O filmach zza oceanu
piątek, 27 lipca 2007
Pączki w garść!

Homer Simpson nadchodzi! Dziś amerykańska premiera pierwszego pełnometrażowego filmu o rodzinie Simpsonów ze Springfield. W rozstrzygniętym niedawno konkurs na to, które z wielu amerykańskich miast o tej nazwie zasługuje na zaszczytny tytuł Springfield z kreskówki, wygrało miasto ze stanu Vermont. Illinois, którego stolicą jest Springfield poległo z kretesem, pozostawiając nas w nieutulonym żalu, które tylko piwo Duff mogło ukoić.

Lubię ten serial, choć chyba jeszcze za krótko mieszkam w Stanach, aby wyłapać wszystkie smaczki i niuanse kulturowe, które twórcy przemycają za fasadą żółtych twarzy bohaterów. Simpsonowie są kultową kreskówką dzisiejszych trzydziestolatków, a każdy znany mi Amerykanin rodzaju męskiego jest fanem tego najdłuższego w historii amerykańskiej telewizji serialu. Panie zdają się mieć nieco więcej rezerwy, no ale w sumie to się im nie dziwię, gdyż serial zawsze był obrazoburczy w stosunku do kobiet, choć oczywiście nie na taką skalę jak w stosunku do samej Ameryki, której jest przepyszną karykaturą. Simpsologia stosowana nie jest moją specjalnością, więc zostawiam tę dziedzinę fachowcom.

A poniżej autorka bloga po tym, jak została zsimpsonowana na czas premiery korzystając z uprzejmości strony http://simpsonizeme.com


Co by Homer powiedział na mój widok?

D'oh!  

czwartek, 26 lipca 2007
Zaczytana

Chyba zapowiada się przerwa w blogowaniu, bo zaczytałam się w ostatnim tomie Harrego Pottera i nie filmy mi w głowie (niech Was ręka boska broni pisać cokolwiek o zakończeniu). Najnowszego filmowego Harrego widziałam, podobał mi się jak zwykle, choć nie był tak dobry jak „Czara ognia", ale i nie ma się co dziwić, bo „Zakon feniksa" to najsłabsza ze wszystkich części serii o Potterze. Daniel, Emma i Rupert coraz lepsi aktorsko (najlepsza Hermiona), choć kudy im do mojego ulubionego profesora Snape’a. Aż miło, że w następnych dwóch filmach będzie więcej Alana Rickmana.

To ja zakładam pelerynę niewidkę i zmykam (zainteresowanych Harrym odsyłam do relacji z premiery ostatniego tomu w jednej z amerykańskich bibliotek). 

piątek, 20 lipca 2007
Sicko

Sicko (w Polsce od listopada). Reżyseria Michael Moore. Dokument.



Sicko Michaela Moore’a jest jednym z tych filmów, po których wychodzi się z kina i dyskutuje z przyjaciółką nie tylko w drodze do samochodu, ale także następnego dnia przy śniadaniu z mężem (zbieżność postaci i zdarzeń przypadkowa), a obrazy i historie na długo zapadają w pamięć. Wychodzi się także w poczuciu, że świat, w którym żyjemy okazuje się być dżunglą, w której przeżywają (dosłownie i w przenośni) nasilniejsi. Tłumacząc z filmowego – ci z mieszkańców Ameryki, którym dana była łaska posiadania ubezpieczenia zdrowotnego.

Według Moore’a 50 milionów Amerykanów takowego nie posiada. Dane, na które ostatnio natknęłam się w magazynie Time mówią o 43 milionach. Nawet jeśli Moore nagiął te brakujące 7 milionów, to liczba jest porażająca. Ubezpieczenie zdrowotne w Stanach nie jest powszechne, jak w Polsce czy innych krajach Europy, ale finansowane przez prywatne firmy oraz pracodawców, którzy wedle uznania albo ubezpieczają pracownika albo nie. Ubezpieczenie się bez pośrednictwa pracodawcy jest z reguły bardzo kosztowne, stąd kilkadziesiąt milionów nieubezpieczonych. Jednak Sicko nie opowiada tylko o tych, którzy nie posiadają ubezpieczenia, choć trzeba przyznać Moorowi, że znalazł bardzo dobre przykłady, jak jego brak może zruinować nie tylko zdrowie, ale i domowe finanse. Najbardziej barwnym jest niewątpliwie historia nieubezpieczonego stolarza, który uciął sobie końcówki dwóch palców, po czym w szpitalu zaproponowano mu przyszycie środkowego za 60,000 dolarów, a mniej ważnego czwartego tylko za 12,000.

Sicko to film o ubezpieczonych, żyjących w głębokiej niewiedzy, że firmy ubezpieczeniowe zrobią wszystko, aby odmówić finansowania kosztów drogiej operacji, czy zabiegu. Odmówią sfinansowania przeszczepu szpiku kostnego tłumacząc to eksperymentalnym (w domyśle nie rokującym wielkich nadziei) charakterem zabiegu i wynajmą zdrowotnego hitmana, który przebebeszy naszą kartę choroby w poszukiwaniu zatajonego uszczerbu na zdrowiu, który może okazać się podstawą do niesfinansowania kosztów leczenia. Lekarze pracujący dla firm ubezpieczeniowych dostają bonusy za oddalenie roszczeń o pokrycie kosztów. Tymczasem obok ubezpieczeni i nieubezpieczeni padają ofiarami biurokracji i związku firm ubezpieczeniowych, farmaceutycznych, kongresmenów i senatorów, lobbystów, których jest cztery razy więcej niż członków parlamentu oraz co poniektórych amerykańskich prezydentów.

Moore zabiera widzów do czterech krajów, w których ubezpieczenie zdrowotne jest powszechne: Kanady, Francji, Wielkiej Brytanii i na Kubę. Nie miejmy wątpliwości, że w tych krajach wszystko wygląda słodko w dziedzinie opieki medycznej. Moore nie powiedział, że za powszechnym ubezpieczeniem ciągną się wielomiesięczne kolejki w oczekiwaniu na operację, czy nie zawsze najlepsza jakość usług medycznych. Reżyser skupił się na znalezieniu rażących różnic między Ameryką a tą czwórką, aby jeszcze bardziej podkreślić absurdalność amerykańskiego systemu. Dlaczego oni mogą, a my nie, pyta Moore. Odpowiedź jest złożona i niejednoznaczna. Najpierw były obawy o socjalizację medycyny, a wiadomo, że słowo „socjalizm” nie ma racji bytu w Ameryce. Potem, gdy administracja Nixona wprowdziła obecny system, firmy ubezpieczeniowe urosły w potęgę, aby dzięki swoim lobbystom torpedować zakusy choćby Hillary Clinton, aby wprowadzić powszechne ubezpieczenie. Teraz przeforsowanie takich zmian równałoby się z cudem.

Myśląc o samym filmie, przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo: brilliant. Sicko jest majstersztykiem dokumentu, z bardzo spójną koncepcją, przemyślaną i znakomicie wyreżyserowaną, z komediowymi wstawkami wzbudzającymi śmiech, który za moment zamiera na ustach na widok matki, która straciła dziecko, gdyż szpitale kłóciły się, który z nich ma przyjąć dziewczynkę z wysoką gorączką. Powiedziałabym, że mimo niektórych łopatologicznych sposobów pokazania kryzysu amerykańskiej służby zdrowia, jest to film obowiazkowy dla każdego kto mieszka w tym kraju.


środa, 18 lipca 2007
Celebrity

Celebrity. Reżyseria Woody Allen. W rolach głównych: Kenneth Branagh, Judy Davis, Joe Mantegna, Melanie Griffith, Leonardo Di Caprio.



Czyli Woodego Allena wołanie o pomoc w świecie, w którym gwiazdy ekranu mają status bogów, a sława jest najbardziej pożądanym towarem. Dziś rzeczywistość kreują brukowce zatrudniające paparazzi, którzy podążają za gwiazdami w najdalsze zakątki globu, aby uwiecznić cellulitis Sharon Stone, obwisły brzuch Roberta De Niro czy przyłapać Julię Roberts kupującą papier toaletowy w Walmarcie. Aura tajemniczości wokół aktorów zniknęła szybciej niż kamfora. W dobie internetu, błyskawicznego przesyłania informacji i technologicznych nowinek wyrastających jak grzyby po deszczu to, co ONI robią, my wiemy następnego dnia. I mimo iż ciężar sławy dokucza gwiazdom coraz bardziej, to każdy kto choć się o nią otarł, marzy o jej piętnastu minutach, cytując za Warholem.

Tym razem Allen nie obsadził siebie w głównej roli, ale, trochę niespodziewanie, Kennetha Branagha, znanego głównie z ekranizacji powieści Szekspira. Branagh w roli sfrustrowanego pisarza Lee Simona, którzy po fiasku dwóch niedokończonych nowel, pisze trzecią, stworzył przewrotny portret samego Allena. Branagh mówi jak Allen, gestykuluje jak on i kreuje na ekranie neurotyczną aurę człowieka zagubionego w rzeczywistości zawodowej oraz emocjonalnej. Rozstaje się z żoną, która poznaje producenta filmowego i rozpoczyna karierę telewizyjną jako gospodyni durnych programów z udziałem celebrities, sama stając się jednym z nich. W przezabawnej scenie w domu jej nowego męża, jego rodzina prosi go, aby załatwił im to i tamto, niczym wysoko postawiony polityk lub biznesman. Telewizja karmi widzów wszelkimi podłej maści reality i talk-shows, gdzie nawet dziwka może przyjść i poopowiadać o swojej profesji. To, co pokazuje telewizja wydaje się lepsze i piękniejsze niż świat za progiem własnego domu. Ludzie chcą wyglądać jak gwiazdy, stąd kolejki i zapisy do chirurga plastycznego. Dlatego Lee wiąże się z wieloma kobietami, obracającymi się w świetle jupiterów oraz kręgach nowojorskiej elity, aby choć przez chwilę świecić ich odbitym blaskiem. Dlatego jego żona, mimo odnalazła się emocjonalnie u boku nowego męża, zawodowo pogrąża się w miałkich wywiadach z mniej lub bardziej znanymi "sławami".

Nic dobrego nie wynika ze sławy, mówi Allen. Goniąc za nią gubimy własne „ja” i standardy moralne. Wyprzedajmy samych siebie, aby zaistnieć w tym drugim, lepszym jak sie nam wydaje świecie. Iluż z nas nie miał myśli o tym, żeby być rozpoznawanym na ulicy, w ulubionej restauracji dostać stolik bez kolejki, na lotnisku biznes klasę zamiast turystycznej, a w salonie samochodowym duży rabat? Woody, choć powtarza banalną prawdę, że ludzie sławni to ludzie zdemoralizowani, pokazuje, że w ich środowisku wszystko jest na sprzedaż.

18:26, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 lipca 2007
Ucieczka z kina Marność

Czy zdarzyło Wam się być na tak słabym filmie, że wyszliście z kina? Mi jakoś udało się wytrwać na każdym z filmów, które kiedykolwiek widziałam, nawet jeśli były naprawdę kiepskie. Z ostatnio obejrzanych, byłam blisko wyjścia z „Good Shepherd”. Pamiętam, że torturą była dla mnie „Dolina Issy” Konwickiego, ale wytrwałam.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy