O filmach zza oceanu
piątek, 27 października 2006
Clint Eastwood

Clinta lubiłam „od zawsze”. Nie pamiętam dobrze, który film z jego udziałem widziałam jako pierwszy, ale z dużym prawdopodobieństwem mógł to być słynny „Brudny Harry”, który uczynił z Clinta naczelnego twardziela Hollywoodu i oraz ugruntował jego pozycję jako następcy Johna Wayna.  Swego czasu „Dwójka”, lat temu pewnie z trzynaście, nadawała co sobotę przez okrągły rok najlepsze westerny w historii kina. Clint pojawiał się na ekranie pewnie średnio raz na miesiąc.

Aktor za kamerą stanął już w latach siedemdziesiątych. Po dwudziestu latach od reżyserskiego debiutu doczekał się pierwszego Oskara za jeden z najlepszych westernów w historii „Bez przebaczenia” („Unforgiven”). A potem już się potoczyło: „Perfect World” („Doskonały świat”), „The Bridges of Madison County” („Co się wydarzyło w Madison County”) i „Million Dollar Baby” („Za wszelką cenę”). Ten pierwszy jest w mojej opinii najbardziej niedocenionym filmem w filmografii Eastwooda. Zrobiony tuż po „Bez przebaczenia” mignął niepostrzeżenie w kinach. A szkoda, bo to nie tylko dobra reżyseria i chwytająca za gardło historia mordercy oraz porwanego chłopca, ale także jedna z lepszych ról Kevina Costnera.

Nietrudno zauważyć, że ulubionym gatunkiem Clinta jest dramat. To, co pokazał w „Mostach...” oraz w „Million Dollar Baby” było reżyserią z najwyższej półki. Osobiście jestem zafascynowana, jak facet, który ganiał po ulicach z Magnum kaliber 44 (the most powerful handgun in the world), potrafi robić filmy, które nie tylko zgarniają Oskary, na trwałe wpisują się do annałów kinematografii, ale tak po prostu trafiają do serca.  Był Clint-Harry, był kowboj (kto by zliczył spaghetti-westerny i pózniejszy jego dorobek na Dzikim Zachodzie), żołnierz („Wzgórze rozdartych serc”), czy nawet ksiądz („Niesamowity jeździec”), ale Clint-reżyser bije ich na głowę.

Z tego, co pokrótce czytałam o najnowszym filmie Eastwooda „Flags of Our Fathers”, nie ustępuje on jakością poprzednim produkcjom reżysera. Zapowiada się uczta. Recenzja wkrótce.

wtorek, 24 października 2006
Nie lubię popcornu

Jedyny, jaki mi smakuje to karmelowy z Garrett Popcorn Shops. Jestem niereformowalna i nie uznaję jedzenia i picia w kinie, a popcornu w szczególności. Nie cierpię tego smrodu, kiedy wchodzę do sali kinowej. Lubię kino i nie zamierzam z tego zrezygnować z powodu kukurydzy, choć mnie drażni.

Pamiętam czasy, kiedy chodziłam ze swoją klasą z podstawówki albo liceum na przeróżne seanse, najczęściej ekranizacje szkolnych lektur. Połowa klasy od razu wyciągała jakieś batony czy ciastka i zaczynała szeleszczenie, po czym nauczyciele wszystkich uciszali i przez resztę czasu był względny spokój. A teraz? Eh, zapomnij. Ironią losu przyszło mi mieszkać w Juesej, skąd wątpliwa popcornowa tradycja do nas przywędrowała ku mojej rozpaczy. Nie daj Boże iść na film, który miał niedawno premierę, więc sala nabita po brzegi i każdy z czterolitrowym kubkiem Coca-Coli, do tego kubeł popcornu i maniery jak z lasu. Żrą co poniektórzy, a nie jedzą. Czemu ludzie muszą zawsze i wszędzie coś jeść? Nie można po prostu usiąść i przez dwie godziny nie wpychać łap do gęby?

Może kiedyś jakaś sieć kin wprowadzi seanse na salach wolnych od popcornu? Piszę się (w ciemno).

piątek, 20 października 2006
The Departed

„The Departed”. Reżyseria Martin Scorsese. W rolach głównych: Jack Nicholson, Leonardo DiCaprio, Matt Damon, Alec Baldwin, Mark Wahlberg, Martin Sheen. W Polsce od 27 października.

Martin is back! Po słabych, moim zdaniem, „Gangach Nowego Jorku” i takim sobie „Awiatorze” reżyser nakręcił film w swoim dawnym stylu: mafia, policja, przemoc, narkotyki, czyli „Chłopaki z ferajny” XXI wieku, w którym telefon komórkowy decyduje o życiu i śmierci. W „The Departed” (po polsku „Infiltracja” – kolejne kuriozalne tłumaczenie jakiegoś patałacha, któremu nie chciało się wymyślić niczego lepszego) zgromadził śmietankę hollywoodzkich aktorów na czele z nieustającym Jackiem Nicholsonem. Choć nie Jack był tym razem najlepszy. Podobały mi najbardziej charaktery z drugiego planu w wykonaniu Aleca Baldwina i Marka Wahlberga oraz pierwszoplanowy Leonardo DiCaprio.

DiKarpio, jak to mawia mój tata, robi teraz u Scorsese za nowego de Niro i z filmu na film idzie mu coraz lepiej. To już ich trzeci wspólny projekt (dwa poprzednie: patrz pierwszy paragraf) i jak do tej pory bezspornie najlepszy pod każdym względem. Scorsese jest niczym wytrawny chirurg, który nie bacząc na krew wokoło chlaszcze bohaterów i publiczność nie dając wytchnienia ani jednym ani drugim. Facet zna się na swoim rzemiośle, jak mało kto i choć trudno ogląda się tyle przemocy, to jest ona uzasadniona. Nie można zrobić filmu o mafii i policji bez zabijania.

Tłem dla „The Departed” jest Boston. Policja depcząc po piętach lokalnemu gangserowi Frankowi Costello (Nicholson) nie ma pojęcia, że w jej szeregach pracuje jego wtyczka Colin Sullivan (Matt Damon). Ale i niebiescy nie zasypiają gruszek w popiele i w brygadach Franka umieszczają swojego człowieka Billego Costigana (DiKarpio). Jest oczywiście kwestią czasu, że zarówno Costello, jak i policja dowiedzą się, że mają u siebie szczura. Sęk w tym, że jak to powiedział Frank na początku filmu „jeśli stajesz oko w oko z załadowaną spluwą, to jaka jest różnica między tym, czy jesteś policjantem, czy kryminalistą?”.

Nie bardzo rozumiem, jak można było nie przetłumaczyć oryginalnego tytułu, a przynajmniej spróbować pokusić się o lepszy tytuł niż bezpłciowa „Infiltracja”. Wprawdzie interpretacja filmu jest rzeczą subiektywną i być może polski dystrybutor nie zauważył tego, co dla mnie było oczywiste. W filmie pada cytat „Heaven holds their faithul departed”, co znaczy mniej więcej tyle, że w niebie znajduje się miejsce dla tych, którzy odeszli z tego świata - dla wszystkich bez wyjątków i bez znaczenia jest to, czy jesteś dobry, czy zły, bo obliczu śmierci wszyscy są równi. Nie wiem, czy zinfiltrowani nieangielskojęzyczni widzowie dostrzegą ten niuans.

Jeśli miałabym spekulować, czy tym razem Akademia Filmowa przyzna Martinowi Oskara za reżyserię, powiedziałabym, że jeśli byli na tyle ślepi, żeby nie dać mu statuetki za „Wściekłego byka” czy „Chłopaków z ferajny”, to nie dadzą mu i za ten film. Scorsese dostanie za parę lat Oskara za całokształt i na tym się skończy. Szkoda, że jeden z najlepszych reżyserów ostatnich dwudziestu lat nie został do tej pory uhonorowany przez akedemików z Hollywwod. Ale poczekajmy do wiosny 2007.

czwartek, 12 października 2006
Murderball

W Polsce od 20 października pod tytułem „Murderball – gra o życie”.

Reżyseria Henry Alex Rubin i Dana Adam Shapiro. Dokument.

Mocna rzecz. Treść dość przytłaczająca, stąd i obraz niełatwy w odbiorze. Film pokazuje amerykańską drużynę rugby – zawodników, treningi, zwycięstwa, porażki, utratę trenera, który odchodzi pracować z ich największymi konkurentami, ich rodziny, środowisko, w którym dorastali oraz ich obecne życie. Nuda, chciałoby się powiedzieć, taki film można zrobić o każdej drużynie. Różnica polega na tym, że chłopaki są na wózkach inwalidzkich, do tego z niedowładem czterech kończyn i grają w full-contact rugby. Żadnego tam mazgajenia się i litości, totalne zakapiory, które tłuką się z przeciwnikami ile wlezie, przewracają, rozbijają łokcie, kolana i głowy i ani na moment nie odpuszczają. Najlepszym sposobem na zatrzymanie przeciwnika i niedopuszczenie do przejęcia piłki jest wyrżnąć w jego wózek i przewrócić go, co panowie czynią przy każdej nadarzającej się okazji.

Film koncentruje się na dwóch postaciach. Jedną z nich jest Mark Zupan, czołowy zawodnik amerykańskiej reprezentacji, a drugą Joe Soares, były trener tejże reprezentacji, niepełnosprawny po przebytym w dzieciństwie polio. Po serii konfliktów Joe odchodzi i zaczyna trenować Kanadyjczyków, którzy w rezultacie odbierają Amerykanom mistrzostwo świata po dwunastu latach dominacji. Rozpoczyna się maraton przygotowań w celu odzyskania tytułu.

Ci ludzie w wyniku nieszczęśliwych wypadków w niemal jednej chwili stali się kalekami i musieli walczyć o powrót do normalnego życia. Najczęściej największą przeszkodą, jaką mieli do pokonania był własny charakter. Nie słychać jednak żadnego użalania się nad sobą, a Zupan pytany, czy odwróciłby to, co sie stało, odpowiada, że nie. Twarde chłopaki.

Twórcy pokazali, że tym ludziom nic nie jest w stanie odebrać ducha rywalizacji. Do tego zaserwowali ciężką rockową muzykę, szybki montaż, słownictwo politycznie niepoprawne, tematy również (jak jeść pizzę nie mając rąk oraz uprawiać seks na wózku) i w rezultacie film ogląda się jednym tchem. Jest to niewątpliwie jeden z lepszych dokumentów ostatnich lat i zdecydowanie nie został on należycie doceniony ani nagłośniony.

21:38, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 października 2006
Nagi instynkt

„Basic Instinct”. Reżyseria Paul Verhoeven. W rolach głównych Michael Douglas, Sharon Stone.

Czemu piszę akurat o tym filmie? Tak z sentymentu i z racji tego, że niedawno obejrzałam cześć drugą, którą ma się jakością do pierwszej, jak wół do karety. Bohater męski, z którym igra Sharon Stone posiada tyle seksapilu, co Woody Allen, a sama Sharon nie dość, że ma sztuczne cycki, to postać przez nią odtwarzana drażni, zachowuje się jak psychopatka i niewiele w niej magnetyzmu z pierwszego „Instynktu”.

Gdy „Nagi instynkt” wchodzil na ekrany polskich kin na początku lat 90., byłam dorastającą panienką. Rodzina czuwała i zdaje się, że dostałam szlaban na wyjście do kina. Zbiegiem okoliczności niedługo po tym pewnego sobotniego wieczoru znalazłam jakaś rosyjską telewizję, która tenże film pokazywała. Zakazany owoc obejrzałam więc w języku Czechowa. No, podobało mi się.

Film zapoczątkował serię thrillerów erotycznych w latach 90. ("Specjalista", "Sliver","W sieci"). Sharon, niestety, wpadła we własne sidła i przez następne kilka lat grywała w podobnych produkcjach, jak choćby dwie wyżej wymienione. Przed obejrzeniem części drugiej, postanowiłam przypomieć sobie sławną jedynkę. No i co my tu mamy? Mamy zimną sukę Catherine Trammel, która udziela się towarzysko obu płciom, pisze książki, w których co rusz to trup i seks, ma na koncie 110 milionów dolców i robi Michaelowi Douglasowi "fuck of the century" (cytując za filmem). Ten film ogląda się dla Sharon Stone i jej cycków. Choć uczciwie trzeba przyznać, że Stone była naprawde dobra aktorsko i miałabym problemy z decyzją, czy była lepsza w "Instynkcie", czy "Kasynie" Scorsese.

Na pewno nie "movie of the century", ale porządna hollywoodzka robota.  Polecam przeciwnikom sklepów Victoria Secret (lub Triumph, jak kto woli), miłośnikom palenia w miejscach publicznych oraz wielbicielom złotych myśli.

Scena na komisariacie: Sharon przesłuchiwana przez kilku detektywow okazuje się nie mieć majtek pod kiecką.

Cytat dla palaczy: "You can't smoke in here. What are you going to do? Charge me with smoking?"

Złota myśl filmu: "We fuck like minks, raise rug rats, and live happily ever after".

Daję kategorię “Koniecznie”, bo to już klasyka filmu.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy