O filmach zza oceanu
poniedziałek, 29 października 2007
Funny Games

Reżyseria Michael Haneke. W rolach głównych Susane Lothar i Ulrich Muhe.


Przyznam, że wiadomość o tym, że uznany reżyser robi angielskojęzyczny remake własnego filmu, zdziwiła mnie mocno (i pewnie nie tylko mnie). Pada pytanie po co, na które odpowiedzią być może fakt, że oryginał zarobił w Stanach Zjednoczonych wyjątkowo marne grosze i przeminął niemal niezauważony. Nie tylko dostaniemy więc w lutym przyszłego roku (premierę przesunięto) ten sam film, według zapowiedzi Hanekego zrobiony identycznie klatka po klatce, ale również wyreżyserowany przez tego samego reżysera. W rolach głównych Haneke obsadził rozchwytywaną ostatnią Naomi Watts (co nie dziwi) oraz Tima Rotha. Czy Wam też Roth zdecydowanie pasuje bardziej do roli oprawcy niż przykładnego ojca? Może kolejny raz reżyser gra widzom na nerwach.

A zrobił to już wcześniej przerażająco dobrze w oryginale z 1997 roku, który wywołał skrajne opinie wśród krytyków oraz widzów . Kiedy dziś na ekranach przewalają się co rusz kolejne odcinki „Pił”, „Hosteli” i innych filmów pełnych wybeszonych ludzkich ciał, film Hanekego zdaje się być odpowiedzią na przemoc oraz nasze na nią zapotrzebowanie. Osobiście nie rozumiem gore i jego ostatniej odmiany gorno i być może nie umiem wyjść poza ograniczenia własnego umysłu i fantazji, ale nie wiem, gdzie w tych gatunkach szukać czegoś zwanego sztuką filmową. Oglądając „Funny games” czułam autentyczne przerażenie, domyślając się zakończenia patrzyłam nerwowo na zegarek i czekałam końca tego wstrząsającego widowiska, który broni się nie ilością latających po ekranie flaków, a doskonałym scenariuszem i reżyserią. Słowa o przemocy wylewającej się z ekranów telewizorów i kin brzmią jak powtarzana od wielu lat mantra, a mimo to, agresja  i krew w filmie sprzedaje się niczym świeże bułeczki. W trakcie „Funny Games” Haneke pyta się widzów wprost, czy chcemy oglądać więcej, choć tak naprawdę jest to pytanie czysto retoryczne, a reżyser kontynuuje dalej grę, w którą bawi się dwóch młodych mężczyzn, psychicznie i fizycznie torturując trzyosobową rodzinę.

Nie dziwię się, że film Hanekego wywołał tyle kontrowersji. Na pewno widzowie zadawali sobie pytania po co, dlaczego i jak długo można było przeciągać sceny maltretowania Bogu ducha winnych ludzi i czemu to tak naprawdę ma służyć. Reżyser wciąga widza w odchłań psychicznego i fizycznego upodlenia ludzi do stopnia, w którym widzowie chcą powiedzieć „dosyć”, ale Haneke nie przestaje, a film staje się okrutną satyrą na dzisiejsze zapotrzebowanie na przemoc na ekranie. „Funny Games” to jeden z tych filmów, o których można śmiało powiedzieć, że co recenzja, to inna opinia. W mojej własnej, film Hanekego niesie przekaz o tym, że przemoc obecna wokół nas w bezmyślnych strzelaninach na ekranach telewizorów, ma się nijak do tego, z czym możemy się zetknąć w rzeczywistości. Gdy ojciec rodziny pyta jednego z oprawców, dlaczego to robi, ten odpowiada „dlaczego nie?”.  

Jest to jeden z bardziej inteligentnych i przerażająco niepokojących filmów, jakie widziałam. Czy pójdę na remake? Na własne ryzyko tak.

19:35, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (14) »
piątek, 26 października 2007
Przegląd filmowy

Przyznam, że ogarnął mnie mały leń i nie mam weny na kolejną recenzję. Może więc podzielę się z czytelnikami tytułami obejrzanych filmów, których nie zrecenzowałam. Kolejność oglądania niechronologiczna.

„Monster’s ball” (zasłużony Oskar dla Halle Berry)

„Half Nelson” (ten Ryan)

„Czego pragną kobiety” (Chicago z Frankiem Sinatrą i puszczam w niepamięć kiepskie dialogi w końcówce)

„Podkręć jak Beckham” (lubię angielskie filmy)

„Something Gotta Give” (im częściej oglądam ten film, tym bardziej mi się podoba”)

„Shopgirl” (Steve Martin i Claire Danes – za mało chemii)

“Suspect Zero” (jak komuś podobało się „Stay”, to może spróbować, choć nie tak dobre)

Wszystkie części Indiany Jonesa (brak mi słów)

„Manhattan” („Annie Hall lepsza”)

„Złote czasy radia” (zabawne)

„Office Space” (czyli o życiu w biurze, może być)

„Idiocracy” (rozczarowanie)

„Memoirs of Geisha” (ładne, ale nie porywające)

„Dodgeball: A True Underdog Story” (ubaw po pachy)

„Eat drink man woman” (wczesny Ang Lee, bardzo mi się podobało)

„Last holiday” (fajne)

„Rocky” (Adrien!!!)

“Corpse Bride” (czy Tim Burton zrobił coś kiepskiego?)

„Owning Mahowny” (Philip Seymour Hoffman w szponach hazardu)

„Żegnaj, moja konkubino” (wow)

„Mulholland Drive” (genialne)

Może wystarczy. A Wy co ostatnio widzieliście? 

wtorek, 23 października 2007
Lars and the Real Girl

Reżyseria Craig Gillespie. W rolach głównych: Ryan Gosling, Patricia Clarkson, Paul Schneider, Emily Mortimer. Brak info o polskiej premierze.



Nie udało mi się obejrzeć tego filmu w ramach chicagowskiego festiwalu filmowego, ale obraz Craiga Gillespiego wszedł na ekrany wkrótce po zakończeniu festiwalu. I na szczęście, bo nie ma to jak dobra, inteligentna komedia na piątkowy wieczór.

Jeśli role, z których głównie znany jest Ryan Gosling („Słaby punkt” i „Half Nelson”) nie przekonały kogoś, że jest to aktor nieprzeciętny, to „Lars and the Real Girl” jest dowodem na to, że Gosling wyrasta na gwiazdę swojego pokolenia. Gosling jest Larsem Lindstromem, nieśmiałym chłopakiem gdzieś z północnych stanów Ameryki, z kretyńskim wąsikiem, fatalnym gustem i butami, które nieustannie przypominały mi butopodobny produkt sprzed lat, zwany Relaxami. Lars żyje w przerobionym garażu, tuż obok domu, w którym mieszka jego brat Gus i jego oczekująca dziecka żona Karin. Zamknięty w swoim introwertycznym świecie Lars nie lubi być kontaktów towarzyskich z innymi ludźmi, nie chce być dotykany, a wszelkie interakcje międzyludzkie z przysparzają mu kłopotów i stresu.


Dlatego Lars znajduje sobie partnerkę idealną: taką, która nie będzie zadawała trudnych pytań, będzie kochała go bezinteresowanie, nigdy go nie dotknie i będzie dla niego najprawdziwszą towarzyszką. Bianca, oprócz kruczoczarnych włosów, wydatnych ust, pięknych oczu oraz nieskazitelnej cery, ma jedną cechę, która szczerze dziwi wszystkich – poza Larsem – jest mianowicie naturalnej wielkości lalką, wyposażoną we wszelkie kobiece atrybuty.

Kim jest Bianca, zdradzać nie będę, gdyż szczegóły z jej życia ujawnia Lars i trzeba przyznać, że nie brakuje mu fantazji w kreśleniu jej życiorysu. Lars bynajmniej nie trzyma swojej towarzyszki w szafie, ale robi prawdziwy coming out z Biancą i pojawia się z nią nie tylko na kolacji u brata, ale także w kościele, szpitalu, sklepie i na imprezie u koleżanki z pracy.

„Lars and the Real Girl” kojarzy mi się z takimi filmami jak “Little Miss Sushine” czy niedawno obejrzana “Transamerica”. To kino „prowincjonalne”, uchwycone z dala od wielkich miast i przedstawiające zwykłych ludzi i ich życie w małej społeczności. Sposób w jaki małomiasteczkowa społeczność przyjmuje bohatera z jego dziewczyną pokazuje, że każdy z nas, choćby tak inny niż reszta, zasługuje, aby być sobą i żyć we własnym świecie, nawet jeśli czasem składa się on ze złudzeń i rozmija się z rzeczywistością. Najbardziej podobały mi się, poza samym pomysłem plastikowej lali, momenty, w których przedstawiano reakcje ludzi na Biankę. Społeczność z miasta Larsa została skonfrontowana z postacią zupełnie nie z ich świata, a reżyser płynnie i zabawnie włączył ją do do krwioobiegu amerykańskiego miasteczka i jego codziennego rytmu.

Gosling stopniem utożsamienia się ze swoją postacią przypominał mi DiKarpio w „Co gryzie Gilberta Grape’a”. Aktorstwo z wyższej półki. W drugim planie znakomita była Patricia Clarkson (m.in. „Dróżnik”) w roli lekarza leczącego duszę Larsa oraz ciało Bianki. Film jest świeży, wzruszający, ale nie ckliwy (było wielu, wielu panów na widowni) i zabawny. Po prostu udany.

20:01, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (10) »
czwartek, 18 października 2007
Uwaga, pożądanie
Reżyseria Ang Lee. W rolach głównych: Tony Leung i Tang Wei. W Polsce od 22 lutego 2008.


Przy filmach takich, jak obejrzane wczoraj „Uwaga, pożądanie” Anga Lee brakuje mi kategorii na blogu. Bo jak ocenić film, który mnie nie zachwycił, ale jest na tyle dobry, że nie mogę go wrzucić do „kiepskich”?

Ang Lee w swoich filmach zderza pasję z rygorami, jakie narzuca moralność, opinia publiczna i własne sumienie. Podobnie, jak w „Brokeback Mountain”, gdzie miłość między dwoma kowbojami nie mogła się zdarzyć, tak w „Uwaga, pożądanie” główni bohaterowie są przywiązani do swoich ról i tego kim są. Śledzimy, jak młoda, naiwna studentka i początkująca aktorka Wong Chia Chi przyłącza się do ruchu oporu przeciwko kolaboracyjnemu rządowi w Szanghaju. W okupowanym przez mieście Japończyków kontrolę sprawuje podległy im rząd, w którym jednym z ministrów jest Mr. Yee. Staje się on celem ruchu oporu, a Wong Chia Chi, poprzez erotyczny związek z ministrem, ma za zadanie wystawić go na pewny odstrzał. Historia tej pary pokazana została przez pryzmat pełnego brutalnego i odartego z erotyzmu seksu. To nie jest piękne zmysłowe lovemaking, a sado-masochistyczne połączenie dwojga ludzi, którzy w gwałtownym akcie seksualnym pozwalają sobie na uwolnienie swoich prawdziwych emocji. Sceny erotyczne są bardzo odważne i w opinii niektórych ocierają się o pornografię. Są one kluczowe dla zrozumienia całego filmu, stąd nie dziwi mnie decyzja Lee, który poproszony o ich wycięcie lub co najmniej przycięcie, odmówił. I tak naprawdę są jedynymi momentami w całym filmie, które przykuwają uwagę. Wyrażają bowiem wszystko, co dzieje się w psychice bohaterów: miłość, nienawiść, pożądanie, gniew, zemstę i samotność. Pokazują, jak ewoluują charaktery Wong Chia Chi i pana Yee: od pierwszego seksualnego kontaktu między nimi, ocierającego się o gwałt do niemal czułości i namiętności. Oboje bronią się przed uczuciami, oboje wiedzą, że mają do wykonania misję, w której liczy się rozum, a nie serce. Zatracają się jednak w namiętności, nie widząc znaków ostrzegawczych po drodze.

„Uwaga, pożądanie” to wystylizowany i bardzo dopracowany film, któremu nie można byłoby dużo zarzucić, poza tym, że zwyczajnie brakuje mu iskry bożej. Obraz, pokazujący słabość reżysera do kina lat 40., filmów szpiegowskich oraz takich kamieni milowych amerykańskiego kina jak „Casablanca”, zabiera widza do egzotycznego, kipiącego emocjami Szanghaju i w idealistyczny świat młodych ludzi, którzy naiwnie wierzą, że mogą zmienić tryby historii. Tony Leung i Tang Wei grają koncertowo. Sceneria, kostiumy, zdjęcia – pierwsza klasa. Nawet rozciągnięcie akcji (film trwa 2 godziny i 40 minut) nie przeszkadza. Problem z najnowszym filmem Anga Lee polega na tym, że nie wywołuje emocji, choć - paradoksalnie - o niczym innym nie opowiada. Jest to obraz płaski niczym EKG Edyty Górniak przy słuchaniu piosenek Dody. Uwaga, nuda. 

21:57, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 15 października 2007
Michael Clayton

Reżyseria Tony Gilroy. W rolach głównych: George Clooney, Tilda Swinton, Tom Wilkinson i Sydney Pollack. W Polsce od 23 listopada.



Kiedy ogląda się George’a Clooneya w tytułowej roli w filmie „Michael Clayton” ani przez chwilę nie przemknie myśl, że na ekranie widać Dannego Oceana, doktora Douga Rossa z „Ostrego dyżuru” bądź pogromcę krwiożerczych pomidorów. Długą drogę przebył Clooney od tandetnych horrorów do filmów takich jak „Michael Clayton”, które zostawiają widza w przyjemnym stanie zadowolenia i satysfakcji z właśnie obejrzanego obrazu. „Michael Clayton”, reżyserski debiut Tony’ego Gilroya, scenarzysty wszystkich „Bournów”, nawiązuje stylistyką do polityczno-społecznych dramatów z lat 70., takich jak „Wszyscy ludzie prezydenta”, czy „Trzy dni kondora”. Jak to mawiał poeta, „serce roście”, gdy ogląda się film, w którym reżyser traktuje publiczność jako równorzędnego partnera i wierzy, że nie składa się ona li tylko z bezkształtnej masy kubłów popcornu, lecz z ludzi, którzy w kinie szukają wrażeń nie tylko estetycznych, ale również intelektualnych.

„Michael Clayton” dostarcza takich właśnie wrażeń, począwszy od czterech kapitalnie zagranych ról głównych bohaterów, a skończywszy na przekonującym obrazie moralności w korporacyjnym świecie współczesnej Ameryki. Kim bowiem są ludzie z Manhattanu, którzy w kilkuset osobowych firmach prawniczych zgarniają ciężkie miliony od swoich klientów, nie zawsze kierując się zasadami sprawiedliwości? W obrazie Gilroya wyglądają bardziej na zautomatyzowane jednostki ludzkie, niż ludzi z krwi i kości. Taka jest Karen Crowder (rewelacyjna Tilda Swinton), chief counsel firmy U/North, trenująca przed lustrem wypowiedzi do kamery i składająca pończochy na kant. Bliski temu wizerunkowi jest Marty Bach (w tej roli Sydney Pollack, reżyser m.in. „Trzech dni kondora” i „Firmy”), partner w nowojorskiej firmie prawniczej Kenner, Bach and Ledeen's, reprezentującej U/North. Taki był Arthur Edens (Tom Wilkonson), czołowy prawnik z tejże firmy, zanim na jednym z posiedzeń poprzedzających rozprawę w sprawie czołowego klienta, rozebrał się, a nastepnie biegał nago po parkingu. Bach, obawiający się utraty dobrego imienia firmy oraz straty firmy U/North, którą Edens reprezentuje w zbiorowym powództwie, wysyła Claytona do naprawienia zaistniałej sytuacji.

Kim bowiem jest Michael Clayton? Jak sam się określa, jest sprzątaczem. Sprząta brudy, w których babrają się klienci Kenner, Bach and Ledeen's. Rozwodnik, ojciec kilkulatka, którego widuje w weekendy, porzucił 17 lat wcześniej publiczną posadę adwokacką i zaczął pracę w Kenner, Bach and Ledeen's, gdzie wypracował sobie niszę jako fixer, który jest w stanie wyczyścić każde błoto, w które wdepnęli inni. Sam jednak musi czyścić błoto, które ochlapało nogawki jego eleganckiego garnituru i potargało perfekcyjną fryzurę. Bar, w który zainwestował, plajtuje, a „życzliwi” upominają się o pieniądze, które Clayton roztrwonił grając w pokera.

Film rozwija wątki scenariusza niespiesznie, ale bynajmniej nie nudnie. Reżyser trzymał je żelazną ręką i choć początkowo nie wiadomo, kto gra po której stronie i o co tak naprawdę biega, to stopniowo pozwolił fabule rozwinąć się w sposób dla widza intrygujący. Wybuchający w początkach filmu samochód Clayton przykuwa uwagę widza wystarczająco, a reżyser używa jednego z moich ulubionych filmowych tricków i cofa akcję o cztery dni. Fabuła rozwija się niczym pasjonująca partia pokera – nikt nie wykłada od razu kart na stół, ale z dobranych kart wynika, że gracze mają w zanadrzu niezłe asy i w końcówce pokażą, że nie grają marną parą ósemek, ale co najmniej karetą. Sprawa Edensa, którą Claytonowi poleca zająć się Bach okaże się piekłem, niebem i czyścem dla bohatera. Wybór, jakiego dokona Clayton w ostatecznym rozrachunku nie jest tak jednoznaczny, jak się na pozór wydaje. Na bezinteresowny heroizm nie ma w tym świecie miejsca.

Jesień w amerykańskich kinach jest jak na razie złota.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy