O filmach zza oceanu
piątek, 28 września 2007
F**k

Dokument (taki tytuł, co robić). Reżyseria Steve Anderson.

Ameryki nie odkryto w tym filmie. Przez półtorej godziny wyjaśniano dlaczego najpopularniejsze w języku angielskim przekleństwo niesie ze sobą tak wielki ładunek emocjonalny. Reżyser postawił sobie za zadanie wynalezienie wszelkich możliwych kontekstów f***a w odniesieniu do polityki, religii, filmu, telewizji, dzieci i codziennego użycia. Czy wynika z tego coś odkrywczego? Ano nie. Zapewne w każdym języku istnieje słowo, które pasuje do każdej nerwowej, czy podbramkowej sytuacji. F**k pełni tą samą rolę, jak k***a w polskim. Polski zresztą, jeśli idzie o ilość przekleństw, bije angielski na łeb, więc jak już przeklinać to po polsku, choć muszę przyznać, że łapię się na tym, że gdy przeklinam, to używam f***a częściej niż naszego rodzimego „przecinka".

Sam film bez rewelacji. Tym, którym brakuje f**ka w życiu, niewątpliwie ucieszy usłyszenie tego wyrazu ponad osiemset razy w ciągu półtorej godziny. W filmie wypowiadają się przedstawiciele skrajnych zawodów i przekonań, od gwiazd porno do ultrakonserwatywnej przedstawicieli jakiejś organizacji dbającej o morale młodzieży. Pojawia się Kevin Smith, od którego dowiadujemy się, że używa sobie „łaciny” przy dzieciach, a żona mu w niczym nie ustępuje i że swego czasu „Sprzedawcy” pobili rekord w ilości użycia tego słowa. Tak naprawdę, to „F**k” nie mówi niczego nowego i odkrywczego. Jeśli miał bulwersować, być kontrowersyjny i przekazać, że w Ameryce brakuje wolności słowa, bo nie można sobie rzucić f***iem w telewizji, to za bardzo ta misja się nie powiodła. Na dobrą sprawę, ten film mógł nie powstać i nikt by po nim nie płakał. Jedyne, co warto zobaczyć to George Dablju pokazujący środkowy palec do kamery. Priceless. 

18:00, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (2) »
Hard Candy
Reżyseria David Slade. W rolach głównych: Patrick Wilson i Ellen Page.


Gdybym miała opisać „Hard Candy” jednym zdaniem, powiedziałabym, że to film o Czerwonym Kapturku, który zjadł wilka. Czerwonym Kapturkiem jest czternastoletnia Hayley, która poznaje na czacie 18 lat starszego Jeffa. Umawiają się na kawę. Hayley jest bardzo dojarzałą nastolatką, a Jeff fotografem specjalizującym się w zdjęciach młodych kobiet. Od słowa do słowa, jadą do jego domu na krótką sesję fotograficzną. Hayley nie należy do grupy naiwnych podlotków i gdy Jeff przynosi jej drinka, odmawia i sama miesza sobie sok z wódką. Robi też jednego dla Jeffa. Sęk w tym, że jego drink jest z „wkładką” – środkiem nasennym.

Jeff budzi się na krześle ze skrępowanymi kończynami, a Hayley okazuje się być kobietą nie tylko dojrzałą, jak na swój wiek, ale także mocno zdeterminowaną. Podejrzewa, że Jeff jest pedofilem i gdy znajduje w sejfie pornograficzne fotki, nabiera podejrzeń, że Jeff mógł być także wplątany w morderstwo nastolatki, postanawia go wykastrować.

Ten zaskakujący thriller, mocny głos o pedofilii jest filmem dwójki aktorów. Poza nimi w filmie pojawiają się chwilowo 3 inne postaci, których tak na dobrą sprawę mogłoby nie być. Ellen Page i Patrick Wilson dostali więc za zadanie udźwignięcia całego filmu i poszło im znakomicie. Dialog między parą bohaterów ma w sobie niesamowitą dawkę suspensu, który skutecznie przykuł mnie do ekranu.

Z potencjalnej ofiary, Hayley przeobraziła się w kata. Grająca ją Page dostarcza jedną z najbardziej przekonywujących ról, jakie zdarzyło mi się ostatnio oglądać. Prowadzi z Jeffem niebezpieczną grę, z zimną krwią pozwalając mu błagać o uwolnienie i torturować go psychicznie, jednocześnie mając sytuację pod kontrolą. Momentami jest przerażająca i wyrachowana w tym, co robi, diaboliczna wręcz.  Co ciekawe, zastosowana w filmie manipulacja psychologiczna nie pozwala do końca ocenić kto jest jednoznacznie katem, a kto ofiarą i komu tak naprawdę przysługuje prawo sądu, zemsty i sprawiedliwości. Zakończenie filmu, mimo iż jednoznaczne, zostawia widza z moralnym dylematem oceny pary bohaterów i rozważenia we własnym sumieniu, kto miał rację i na co zasłużył. 

17:01, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 24 września 2007
Transamerica

Reżyseria Duncun Tucker. W rolach głównych: Felicity Huffman i Kevin Zegers.

Stanley dowiaduje się, że przed siedemnastu laty spłodził syna, o którym nie miał pojęcia. Syn, parający się prostytucją nastolatek, siedzi w areszcie w Nowym Jorku, a Stanley jest jedyną osobą, która może go stamtąd wyciągnąć. Problem w tym, że za tydzień Stanley musi stawić się w klinice w Los Angeles na ważną operację, ale żeby się tam znaleźć potrzebuje zgody swojej psychoterapeutki, która uzależnia zgodę od wyjazdu Stanleya do NYC i konfrontacji z synem. Rad nie rad, Stanley leci do Nowego Jorku, podaje się za członka kościoła nawracającego młodocianych na właściwą drogę, płaci dolara kaucji za Tobego i wyciąga go z pierdla. Toby, któremu marzy się kariera aktorska, chce jechać do LA i Stanley, przyparty do muru przez psychoterapeutkę, postanawia zawieść syna do Miasta Aniołów.

O czymś zapomniałam? No tak, Stanley aktualnie nazywa się Sabrina (w skrócie Bree), lubi pastelowe garsonki i ma twarz Felicity Huffman, a operacja do której się szykuje, to operacja zmiany płci, na którą zamierza wydać oszczędności swojego życia.

Obejrzałam „Transamericę” w ostatni weekend i uwielbiam ten film. Nie znając dokładnej fabuły filmy, myślałam, że będzie to kolejne „Boys Don’t Cry”, przygnębiające i traumatyczne stadium transseksualizmu. „Transamerica” jest tak daleko od tego wizerunku jak NYC od LA. Gatunkowo nawiązuje do filmów drogi, podczas której bohaterowie dowiedzą się prawdy o sobie i o tym, co dla nich ważne. To lekko opowiedziana historia o kobiecie, która dowiaduje się, że została ojcem i musi przejść przyspieszony kurs rodzicielstwa, a jej syn to zagubiony nastolatek, któremu krótkie życie nie oszczędziło samobójczej śmierci matki, wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie, narkotyków, prostytuowania się i przekrzywionego moralnie kręgosłupa.

Element transseksualizmu Bree jest raczej środkiem do ukazania, że słowa takie jak „matka” czy „ojciec” mogą być zaadoptowane przez każdego bez względu na jego czy jej tożsamość seksualną. Nie jest natomiast głównym motywem i nie dominuje nad postacią Bree, która w stonowanym wykonaniu Felicity Huffman wygląda i zachowuje się niczym konserwatywna dama. Bodajże nikt w filmie nie ocenia i potępia Bree. Napotkany w Nowym Meksyku Indianin Calvin Dwie Kozy wydaje się nią szczerze zainteresowany i daje jej swój numer telefonu. Najwięcej szykan spotka bohaterkę ze strony własnej, zakleszczonej umysłowo rodziny, która nie umie i nie chce zaakceptować, że nie ma syna i brata, a córkę i siostrę. Prawda o tym kim naprawdę jest Bree wyjdzie oczywiście na jaw, w najbardziej żenujący dla niej i Tobego sposób, ale jak można się domyślić, scenarzysta i zarazem reżyser zgrabnie i przekonująco wybrnie z tej opresji.

Daję „Koniecznie”, bo urzekła mnie ta ciepła i zabawna opowieść o ojcu, który okazał się matką i synu, który w jednej osobie znalazł oboje rodziców. 

piątek, 21 września 2007
Layer Cake
Reżyseria Matthew Vaughn. W roli głównej Daniel Craig.


Gdybym zobaczyła Daniela Craiga w tym filmie zanim zaczęły się gadki na temat obsady kolejnego filmu o Bondzie, zapewne nie byłabym tak sceptycznie nastawiona do Craiga jako agenta 007. A tak przyszło mi czekać aż do premiery „Casino Royale”, żeby naocznie przekonać się, że Craig nadawał się do roli agenta znakomicie.

W „Layer Cake” gra postać bezimiennego XXXX, płotkę w narkotykowym świecie, którą Bond na rozgrzewkę załatwiłby w pierwszych dziesięciu minutach filmu. Film zaczyna się monologiem XXXX o zasadach w biznesie: pracować w małym zespole, z ludźmi z polecenia, nie wychylać się z kasą i nigdy nie być chciwym. O sobie nie myśli jako gangsterze, ale jako biznesmenie, który sprzedaje kokainę. Planuje sobie spokojną emeryturę, ale tu do akcji wkracza się jego szef Jimmy Price, który poleca mu odnaleźć córkę swojego biznesowego partnera Eddiego Temple’a oraz wyjaśnić przekręt z tabletkami ekstazy, który zawalił Duke, kolejny członek kokainowego półświatka.

XXXX nie należy do tego typu gachów, którzy załatwiają interesy pociągnięciem spustu. To elokwentny i dobrze wykształcony przedstawiciel angielskiej klasy średniej, daleki od stereotypowego dilera narkotyków. Nie lubi przemocy i zapewne wolałby spokojnie dalej prowadzić swój handelek, ale sprawy wokół niego wymykają się spod kontroli. Nie w smak mu zadanie powierzone przez Jimmiego, ale szefowi się nie odmawia. O ukradzione tabletki ekstazy upomina się serbska mafia. Do gry włącza się również Eddie Temple i dzięki niemu, XXXX dowiaduje się, że Jimmy Price ma niekoniecznie czyste konto. Nie zabraknie również kobiety, choć pojawi się ona, niestety, tylko w roli ozdobnika. Zaiskrzy między XXXXem a blondwłosą Tammy. Bardzo mi się podobało elektryzujące spotkanie tej pary i przysłowiowy błysk w oku XXXXa na widok Sienny Miller w roli Tammy.

Reżyser „Layer Cake” był producentem „Przekrętu” Guya Richiego, ale widać, że w swoim projekcie obrał inną drogą. „Layer Cake” zgubił super-dynamiczny montaż oraz barwność postaci, a swoich bohaterów uczynił bardziej zwykłymi ludźmi, jeśli tak można określić tych, którzy narkotykami i szemranymi interesami zarabiają na życie. Drugiego „Przekrętu” pewnie by z tego nie było, a tak powstał niezły gangsterki film, który po prostu dobrze się ogląda. Pod koniec, w krótkim, acz treściwym dialogu Eddie Temple wyjaśnia XXXXowi, że im wyżej się wspinasz po szczeblach drabiny społecznej, tym szybciej zapominasz, jak jest na dole. Welcome to the layer cake, son.

P.S. Dzisiejszy wpis oraz poprzedni dedykowane są paniom Hjuston i Evek, które swego czasu wyraziły tutaj zainteresowanie spotkaniem z Clivem Owenem oraz Danielem Craigiem. 

21:41, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (2) »
środa, 19 września 2007
Shoot'Em Up

Reżyseria Michael Davis. W rolach głównych: Clive Owen, Monica Bellucci i Paul Giamatti.



Jeden z moich kolegów, który recenzuje filmy na IMDB, mówi, że bardzo rzadko zabiera się za dobre filmy, gdyż twierdzi, że recenzowanie dobrego filmu to żadna przyjemność. Dlatego recenzuje wyłącznie tandetne horrory i filmy co najmniej klasy „B”, gdzie może przelać swoje frustracje w bardziej złożonej i bogatej w słownictwo formie.

Zachęcona tym przykładem, pomyślałam, że akurat trafia mi się film, który jak żaden inny w kategorii „Kiepskie” schlastam od góry do dołu. „Shoot’Em Up” doprawdy trudno było przegapić, bo dosłownie całe miasto, a przynajmniej jego centralna część było oblepione plakatami z Clivem Owenem. Przepremierowe recenzje nie pozostawiały złudzeń, że film jest więcej niż kiepski, co postanowiłam wypróbować na własne oczy.

No i choć nie wiem, jak bym starała, to za cholerę nie mogę nie napisać, że był to kiepski film. Był totalnie przegięty i powymyślany, ale z drugiej strony ja i koleżanka Evek, miłośniczka aktorskich talentów Clive’a bawiłyśmy się świetnie przez cały seans. Mówiąc krótko w filmie się strzelają. I to dużo, ale za to efektownie. Pojawiają się nowatorskie sposoby użycia broni – bo kto widział, żeby – uwaga mały spoiler – odstrzeliwać pępowinę? Wiem, brzmi obleśnie, ale u widza, który zgodzi się na filmową konwencję „zabili go i uciekł” wywołuje to szeroki uśmiech na twarzy. Film startuje z kopyta, gdy siedzący na przystanku Clive, czyli filmowy Smith widzi biegnącą kobietę w zaawansowanej ciąży, a zaraz potem bandziora z gnatem, który podąża jej tropem. Jak łatwo się domyślić, Smith ruszy za nimi i wplącze się w polityczno-transplantologiczną aferę z Paulem Giamattim jako bad guyem depczącym mu po piętach. W ciągu pierwszych pięciu minut pada pewnie ze dwadzieścia , trzydzieści trupów, a to zaledwie początek. Mr. Smith po drodze odbierze poród i pokaże nam, że niewinna marchewka całkiem nieźle służy jako broń (królik Bugs byłby z niego dumny). A później nowonarodzonemu dziecku zapewni świeżą dostawę mleka z gościnnych piersi Moniki Bellucci, czyli filmowej Donny Quintano, prostytutki zarabiającej na klientach z fetyszem ssania mleka.

Poza strzelaniną i łupiącym z ekranu heavy metalem (nie bez przyczyny), można wyłowić z treści fajne smaczki. Giamatti, bohater osławionego przed kilku laty „Sideways” w pewnym momencie rzuca do Smitha „Fuck me sideways” (pardon my French). Inicjały imienia i nazwiska Donny Quintano układają się w DQ, co jest skrótem od Dairy Queen, znanego amerykańskiego fast foodu. Pada również nieśmiertelne „What’s up, doc?”, gdyż Smith, jako hoduje sobie marchewki w mieszkaniu i podgryza je nieustannie.

Wydaje mi się, że „Shoot’Em Up” należy do tej samej co „Sin City” kategorii filmów, które albo się kocha albo nienawidzi. „Sin City” nie podobało mi się w ogóle i przebrnęłam przez ten film z trudem, doceniając jednakże wspaniałą oprawę graficzną filmu, który jak chyba żadna z dotychczasowych ekranizacji komiksów, zbliżyła się do komiksowego wyglądu. „Shoot’Em Up” może nie pokochałam, ale im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej mi się podoba ten obraz. Clive przystojny, Monica ponętna, ganiają się, strzelają (nawet bez użycia pistoletów), finał można przewidzieć i do tego jakże ponadczasowe stwierdzenie „Eat your vegetables”. 

19:32, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy