O filmach zza oceanu
wtorek, 29 lipca 2008
The Dark Knight

Reżyseria Christopher Nolan. W rolach głównych: Christian Bale, Heath Ledger, Gary Oldman I inni. W Polsce od 8 sierpnia.

Kiedy trzy lata temu wyszłam z kina po projekcji „Batman Begins”, pamiętam, że byłam zachwycona podejściem do tematu superbohatera. Batman, narysowany mniej lub bardziej groteskową, komiksową kreską w czterech poprzednich odsłonach, w filmie Nolana dostał prawdziwie ludzką twarz, a sam film z efektownej feerii efektów specjalnych przeobraził się w kino, gdzie emocje, uczucia i wątpliwości moralne odgrywają nie mniejszą rolę niż wypasiony Batmobile, czy odporny na kule Batsuit.

„The Dark Knight” podąża tą ścieżką i jeszcze bardziej niż w „Batman Begins” podkreśla wątpliwości oraz etyczne rozterki, które targają głównym bohaterem. W pierwszym filmie w reżyserii Nolana było to zrobione – że zacytuję mężą – seamless, gładko, płynnie i z gracją. „The Dark Night” nie ma tej płynności, a historia zdaje się być bardziej poszarpana na kawałki, z dużą ilością wątków, które moim zdaniem wprowadzają za dużo zamieszania zamiast sprowadzić się do jednego – pojedynku Batmana z Jokerem. Tych dwóch wystarczyło by za całą fabułę. Reżyser jednak rozbudował ją dość mocno, wprowadził nową postać prokuratora Harvey’go Denta (dobry Aaron Eckhart) i mocno zagmatwał scenariusz z wątkami mafijnymi. W rezultacie dodania tych poszatkowanych wątków, film stracił potoczystą, płynną narrację. Nie mogę przyczepić się, że film jest nudny, bzdurny i chłamowaty, bo nie jest, ale po prawdzie brakuje mu bożej iskry, tego czegoś, co sprawia, że siedzisz w fotelu niczym na przysłowiowiowych szpilkach i nie możesz się doczekać, co będzie w następnym kadrze. Niektóre motywy (akcja z promami, podsłuchiwanie Gotham przez Batmana – cóż za aluzja do podsłuchiwanych Amerykanów po 9/11, list od Rachel) nie zostały do końca wykorzystane, ledwie symbolicznie zaakacentowane. A szkoda, bo pasowały idealnie do rozdźwięku między konfliktem dobra ze złem i jednocześnie pokazaniu tego, że czarne i białe nie zawsze są tym, czym się wydają.

O ostatniej roli Ledgera powstają już zapewne prace magisterskie, a postać Jokera, która stworzył wymieniana jednym tchem obok najpodlejszych charakterów w historii kina. I rzeczywiście, jest to kreacja fantastyczna i zasługująca na spadające nań pochwały od krytyków oraz widzów. Ledger dopracował tę rolę w najmniejszych szczegółach, począwszy od odgarniania włosów, przez oblizywanie warg językiem, czy akcent, po ten specyficzny rys szaleństwa, który pozwala widzowi zapomnieć, że zamiast aktora widzi prawdziwego szaleńca, gotowego na wszystko. Miał też najlepsze dialogi w całym filmie oraz kilka naprawdę niezłych sztuczek w rękawie (scena z ołówkiem). Nie wiem, czy jest w ogóle sens porównywać Ledgera do Nicholsona. Obaj kapitalnie wpisali się w atmosferę obu filmów: Nicholson w groteskowy styl Burtona, a Ledger w mroczną i moralnie dwuznaczną historię z „Mrocznego Rycerza”. I obaj po prostu ukradli te filmy innym aktorom.

Fenomenalnie zagrało również Chicago, gdzie powstała większość zdjęć do filmu. Wietrze Miasto tym razem nie gra siebie, lecz udaje Gotham. Sceny pościgów na La Salle oraz Lower Wacker Drive, są bardzo efektowne i realistyczne ale – patrz „Wanted” – nie efekciarskie. Widać, że reżyserowi nie chodziło tylko o wybuchy, ale o to, żeby te sceny poniekąd korespondowały z poważniejszą wymową filmu. Scena z ciężarówką wymiata (ciekawe, czy naprawdę ją przewrócili), podobnie jak pościgi z użyciem motocykla oraz szpital, który został naprawdę wysadzony w powietrze.

Bóg mi świadkiem, że bardzo, bardzo chciałam, aby ten film się podobał i miałam naprawdę duże oczekiwania, ale z reką na sercu nie mogę powiedzieć, że jestem oszołomiona i zachwycona. Tak, Heath Ledger absolutnie genialny, Chicago wygląda cudnie, Bale przystojny jak zwykle, fabuła interesująca mimo nagromadzenia wątków, stawiająca bohaterów przez moralnie niejednoznacznymi rozwiązaniami, ale w ogólnym rozrachunku „tylko” dobre, a nie „koniecznie”. Może miał na to wpływ za cichy dźwięk w kinie (w kinie, w którym byłam setki razy i zawsze wszystko było okay), który doprowadzał mnie do szewskiej pasji, a może po prostu za duże oczekiwania. Może padłam ofiarą niesamowicie rozbuchanej reklamy, która towarzyszyła premierze. Ponieważ czuję się lekko rozczarowana, wkrótce idę na „Mrocznego Rycerza” jeszcze raz, gdy już nieco opadnie marketingowy szał.

Update: LISTA i mapa miejsc z Chicago, które pojawiają się w filmie.

00:06, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (20) »
piątek, 25 lipca 2008
Wanted

Reżyseria Timur Bekmambetov. W rolach głównych: Angelina Jolie, James McAvoy i Morgan Freeman. W kinach w Polsce i USA.

Odliczając godziny do jutrzejszego wyjścia na Batmana, w międzyczasie recenzja innego chicagowskiego filmu. Film ten znajduje się na Bez popcornu z obowiązku, który nałożyłam sama na siebie zakładając kategorię z filmami z Chicago. Poza tym, że „Wanted” rozgrywa się w Chicago, nic nie przemawiałoby za tym, żeby w ogóle zadać sobie trud pisania o nim. Poszłam, bo chciałam zobaczyć, jak wygląda moje miasto nocą oraz z powodu Angeliny Jolie, która choć wielką aktorką nie jest, wygląda przyjemnie na ekranie.

No i wygląda, Chicago również. Początkowe sceny rozgrywają się dachu pięknego, starego Carbide & Carbon Building, który stoi na Michigan Avenue i wyróżnia się charakterystycznymi złoceniami. Scena pierwszego pościgu rozgrywa się bodajże w okolicach Lake i Wabash i trzeba przyznać, że jest pierwszorzędna, choć jak wiele podobnych momentów w tym filmie nieprawdopodobna. Potem lecą niezłe widoczki miasta w nocy, a z rana głównego bohatera budzi łoskot przejeżdżającej kolejki (wierzcie, jest to straszny huk). A tak na marginesie, ktoś mógłby się kiedyś wreszcie pokusić o jakiś klip ze wszystkim ujęciami chicagowskiej kolejki wykorzystanymi w filmach. Kolejkę widać też później, w trakcie treningu adepta zakrzywiania kul, który porzuciwszy nudną pracę księgowego i wybiwszy parę zębów po drodze (scena z klawiaturą!) staje się asem zabijania.

„Wanted” krótko mogę określić jako efekciarski film z kretyńskim, do tego wtórnym scenariuszem. Pomijam już oczywistą głupotę z tymi kulami. Film, zdaje się, oparto na komiksie, więc tego typu zagrania się na porządku dziennym. Ale te kulki, pościgi, zupełnie odjechana scena z pociągiem nad przepaścią są tak nieprawdopodobne, że zrobiło się tego za dużo. No i zajeżdża ostro podrobionym „Matrixem” – trójka bohaterów, z których jeden nie wie, że jest wybrańcem (McAvoy-Neo), drugim jest kobieta w roli przewodnika żółtodzioba (Jolie-Trinity), a trzecim doświadczony, opanowany szef (Freeman-Morfeusz).

Nie mogę powiedzieć, że te dwie godziny w kinie to była męka i katusze, bo powiedzmy uczciwie, że jakby tak zsumować Angelinę, Chicago i pościgi, parę niezłych żartów i onelinerów (He’s the man, You apologize too much), to dało się to obejrzeć bez większego bólu w tyłku. Ogólnie jednak ten film jest aż za bardzo odmóżdżający, do tego dosyć brutalny, jak na moje standardy. Jak mam oglądać kino akcji, to faworytem tego sezonu pozostaje dla mnie „Iron Man”. A na Angelinę w poważnej roli czekam do listopada, kiedy na ekrany wchodzi „Changeling” Eastwooda.

wtorek, 22 lipca 2008
Batman w pierdlu

Jakby najnowszemu filmowi o Batmanie mało było rozgłosu i zarobionej rekordowej ilości kasy w weekend otwarcia, czytam właśnie, że Christan Bale został ARESZTOWANY w Londynie pod zarzutem napaści na matkę i siostrę. Na dzień przed europejską premierą. What the hell?

PS. Na film wybieram się w piątek (jak mnie nie stratują), recenzja wkrótce potem.

WALL•E

Animacja. Reżyseria Andrew Stanton. Aktualnie na polskich i amerykańskich ekranach.

Ostatnim filmem animowanym, na który wybrałam się do kina był zdaje się „Król lew”. Nie to, że nie lubię animacji dla dzieci – bardzo lubię i z chęcią oglądam, ale raczej w domu. „Potwory i spółka” są moją ulubioną kreskówką, a Mike Wazowski stoi na biurku w pracy. Zachwycił mnie też „Ratatuj”, na którym spłakałam się setnie. „WALL•E” zbierał tak dobre recenzje, że skusiłam się na wyjście do kina i było to magiczne półtorej godziny.

Nie sposób nie polubić małego, samotnego robocika, który każdego dnia cierpliwie zbiera pozostałości po ludziach. Pakuje je do swojego wnętrza i zgniata, żmudnie usuwając to, co rozbuchane konsumpcjonizmem społeczeństwo pozostawiło na ziemi, zanim zdecydowano, że na planecie brak już miejsca i trzeba się ewakuować. Mimo iż WALL•E’ego pozostawiono na pastwę losu, robota fascynuje ludzki świat. Z morza śmieci wybiera co ciekawsze według niego eksponaty, a po pracy ogląda stare musicale. Wiara WALL•E’ego w rodzaj ludzki nie przeminęła, mimo iż oni sami w siebie zwątpili. Mały robot zdaje się być bardziej człowieczy niż karykatury ludzi, bo nie inaczej można określić to, kim stali się ludzie w dalekiej przyszłości.

Być może nie wszystkie dzieci, które obejrzą ten film, zrozumieją przesłania twórców, którzy krytykują społeczeństwo (głównie amerykańskie) i jego roszczeniowy stosunek do świata. Na pewno jednak zrozumieją je ich rodzice, zwłaszcza, gdy dodatkowo obejrzą jedną z najnowszych kampanii społecznych. W krótkiej telewizyjnej reklamówce postaci ze „Shreka” nawołują, aby rodzice oderwali swoje dzieci od Guitar Hero i Wii i zamiast siedzenia przed ekranem spędzili godzinę na powietrzu. Go and play. Być może ta kampania nieprzypadkowo zbiegła się w czasie z premierą filmu, który satyrycznie patrzy na otyłe społeczeństwo, jedzące junk food i zostawiające za sobą stosy śmieci. Spośród wielu animowanych produkcji, które co roku pojawiają się na ekranach, „WALL•E” jest filmem z ideą i przesłaniem, co bardzo pozytywnie wyróżnia go spośród innych filmów dla dzieci.

Historia WALL•E’ego opowiedziano bardzo zabawnie i z dużą dawką humoru. Do tego, jak zwykle w filmach Pixara, strona techniczna jest bez zarzutu, a ścieżka dźwiękowa znakomicie komponuje się z obrazem i tak naprawdę tworzy film, zwłaszcza w pierwszej części, w której prawie nie ma dialogów. Naprawdę trudno się nie uśmiechnąć widząc, jak WALL•E wstaje rano i zachowuje się, jak część nierozbudzonego rodzaju ludzkiego, której do funkcjonowania rano potrzebna jest kofeina. Trudno się nie wzruszyć, obserwując jego ogromną potrzeba bycia z drugą „osobą”. Bawiłam się na nim tym filmie niczym dziecko, z niecierpliwością czekając, co wydarzy się w następnej scenie. Jak w starym przysłowiu,  „WALL•E” bawi, uczy i wychowuje”. A ja się zastanawiam, czy aby na pewno „Potwory i spółka” są nadal moją ulubioną animacją.

piątek, 18 lipca 2008
The Savages

Reżyseria Tamara Jenkins. W rolach głównych: Laura Linney, Philip Seymour Hoffman i Philip Bosco.

Czytałam dziś felieton Mariusza Szczygła, który prosi czytelników, aby nadsyłali mu propozycje rzeczy, z których Polska może być dumna. Jedną z nadesłanych była opieka, jaką dorosłe już dzieci otaczają swoich starszych rodziców, gdy ci nie radzą sobie sami. Nie wiem, jak jest w innych krajach, ale w Stanach to chyba raczej wyjątek, żeby rodzice mieszkali z dziećmi (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Tutaj normą jest, że jeśli rodzice są starzy i niedołężni, umieszcza się ich w tzw. nursing home, po polsku nazywanym domem opieki lub czasem odpychająco domem starców. Przed takim właśnie dylematem stanęło rodzeństwo Savage’ów, gdy mieszkający daleko od nich ojciec zaczął zdradzać objawy demencji. Rzadko kontaktujący się ze sobą Wendy i John lecą do Arizony, aby odebrać ojca z domu, w którym dotychczas mieszkał i przewieść go stanu Nowy Jork, bliżej ich miejsc zamieszkania.

W wielu streszczeniach ten film nazywany jest komedią. Jeśli ktoś widział ten film nastawiając się na dwie godziny ha-ha-ha rozrywki, popełnił wielki historyczny błąd. Humorystyczne scenki pojawiają się w filmie, dialogi skrzą, ale wymowa jest daleka od komediowej formy. Ktoś powiedział kiedyś, że miarą wartości społeczeństwa jest jego stosunek do dzieci, osób starszych, chorych, niepełnosprawnych i biednych. Mam wrażenie, że w  Ameryce ludzie starsi spychani są na margines. Ogrom kraju sprawia, że rodziny porozrzucane są od jednego wybrzeża do wybrzeża, a gdy matka/ojciec ma zawał, wylew, czy chorobę Alzheimera, nikt nie chce wziąć odpowiedzialności i uciążliwych obowiązków opieki nad chorym. Dlatego takie osoby umieszcza się w domach opieki i tak właśnie robią Wendy i John. O ile John nie widzi w tym nic złego, Wendy wyraźnie nie radzi sobie z taką decyzją oraz szpitalnym wyglądem ośrodka dla ojca. Próbuje upiększyć jego pokój, przyprowadza nawet kota, ale jak w złości wyjaśnia jej John robi to po to, aby zagłuszyć własne wyrzuty sumienia i zapach śmierci. Niespodziewana sytuacja, w której znaleźli się John i Wendy okaże się punktem zwrotnym do wejrzenia wgłąb samych siebie. Ona, niespełniona pisarka, romansująca z żonatym sąsiadem, on, humanista i akademik z narzeczoną, w stosunku, do której nie się zdeklarować muszą przewartościować swoje dotychczasowe życie. Opieka nad chorym ojcem staje się dla nich lekcją dorosłości, której wcześniej nie dostali.

Film jest koncertem aktorskich kreacji. Laura Linney, nominowana do Oskara za rolę Wendy, zagrała emocjonalnie rozchwianą siostrę, próbującą udowodnić sobie i bratu, że jej prywatne i zawodowe życie składa się z sukcesów i że nie ma takiej rzeczy, której nie byłaby w stanie kontrolować. W roli brata, racjonalnie próbującego wytłumaczyć świat, wystąpił znakomity, jak zwykle Philip Seymour Hoffman. Kameralny film ze znakomitymi dialogami.

23:47, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy