O filmach zza oceanu
środa, 29 sierpnia 2007
Once

Reżyseria John Carney. W rolach głównych: Glen Hansard i Markéta Irglová.

Niemal każda wzmianka na temat tego filmu mówi, iż jest to musical, niektóre dodają, że nowoczesny. Irlandzki „Once” wymyka się jednak kategorii musicalu. „Once” to kino, przy którym się odpoczywa, wycisza, wtapia w kinowe krzesło, zapomina, relaksuje. To kino, jakiego nie widzi się często na amerykańskich ekranach, bo jest tak na wskroś europejskie, że przez swoją europejskość niezbyt niepopularne za wielką wodą. Na polskich stronach kinowych również nie ma o nim za wiele informacji i nie znalazłam nic o planowanej premierze. Być może film uhonorowany w tym roku na festiwalu w Sundance nagrodą World Cinema Audience Award nie jest wystarczająco zachęcający dla dystrybutorów.

Bohater filmu, bezimienny On mieszka z ojcem nad warsztatem, w którym obaj naprawiają odkurzacze. W ciągu dnia, gdy w warsztacie niewiele się dzieje, wychodzi z gitarą na dublińską ulicę i śpiewa popularne piosenki. Wieczorami, gdy mniej przechodniów, wykonuje własne kompozycje, które w jego pojęciu nie przyniosą mu zarobku. Pewnego wieczoru jego utworowi przysłuchuje się bezimienna Ona, czeska imigrantka. Okazuje się, że ma zepsuty odkurzacz, więc następnego dnia przychodzi z Hooverem i ciągnąc go za sobą, niczym niesfornego psiaka na smyczy, idzie z Nim do warsztatu. Okazuje się też, że Ona ma wykształcenie muzyczne i gra na fortepianie. Od słowa do słowa, a może raczej od nuty do nuty, zaczyna się ich muzyczna współpraca, a gdzieś między komponowaniem i śpiewaniem rozwija się przyjaźń, a wkrótce kiełkuje głębsze uczucie. Oboje mają poszarpane życiorysy. On leczy rany po rozstaniu z dziewczyną, która go zdradziła, Ona przyjechała do Irlandii z dwuletnią córką, zostawiając męża w Czechach.

„Once” można byłoby nazwać musicalem bez makijażu. Formuła, jaką posłużył się reżyser oraz odtwórcy głównych ról Glen Hansard i Markéta Irglová urzeka prostotą. Nieskomplikowany scenariusz, którego punktem kulminacyjnym jest nagranie płyty demo, muzyka, w której głównie słychać tylko gitarę i fortepian, do tego historia miłosna, nakreślona delikatną kreską sprawiają, że bezpretensjonalny „Once” po prostu chwyta za serce. Widać czasem braki techniczne oraz aktorskie (odtwórcy głównych ról nie są aktorami, a profesjonalnymi muzykami), ale jest w tym jakaś nuta romantyzmu i świeżości.

Spielberg powiedział, że A little movie called Once gave me enough inspiration to last the rest of the year.

Oficjalna strona filmu tutaj. Na koniec najpiękniejsza moim zdaniem piosenka filmu.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Moja piękna pralnia

Reżyseria Stephen Frears. W rolach głównych: Daniel Day-Lewis i Gordon Warnecke.



Pralnia była obdrapana, zagryzmolona graffiti, zdemolowana przez lokalnych wandali i służyła bardziej za toaletę niż miejsce, gdzie pierze się brudne ubrania. Omar, młody Pakistańczyk z Londynu, w tym niedochodowym miejscu, należącym do jego wuja Nassera, zobaczył swoją szansę na wyrwanie się z zapyziałego mieszkania tuż przy torach kolejowych, zasiłku dla bezrobotnych i narzekań ojca alkoholika. Choć ojciec, były dziennikarz w depresji po tragicznej śmierci żony, chce aby Omar rozpoczął naukę w college’u, chłopak zatrudnia swojego dawnego kolegę Johnego i zaczynają renowację podupadłej pralni.

Kuzyn Nassera, Salim szmugluje narkotyki i prosi Omara o pomoc w ich przewożeniu. Omarowi brakuje pieniędzy na remont, więc kradnie działkę narkotyków i za uzyskane w ten sposób pieniądze kończy przeróbki w pralni. Ale Salim upomni się o swoje pieniądze.

„Moja piękna pralnia”, pierwszy film Stephena Frearsa skierowany do dystrybucji kinowej, to portret Anglii za czasów rządów Żelaznej Lady w latach osiemdziesiątych, gdzie obywatele kraju to nie tylko angielscy chłopcy, ale emigranci i ich potomkowie z Pakistanu, którzy żyją w miłości i nienawiści do nowego kraju. Nienawiści, bo nigdy nie będzie ich ojczyzną, miłości, bo – jak wuj Nasser – dorobili się małych fortun, domów na przedmieściach, pięknych samochodów i angielskich kochanek. Żyją tu, bo Anglia daje im pieniądze, których nigdy nie zarobiliby w swoim rodzinnym kraju, będącym pod przemożnym wpływem religii. Na styku obu kultur pojawiają się rysy, gdy Johnny zaczyna pracować dla Omara, a koledzy z gangu nie mogą mu darować, że pracuje dla „Pakis”.

Kameralny film, zrealizowany początkowo dla telewizji, trafił na kinowe ekrany, a Stephenowi Frearsowi przetarł drogę do kariery. Scenariusz Hanifa Kureishiego został nominowany do Oskara. Choć pozornie niewiele się w tym filmie dzieje, zwłaszcza w początkowych 30 minutach, to w całości, udało się scenarzyście i reżyserowi połaczyć wątki współistnienia obok siebie dwóch kultur: angielskiej i pakistańskiej, etosu pracy (bądź jego braku), emancypacji kobiet oraz miłości homoseksualnej. Widoki trawionego beznadzieją robotniczego Londynu przeplatają się z wystawnym domem wuja Nassera, jego zblazowana córka konfrontuje kochankę ojca, a Omar musi wybierać między posłuszeństwem swojej kulturze i rodzinie, a uczuciem do Johnnego.

Nie wiem, czy czytaliście „Białe zęby” Zadie Smith. To emigrancko-angielska nowela, rozpoczynająca się w latach 70. w Londynie, której głownymi bohaterami są emigrant z Bangladeszu, jego angielski przyjaciel oraz drugie pokolenie emigranckie żyjące w mniej lub bardziej udanej symbiozie na angielskiej ziemi. Oglądając „Moją piękną pralnię” myślałam, że gdyby ktoś przenosił „Białe zęby” na duży ekran, to reżyser „Pralni” byłby chyba właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. 

17:42, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 sierpnia 2007
Batman na chicagowskich ulicach

Miała być dziś recenzja, ale trafił się temat w postaci ekipy zdjęciowej najnowszego Batmana, którego od dobrych paru tygodni filmują w Chicago. Tak się składa, że często rozkładają się z filmowymi klamotami w okolicach mojej pracy, co może być spowodowane blikością Chicago Board of Trade, którą uważny mieszkaniec Chicago wypatrzy w jednej ze scen w ostatniej odsłonie przygód Bruce’a Wayne. Przez ulice ciągnęły się więc kable, stały wysięgniki dla kamer oraz ciężarówki ze sprzętem. Raz, ku mojej rozpaczy, pod drzwiami biura zaparkował policyjny samochód z GPD na boku (Gotham Police Department) i do tego z dechą na masce dla kaskadera. Ku rozpaczy, bo nie miałam aparatu.

A dziś ekipa rozłożyła się pod samą CBoT i samochodów z logo GPD było bez liku. Aparatu znowu nie miałam, ale znalazł się jeden w biurze, więc poszłam zabawić się w papparazi. Niestety, gdy tylko przymierzyłam się do zrobienia zdjęcia samochodu, pojawił się jakiś człowiek z ekipy i miło, acz stanowczo powiedział No photos. Przespacerowałam się więc wzdłuż planu (to wolno). Wyglądało na to, że będą kręcić scenę jakiegoś przemówienia, bo widziałam udekorowaną mównicę, krzesełka, limuzyny i policyjne wozy. Kręciło się też sporo policjantów i nie wyglądali jak gliny z Chicago, więc myślę, że byli to statyści. Widziałam też paru facetów z kobzami (czy dudami), więc rzeczywiście wyglądało na jakąś policyjną imprezę. Gdy odchodziłam, pirotechnicy chyba coś testowali, bo słychać było jakieś wystrzały.

Zdjęcia są nienajlepsze, bo robiłam je z dość dużej odległości, a do tego aparat był dość archaiczny.

Zamknięta La Salle Street


Tutaj ten nieszczęsny samochód policyjny


W tle jakaś cysterna (może coś będzie wybuchać)


Ten w czapce to chyba policjant-statysta


Zafoliowane kwiaty w tle na mównicy


Ciężarówki ze sprzętem


„Sprzęt” w zbliżeniu


A tu wysięgnik do kamery (tak myślę)


Najnowszego Batmana zatytułowanego The Dark Knight obejrzę z przyjemnością za rok, nie tylko ze względu na chicagowską lokalizację planu. Po serii gniotów z Valem Kilmerem i Georgem Clooneyem, Batman Begins bardzo mi sie podobał. Wprawdzie nie wiem, czy Heath Ledger będzie lepszym Jokerem niż Jack, ale Bale jest według mnie najlepszym Batmanem. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2007
The Ten

Reżyseria David Wain. W rolach głównych: Paul Rudd, Famke Janssen, Winona Ryder, Liev Schreiber, Olivier Platt, Jessica Alba.

Amerykański niezależny film, wyświetlany raptem w jednym kinie w Chicago, z obsadą aktorską, której z pewnością nie powstydziłby się niejeden film z Hollywoodu. Co z tego wynikło?

„The Ten” jest luźną wariacją na temat biblijnych dziesięciu przykazań. O każdym z nich opowiada oddzielna historia, a niektóre z nich zazębiają się i mają wspólnych bohaterów, jak np. grana przez Winonę Ryder bohaterka pierwszego epizodu, która także pojawia się w historii o siódmym przykazaniu. Zaczyna się od mocnego uderzenia, gdy młody skoczek wyskakuje z samolotu bez spadochronu. Cudem przeżywa skok, ale wbija się w ziemię całym niemal ciałem i próba ruszenia spowoduje jego śmierć.


Ten pierwszy epizod, ilustrujący „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” i sposób w jaki Stephen, uziemiony do końca życia, zostaje gwiazdą mediów, jest niestety najlepszy. Niestety, bo mamy do obejrzenia jeszcze dziewięć, a poziom humoru spada wraz z kolejnym. Broni się jeszcze druga historia niespełnionej seksualnie bibliotekarki, która podczas w wakacji w Meksyku przeżywa ognisty romans ze stolarzem imieniem Jesus. Orgazmicznie wykrzykiwane przez nią „Oh, Jesus Christ” stanowi nieźle pomyślaną parodię drugiego przykazania „Nie będziesz brał imienia Boga twego nadaremno”.

Wspomniana zaś Winona Ryder w „Nie kradnij” podczas miesiąca miodowego zakochuje się w drewnianej kukiełce, która wykrada właścicielowi-brzuchomówcy, aby potem uprawiać z drewniakiem seks w motelu, gdzie za ścianą śpi świeżo poślubiony mąż. Ani to nie śmieszy, ani nie gorszy, a tylko stawia pytanie, czy Winona Ryder naprawdę nie dostaje lepszych ról. Pozostałe epizody są raczej chybione, niektóre niesmaczne i mało śmieszne. Współczesna wersja dekalogu, jaką zaprezentowali twórcy „The Ten” nie niesie ani głębszego przesłania ani nawet porządnej dawki humoru. Zabrakło temu obrazowi bożej iskry, czegoś co by zespoliło opowiedziane historiie. Odcinki są nierówne i im dalej, tym bardziej widać brak pomysłu na ten film. Gdzieś tam przebłyskuje głębsza myśl o tym, że ludzkie życie jest nic warte w dzisiejszych czasach albo że słowa przysięgi małżeńskiej niewiele już dziś znaczą, ale autorzy nie pociągnęli morałów z kilku historii, tylko woleli zastąpić je bezużytecznymi fajerwerkami na koniec.

Aktorsko bez zarzutu, ale nasuwa mi się myśl, że może jednak jedenastym przykazaniem powinno być „Nie obsadzaj dobrych aktorów w kiepskim scenariuszu”. No ale to przecież truizm.

Oficjalna strona dla zainteresowanych http://www.thetenmovie.com/ 

20:05, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (6) »
piątek, 17 sierpnia 2007
Magia kina

Zmęczona nieco wakacyjną filmową papką oraz niechętnie przesiadując przed własnym telewizorem, gdy pogoda za oknem jeszcze ładna, miałam ostatnio okazję być na dwóch znakomitych seansach filmowych, które odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiły mnie chicagowskie kina. Niedaleko mojego domu mieści się Portage Theater, stare, pięknie odrestaurowane kino, jakich już coraz mniej. W każdy piątek tego lata, kino wyświetla nieme filmy, które zapewne uradowały by Stanisława Janickiego, którego może pamiętacie z telewizyjnego cyklu „W starym kinie”, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam Chaplina, Flipa i Flapa oraz Harolda Lloyda wiszącego na zegarze. I właśnie komedię z Lloydem widziałam w ubiegły piątek. Sala kinowa, rozmiarów jakich dziś nie ma nawet w multipleksach, była niemal pełna. Pod sceną stały organy z rozłożonymi nutami, do których zasiadł chyba nie kto inny jak organista i przez bite dwie godziny akompaniował celuloidowej taśmie (choć kto wie, czy ona jeszcze celuloidowa). Dwie piosenki z filmu zaśpiewała również solistka.


Sam film „Welcome Danger” z 1929 r. okazał się znakomitą komedią, która oparła się zakusom czasu i po niemal osiemdziesięciu latach nadal bawi. Tydzień wcześniej odbyła się projekcja „Pacernika Potiomkina”, o której niestety dowiedziałam się za późno. A jest czego żałować, bo przygrywała 24-osobowa orkiestra. Zostały jeszcze dwa seanse niemego kina tego lata. Kto nigdy nie był na takim przedstawieniu, polecam. Więcej na stronie http://www.portagetheater.org

A we wtorek raczyłam się kinem pod gołym niebem. Chicago Outdoor Movie Festival zdążył przez osiem lat swego istnienia wpisać się na letnią mapę miasta i prezentuje starsze amerykańskie filmy. Były „Gwiezdne wojny”, ale głównie klasyka: „Casablanca”, „Obywatel Kane” czy „W samo południe” (więcej tutaj). Projekcje odbywają się po zmroku w każdy wtorek w Parku Granta, w centrum miasta, gdzie za jedyne światło wystarczają oświetlone drapacze chmur i robaczki świętojańskie.


Publiczność obozuje w parku już od wczesnych godzin popołudniowych, gdyż zajęcie dobrej miejscówki ma znaczenie strategiczne. W ruch poszły składane krzesełka, leżaki i koce oraz ukradkiem popijane piwo. O 8:24 wieczorem zaczął się „Butch Cassidy i the Sundance Kid”. Zamilkły telefony komórkowe (no, prawie), ucichły rozmowy i nawet samoloty jakby obrały inną trasę, aby nie zakłócać seansu. Przez pewien moment panowała cisza niemal idealna, przerywana jedynie głosami aktorów, a zważywszy na to, że w filmie prawie nie było muzyki, to wrażenie ciszy tylko się spotęgowało. I podobnie, jak w przypadku niemych filmów, filmy pod gołym niebem będą pokazywane jeszcze dwa razy. Szczegóły na stronie festiwalu.

Trzeba korzystać, póki ciepło. 

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy