O filmach zza oceanu
poniedziałek, 22 września 2008
Control

Reżyseria Anton Corbijn. W rolach głównych: Sam Riley i Samantha Morton.

"Control” opowiada historię Iana Curtisa, wokalisty kultowego dla niektórych zespołu Joy Division i jest debiutem Antona Corbijna, holenderskiego fotografa, który robił zdjęcia zespołowi w początkach kariery. Przychylnie przyjęty przez widzów oraz krytyków obraz został zrealizowany w czarno-białej stylistyce, z dobrze dopasowaną ścieżką dźwiękową z utworami Joy Division, Davida Bowie’go i Sex Pistols, a Sam Riley w roli Curtisa zagrał świetnie.

Rozczarował mnie ten film. Historia mnie nie wciągnęła, może dlatego że była tak cholernie przygnębiająca i na przekór mojemu nastrojowi w momencie oglądania, a może dlatego, że męczą mnie ostatnio historie artystów, którzy nie radzą sobie z życiem. Do tego muzyka Joy Division mnie nigdy nie interesowała, stąd pewnie te letnie uczucia, jakie wzbudził we mnie film o liderze grupy i pewien brak obiektywizmu w ocenie, choć zrobiła na mnie wrażenie ewolucja muzyki zespołu przedstawiona w filmie. Twórcy świetnie oddali pierwsze garażowe brzmienia, aby stopniowo przechodzić do bardziej wyszlifowanych i płynnych dźwięków, nie pozbawionych jednakże drapieżnego pazura.

Depresyjny wydźwięk filmu był idealnym uzupełnieniem osobowości głównego bohatera, który miotał się między dwoma kobietami, poważną chorobą oraz brakiem kontroli nad swoim dorosłym życiem, którą w dramatycznym akcie udaje mu się odzyskać w finale filmu.

O biografiach artystów mówi się często, że są przeznaczone dla fanów. Ten stereotyp sprawdza się raz na jakiś czas i moim zdaniem było tak w przypadku „Control”. A że nie każda biografia musi być tylko dla fanów, mnie osobiście przekonuje kapitalny „I’m Not There”.

PS. Plakat do filmu jest świetny.

poniedziałek, 15 września 2008
Burn After Reading

(Tajne przez poufne). Reżyseria Joel i Ethan Coenowie. W rolach głównych: John Malkovich, George Clooney, Frances McDormand i Brad Pitt. W Polsce od 24 października.

Po obsypanym Oskarami i entuzjastycznie przyjętym  „No Country For Old Men” bracia Coenowie podobnie, jak po „Fargo”, gdy zrobili „Big Lebowskiego”, tak teraz również wzięli sobie wolne i wyreżyserowali czarną komedię „Burn After Reading”, która z wyświetlanych w kinach trailerów zapowiadała się naprawdę smakowicie.

Najnowszy film jest napakowany gwiazdami niczym Arnold Schwarzenegger za czasów swojej kulturystycznej kariery. John Malkovich gra cynicznego, wrednego agenta CIA Osborna Coxa, wyrzuconego z pracy za alkoholizm, żonatego z obsadzoną zgodnie ze swoim filmowym emploi Tildą Swinton. George Clooney, dla którego był to trzeci film zrobiony z Coenami, wcielił się w rolę ochroniarza szukającego erotycznych podniet w internetowych randkach, zakończonych spotkaniami w „realu”. Jedną z kobiet, z którą złączył go internet jest Linda Litzke, odtwarzana przez Frances McDormand instruktorka fitnessu. Linda wraz z Chadem (powalający Brad Pitt) znajdują pewnego dnia w szatni dysk z poufnymi danymi i po nitce do kłębka dochodzą, że jest on własnością Coxa.

No cóż, do „Big Lebowskiego” daleko temu obrazowi. „Lebowski” był dopracowany w szczegółach, a najpiękniejsze było to, że tego dopracowania w ogóle się na ekranie nie było widać. Film płynął gładko niczym kula do kręgli po powierzchni toru. „Burn After Reading” wtacza się zaś do kręgielnej rynny i nie bardzo wie, jak się z niej wydostać. Podobny schemat fabularny, co w „Lebowskim”, czyli zwykli ludzie przypadkowo wplątani w kryminalną historię został napisany, co tu dużo gadać, na kolanie. Scenariusz nie ma może rażących braków, ale wydaje mi się, że bracia nie wykorzystali do końca potencjału opowiadanej historii, co niestety przekłada się na to, że aktorzy nie bardzo mają co grać. Malkovich gra tego samego sukinsyna, którego pamiętamy z „Being John Malkovich”, a główną formą ekspresji stanowią rzucane gęsto i często „fucki”, które słyszane po raz dziesiąty nie robią wrażenia. Postać Lindy jest zwyczajnie wkurzająca, a McDormand gra tę postać według mnie niezbyt przekonująco, trochę jakby z musu. Rola Swinton była stosunko nieduża, a aktorka zagrała ją w konwencji zimnej suki znanej z „Michaela Claytona”. Clooney się obronił, ale brawa należą się wyłącznie Bradowi Pittowi, który wycisnęł z swojej roli 110% normy i widać było, że był jedynym z obsady, który naprawdę i na serio wziął się za swoją postać. Każde pojawienie się Pitta na ekranie wywołuje salwy śmiechu i widać, że aktor miał zwyczajną radochę kręcąc swoje sceny.

Historia toczy się wokół wyborów, które podejmuje każdy z bohaterów filmu, a które w większości kończą się nie za dobrze dla zainteresowanych. Nawet ludzie, którzy zdają się mieć trzeźwy osąd sytuacji ulegają i łamią się. Film balansuje na krawędzi pół-żartobliwego moralitetu, czarnej komedii i filmu szpiegowskiego i każda z tych części wydaje się być lekko niedorobiona. Bez rewelacji.

poniedziałek, 08 września 2008
Vicky Cristina Barcelona

Reżyseria Woody Allen. W rolach głównych: Javier Bardem, Penelope Cruz, Rebecca Hall i Scarlett Johansson.

Dla wielbicieli Woody’ego Allena mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Zacznijmy od tej złej. Jego najnowszy film dostępny będzie w Polsce dopiero w kwietniu 2009 r. Dobra jest taka, że warto będzie czekać.

Ah, ten Woody...Ah, ta ognista Penelope Cruz...Ah, ten Javier Bardem, który zgubił koszmarną grzywkę z filmu Coenów i przeistoczył się w hiszpańskiego Don Juana. Gdyby nie klimatyzacja w sali kinowej, trzeba byłoby studzić powietrze, bo tak zrobiło się gorąco w czasie projekcji. Allen, porzuciwszy swój ukochany Manhattan, przeniósł się do słonecznej, seksualnie nabuzowanej Katalonii, którą uczynił miejscem akcji najnowszego filmu. Czegoż więc tam nie ma. Barcelona z wiekopomnymi dziełami Gaudiego i Miro, sensualna hiszpanska muzyka (Allen wziął tymczasowy rozwód z jazzem), kolory spalonej słońcem Hiszpanii i erotyzm historii dwóch amerykańskich turystek Vicky i Cristiny (Rebecca Hall i Scarlett Johansson), zestawionych ze sobą na zasadzie kontrastu, począwszy od koloru włosów, przez poglądy na miłość, życiowe plany i pasje. Przypadek styka je z Juanem Antoniem (Bardem), hedonistycznym malarzem, którzy po burzliwym rozwodzie z żoną Marią Eleną (Cruz) próbuje zapomnieć o miłości swojego życia.

Damsko-męski kwartet jest idealnie skrojony na potrzeby Allena i jego nieustającej analizy związków i charakterów. Narzędziem ku temu są znakomite, skrzące humorem dialogi oraz – uwaga – onelinery. Więcej zapamiętałam cytatów z tego filmu reżysera niż poprzednich razem wziętych, które widziałam. Film ma tak naturalny, europejski wdzięk, że gdyby nie to, że zrobił go najbardziej europejski z amerykańskich reżyserów, śmiało można byłoby pomyśleć, że wyszedł spod ręki Francuza bądź Hiszpana. Jednocześnie, nie ma wątpliwości, że „Vicky Cristina Barcelona” to dziecko Allena: wspomniane błyskotliwe dialogi, narrator przedstawiający bohaterów zza ekranu i rozpoczynający kolejne wątki historii, komiczne wstawki (jak choćby przylot japiszońskiego narzeczonego Vicky) i aura allenowskiego neurotyzmu, rozdwojenia osobowości, poszukiwania samego siebie.

Aktorsko jest niemal bez zarzutu. Pierwsze skrzypce gra importowany duet z Hiszpanii, czyli Cruz i Bardem. Aparycja Cruz zdaje się predestynować ją do grania kobiet nieokiełznanych, szalonych i namiętnych. Jej Maria Elena, oprócz uwodzicielskiego wyglądu i artystycznej duszy, emanuje seksapilem, któremu może dorównać tylko urok Bardema z kilkudniowym zarostem, w rozchłestanej koszuli i umazanego farbą. Cóż za tranformacja od roli Antona Chigurha z „No Country For Old Men”! Na drugim biegunie tej gorącej hiszpańskiej pary, która zdaje się być dla siebie stworzona, a jednocześnie nie może razem żyć, znajdują się Rebecca Hall i Scarlett Johansson, młode kobiety, dla których sens miłości pozostaje wciąż niewiadomą. Ku mojemu zaskoczeniu, Johansson gra ledwie dostatecznie. W scenach z Cruz i Bardemem jej postać wypada blado, nie tylko dlatego, że nie ma w jej filmowej postaci tyle ognia, co hiszpańskiej parze. Jakby zabrakło jej umiejętności. Cruz i Bardem są. Johansson gra. Pozytywną niespodzianką jest mało mi znana Hall. Jej postać zdaje się mieć najwięcej do stracenia, ale i do zyskania i Hall znakomicie odnajduje się w tej grze.

Jak to mówią, nie przesadza się starych drzew. Allen, wypuściwszy się z Nowego Jorku do Europy, zdaje się przeczyć tej regule. Oby tak dalej.

Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy