O filmach zza oceanu
poniedziałek, 20 września 2010
The American

Reżyseria Anton Corbijn. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 15 października.


Anton Corbijn wyreżyserował kilka lat temu "Control", film o liderze Joy Division, zebrał niezłe recenzje (u mnie taką sobie) i trochę zniknął z filmowego świata. Wrócił z hollywoodzką gwiazdą w głównej roli, znów zebrał dobre recenzje i znów u mnie będzie średnio.

Kto pamięta "Control", myślę, że zobaczy wiele podobieństw stylistyczych między tamtym filmem a "The American". Choć film dzieje się współczesnie, to można spokojnie dać się oszukać, że jest osadzony ze 30 lat temu. Do tego niespieszna akcja i cholerna deprecha przebijająca z ekranu, czyli jak w "Control". George Clooney wygląda jak nie z tej epoki: bokobrody, niedzisiejsze okulary i ubranie, a na dodatek niechęć do komórek. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy go zobaczyłam, to to, że bardzo, ale to bardzo przypomina mi postacie grywane przez Alaina Deloina. Nie znam dobrze filmografii francuskiego aktora, ale widziałam wiele lat temu kątem oka parę filmów, w których grał samotników, na bakier z prawem, na którego polują szemrane typy. Jestem ciekawa, czy tylko mi tak to się skojarzyło, czy jak zobaczycie ten film też będziecie mieli podobne odczucia.

Clooney gra Jacka/Edwarda (posługuje się oboma imionami), tak do końca niewiadomo kogo: płatnego mordercę oraz człowieka zajmującego się robieniem broni na zamówienie jemu podobnych. Jego przeszłość okrywa tajemnica i wiele niedomówień, a robota, którą się zajmuje jest dość ryzykowna i jak się okazuje bohater ma nie za czyste ręce (jak tylko płatny morderca może mieć), bo polują na niego Szwedzi, którzy brutalnie przerywają mu sielski pobyt na szwedzkiej wsi. Jak się wkrótce okazuje, Jack nie ma wielu skrupułów jeśli chodzi o osoby, które za dużo widziały. Po akcji w Szwecji wyjeżdża do Włoch i zaszywa się w małej mieścinie, gdzie robi broń na zamówienie pewnej pani, która gęsto i często zmienia kolor włosów. W międzyczasie wdaje się w romans w miejscową prostytutką i prowadzi życiowe rozmowy z księdzem, przy okazji odkrywając jego sekret.

"The American" nie jest filmem za jaki mógłby uchodzić sądząc po zajawkach. Nie jest to kino w dżejmsbondowym albo dżejsonobornowym wydaniu. To raczej filmowa etiuda o człowieku, który żyje w niepewności i samotności, aby gdzieś na końcu świata znaleźć miłość, która miała się nie zdarzyć. Corbijn i jego operator wykonali świetną robotę zdjęciową, filmując bohatera w wielu statycznych, powolnych ujęciach i na dużym zbliżeniu, co podkreślało izolację Jacka. George Clooney gra bardzo dobrze, jak to ma w zwyczaju od paru dobrych lat, gdy trafiają mu w ręce scenariusze pokroju "Michaela Claytona", czy w "W chmurach". Drugi plan - zimna, seksowna kilerka Mathilda, prostytutka Clara i tajemniczy (jakże by inaczej) szef Jacka tworzą soczyste kreacje. "The American" ma ładną europejską aurę. Nie ma tu hollywoodzkiego efekciarstwa, tandetnej sensacji i wyolbrzymionych emocji. Mimo to - w moim odczuciu - z ekranu nieco wiało nudą. Podobnie jak przy "Control", miałam problem z "wciągnięciem" się w historię. Do mnie do końca chyba nie trafiają filmy tego reżysera, bo inaczej nie umiem wytłumaczyć dlaczego film ładny wizualnie, dobrze zagrany i w sumie niebanalny (choć trochę przewidywalny) zostawił mnie z bardzo letnimi uczuciami. W każdym bądź razie, polecam, ale ostrożnie. Ciekawa jestem, co sądzą o filmie ci, którym podobało się "Control".

03:54, aniabuzuk
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 września 2010
Incepcja

Reżyseria Christopher Nolan. W rolach głównych: Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Levitt, Ellen Page i Marion Cotillard.


Ponieważ wszyscy albo prawie już wszyscy widzieli ten film i zdążyli o nim napisać, więc nie będę się tu specjalnie rozpisywać zanim wyrażę swoją opinię, tylko od razu i bez owijania w bawełnę powiem, że jestem nieco rozczarowana. Może dlatego, że jednym okiem naczytałam się bardzo pozytywnych recenzji i spodziewałam się czegoś naprawdę wyjątkowego, a może dlatego, że od czasu "Mrocznego rycerza" kino Christophera Nolana nie robi na mnie wrażenia jakie "powinno", zgodnie z tym, co głosi większość krytyków, blogerów oraz znajomych, którzy widzieli jego dwa ostatnie filmy.

"Incepcja" to dla mnie trochę taki "Matrix" 2010: grzebanie w umyśle, ułudna granica między światem realnym a tym ze snów i ściągnięty z "Matrixa" termin "architekta" (choć, przyznaję, w innym kontekście). Może mnie ktoś zaraz tu zjedzie, że porównuję te dwa filmy, no ale tak po prostu mi się one razem zestawiają. Widać jednak, że to już inne kino niż 10 lat temu. "Matrix" wprowadzał w fabułę klasycznie: poznajemy bohatera i po kolei dowiadujemy się o co w tym wszystkim chodzi. Tymczasem w  "Incepcji" akcja rusza z kopyta, niewiele wiemy o głównym bohaterze, a wyjaśnienia "o co cho" następują dużo później. Widz musi kombinować, zastanawiać się, czekać aż twórcy wyjaśnią zawiłości fabuły. Nie mówię, że to źle. Odwrotnie - bardzo podoba mi się takie wejście z marszu w fabułę i brak klasycznego rozwinięcia akcji. Niemniej jednak, po pierwszych 45 minutach zaczęłam dyskretnie spoglądać na zegarek, ile do końca i dopiero, gdy ruszyła właściwa akcja z Robertem Fischerem Jr., mogłam wygodnie poprawić się w fotelu i obejrzeć do końca bez zniecierpliwienia.

"Incepcja" to dla mnie przede wszystkim znakomite zdjęcia (spadający do rzeki van po prostu wymiatał), kapitalna wręcz muzyka Hansa Zimmera oraz Leonardo DiCaprio. Komputerowo czy nie komputerowo, to co dzieje się na ekranie robi ogromne wrażenie. Aktorzy są naprawdę świetni - nie tylko DiCaprio, ale również Joseph Gordon-Levitt i Ellen Page. Pomysł filmu jest niebanalny, wykonanie na najwyższym poziomie, film pochwalili krytycy, skosił niezłą kasę,  letni blockbuster jak się patrzy, a Buzukówna z lekka psioczy. Z lekka, bo jak napisałam u góry wiele rzeczy mi się podobało. No ale jak już przyszło co do czego, to czegoś mi zabrakło. Trudno mi nawet powiedzieć czego. Nie chcę, żeby wyszło, że marudzę, bo wszyscy chwalą, więc ktoś musi włożyć kij w mrowisko, ale szczerze mówiąc to wyszłam z kina i odłożyłam ten film na półkę. Zeszło mi chyba ze 3 tygodnie, aby o nim napisać.

"Incepcja" jest filmem bardzo złożonym i choć ze względu na świetne zdjęcia dobrze oglądać ją w kinie, to mam ochotę zobaczyć film drugi raz na dvd, aby spokojnie zastopować akcję i przedyskutować ją z mężem, który filmu nie widział. Chyba zabrakło mi - że użyję trochę szumnego słowa - przesłania, na które liczyłam. Tymczasem dostałam film efektowny, nieźle pomyślany i zagrany, ale bez drugiego dna, które miał np. wspomniany "Matrix". Film Wachowskich widziałam już nie wiem, ile razy i za każdym razem, gdy go oglądam zaskakuje mnie, jakbym wcześniej go nie widziała. "Incepcję" obejrzę drugi raz, gdy pojawi się na dvd i nie sądzę, abym do niej więcej wracała. Czekałam na "Mrocznego rycerza", czekałam na "Incepcję", obejrzałam i z repartuaru Nolana wciąż wolę "Batman Begins" i "Memento".

"Dobre"; szkoda, że nie "Koniecznie".

04:15, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy