieczona (cokolwiek to ma znaczyć) historia Busha. Jeśli takie było odgórne założenie reżysera, to według mnie okazało się ono zupełnie chybione, bo Stone'owi zwyczajnie zmiękła rura. Jak można byłoby mniemać po obejrzeniu traileru, miał to być ironiczny i bezkompromisowy obraz prostaka z Teksasu, który doszedł do stanowiska prezydenta. Tymczasem film jest ostrożnie sfilmowaną historią życiowego nieudacznika, niepotrafiącego utrzymać się żadnej pracy, pokazującą wielką słabość Busha do alkoholu, jego nawrócenie i głos od Boga wzywający do kandydowania na najwyższy urząd w państwie (podobnoż to ma być prawda). Bush wygląda na ekranie sympatyczniej niż w powszechnie znanym wizerunku kreowanym przez media oraz jego samego i to szczerze mówiąc w ogóle mi nie przypadło do gustu. Pazur, z jakim Stone umie pokazać fakty zwyczajnie się stępił. Z filmu nie wynika, co tak naprawdę pchnęło Busha do wielkiej polityki - czy był to ten domniemany głos niebios, czy rywalizacja z ojcem (wiceprezydentem u Reagana, a później prezydentem). Filmowemu portretowi prezydenta brakuje głębi i zostaje ona zastąpiona kronikarskim pokazaniem wydarzeń z życia Busha, przeskokami z Gabinetu Owalnego i dyskusjach o Iraku do czasów młodości, gdy był W czarną owcą klanu Bushów.

Gdzieś zapodziała się reżyserska wizja, dzięki której Stone nie bał się nagromadzić mniej lub bardziej nieprawdopodobnych teorii spiskowych w „JFK", sprawiając, że film stał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów biograficzno-politycznych. Być może „W" nie miał takich ambicji, ale gdzieś zginęła łatwość z jaką reżyser lawirował w świecie political fiction. Najnowsza produkcja pozostaje więc ledwie miernym obrazem. W tym filmie po prostu nie ma kontrowersji. Nie ma czegoś zaskakującego, czegoś co byłoby lekko podretuszowane, przesadzone i może nawet nieprawdopodobne. Zamiast jest polityczna poprawnie, filmowo poprawna biografia średnio rozgarniętego gościa z Teksasu w poprawnej kreacji rozrywanego ostatnio Josha Brolina. Brolin fizycznie jest rzeczywiście stworzony do tej roli i opanował nieźle mimikę i gesty prezydenta, ale - tak jak cały film - jego gra jest średnio przekonywująca. Zupełnie niewykorzystani są inni aktorzy. Richard Dreyfuss jako Dick Cheney, Thandie Newton w roli Condoleezzy Rice, czy Scott Glenn jako Donald Rumsfeld zostali całkiem sprawnie ucharakteryzowani, ale grają tylko blade tło, a żadna z tych postaci (może poza Karlem Rove) nie wprowadza wiele do portretu Busha.

Taki film mógłby puścić każdy kanał filmowy w porze największej oglądalności bez narażenia się na jakiekolwiek zarzuty potencjalnie obrażonych widzów. „W." zalicza się do kategorii low hanging fruit, które to sformułowanie oznacza łatwy cel w zasięgu ręki bez konieczności gimnastykowania się po owoce rosnące na mniej dostępnych gałęziach. Od Stone'a oczekiwałabym czegoś więcej.
wtorek, 14 października 2008
Miasto ślepców

Miasto ślepców. Reżyseria Fernando Meirelles. W rolach głównych: Julianne Moore, Mark Ruffalo i inni. W Polsce od 14 listopada.

Całkiem nieświadomie zafundowałam sobie weekend katastroficzny, oglądając najpierw zaległe „Children of Men" (kolejny kapitalny obraz, który żałuję, że dopiero teraz obejrzałam), a później „Blindness", najnowszy film Fernando Meirellessa („Miasta Boga"). Obejrzenie dwóch filmów, gdzie ludzkość staje się bezpłodna albo ślepa, może zaowocować przyspieszoną decyzją o posiadaniu własnego potomostwa albo co najmniej wizytą u okulisty, tak na wszelki wypadek. Poza nazwiskiem reżysera, Julianne Moore w roli głównej, mglistym wspomnieniem traileru widzianego w kinie jakiś czas temu (słowo mglisty użyte nie bez kontekstu) i recenzją koleżanki Lonelystar, fabuła filmu była czystą kartą (nie czytałam powieści Saramago), więc bez większych oczekiwań zasiadłam w fotelu, aby trzymać się go przez następne dwie godziny.

„Blindness" jest bowiem filmem cholernie niewygodnym do oglądania. Ludzie zapadający na tajemniczą wirusową ślepotę w niezidentyfikowanym mieście zostają zamknięci na kwarantannę w obskurnym i odrażającym szpitalu. Jest wśród nich lekarz (dobry Mark Ruffalo, znany z „Zodiaka") i jego żona (Moore), która jako jedyna osoba w szpitalu, a jak się później okaże, na całej planecie, zdaje się być odporna na wirusa i nie traci wzroku. W podzielony na trzy oddziały szpitalu, władzę przejmuje grupa wykolejeńców na czele z nieznanym z imienia psycholem (Gael Garcia Bernal) z III oddziału. W zamian za żywność, III oddział żąda od pozostałych danin i - nie zdradzając fabuły - jest to najbardziej niepokojąca i przerażająca część filmu, tak cholernie trudna do oglądania, że człowiek ma ochotę wyjść, ale ogląda dalej, myśląc „kiedy się to skończy" (Meirelles musiał terminować u Michaela Haneke).

No i tu leży pies pogrzebany. Toczyła się kiedyś tutaj dyskusja między mną, jak kiepskie zakończenie może schrzanić dobry film i dla mnie jest to rzecz dyskwalifikująca w dużej mierze mój odbiór całości, a innymi czytelnikami, którzy zdaje się byli zdania, że nie można oceniać filmu w kontekście tylko jego zakończenia. W każdym bądź razie, po obejrzeniu „Blindness" trwam przy teorii, że wartościowy film jest dobry dopóty dopóki finał jest równie dobry, a niestety z końcówki filmu Meirellesa niewiele wynika. Jakie wnioski można wyciągnąć z tak płytkiego zakończenia? Że lepiej być niewidomym, bo nie widać, jak podły, dwulicowy jest świat? Że trzeba przejść gehennę, aby dostąpić objawienia? Albo nie umiem czytać między wierszami albo reżyser nie doczytał książki Saramago i z oryginalnego zakończenia (takiego samego w książce, jak i w filmie) zrobił papkę, która zostawiła mnie z poczuciem dużego rozczarowania po dwóch intensywnych godzinach, z kapitalnymi, rozmazanymi zdjęciami, nietypową paletą kolorów i niezgorszym aktorstwem. Doczytałam, że od czasu pokazu filmu w Cannes w tym roku, reżyser przemontowywał film sześć razy i niestety to widać. Szkoda. Zmarnowana szansa.
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy