O filmach zza oceanu
piątek, 20 czerwca 2008
The Visitor

Reżyseria Thomas McCarthy. W rolach głównych: Richard Jenkins, Haaz Sleiman i inni. W Polsce: ?

Problem nielegalnej imigracji stał się w ostatnich latach tematem poruszanych na wszystkich szczeblach: od władz lokalnych, które w zależności od stanu są albo za albo przeciw, poprzez legislatury stanowe i federalne, polityków republikańskich, demokratycznych oraz przedsiębiorców. Imigracja jest jednak niczym gorący kartofel, którzy zainteresowani przerzucają jeden do drugiego, aby tylko się nie poparzyć i pozbyć uciążliwego balastu. O nielegalnych się pisze, mówi, czyta i debatuje. Co rusz media donoszą o rozdzierających historiach deportowanych matek, których urodzone w Stanach dzieci zostają na amerykańskiej ziemi, nalotach na fabryki zatrudniające nielegalnych oraz planach postawienia płotu wzdłuż granicy z Meksykiem. Konkretnych rozwiązań na razie nie ma i dziwić się temu trudno, gdy mówimy o rzeszy 12 milionów ludzi, którzy tutaj żyją i pracują.

„The Visitor” jest kolejnym po meksykańskim „Under the Same Moon” (do którego recenzji jakoś nie mogłam się zebrać) filmem na amerykańskich ekranach poruszającym ten problem. O ile „Under the Same Moon” opowiadał nieco naiwną, choć niewątpliwie chwytającą za serce historię podróży meksykańskiego chłopca do Los Angeles w poszukiwaniu pracującej tam matki, to „The Visitor” zabiera widza w bardziej dramatyczną podróż, której jedną z osi stanowi historia syryjskiego uchodźcy.

Film jest kolejnym obrazem Thomasa McCarthy’ego, znanego ze znakomitego „Dróżnika” („Station Agent”), którego bohaterami są również outsiderzy, niemal wyrzuceni poza nawias społeczny. W zaskakujących okolicznościach syryjski imigrant Tarek i jego pochodząca z Senegalu dziewczyna zostają skonfrontowani z Walterem, nauczycielem akademickim, gdy okazuje się, że mieszkanie, które wynajmują należy do nic o tym niewiedzącego profesora. Od tego zdarzenia rozpoczyna się ich znajomość, która dla owdowiałego profesora, pogrążonego w marazmie, depresji i rutynie stanie się duchowym, moralnym i artystycznym przebudzeniem, a dla pary imigrantów będzie miała równie przełomowe skutki.

W dramatycznych końcowych scenach filmu, profesor – człowiek żyjący we własnym hermetycznym, akademickim świecie i nie mający bladego pojęcia o nielegalnej imigracji i machinie urzędniczej – jest wręcz porażony znieczulicą, obojętnością i mechanicznym traktowaniem ludzi przez urząd imigracyjny. W drodze do utrzymania ładu i porządku w państwie, zatracono gdzieś czynnik ludzki, a imigranci i uchodźcy stali się tylko cyferkami w biurokratycznych statystykach. Czy zwykły człowiek może się temu przeciwstawić? Przeważnie nie. Przeciętny Joe Doe pozostaje bezsilny wobec systemu. Walter, mimo iż nie ma możliwości zmienić biegu wydarzeń, odkrywa w sobie pokłady empatii, współczucia, troski oraz niespodziewany talent artystyczny, który okaże się być wart więcej niż słowa.

Film mimo iż porusza trudne i niejednoznacznie tematy społeczno-polityczne, w gruncie rzeczy niesie optymistyczne przesłanie. Zostawia widza z prostą myślą, że choć zmienić świata się nie da tak łatwo, to zawsze można zacząć od siebie.

18:25, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 czerwca 2008
Seks w wielkim mieście

Reżyseria Michael Patrick King. W rolach głównych: Sarah Jessica Parker, Kim Cattrall, Kristin Davis, Cynthia Nixon i inni. W Polsce od 20 czerwca.

Przezabawny, romantyczny i bardzo udany – tak najkrócej mogłabym podsumować hit ostatniego tygodnia w amerykańskich kinach, czyli kinową wersję serialu „Seks w wielkim mieście”. Kultowy wśród kobiet serial doczekał się ekranizacji i po pierwszym weekendzie wyświetlania zmiótł konkurencję i prawie całkowicie zwrócił koszty produkcji. Wątpliwości, że uwielbiany przez panie i znienawidzony, bądź przynajmniej traktowany z pobłażaniem przez mężczyzn chick flick może być kurą znoszącą złote jaja, zostały rozwiane udanym weekendowym otwarciem i niebotycznymi kolejkami do kas.

Film oczywiście najbardziej docenią fanki serialu, dla których spotkanie z Carrie, Charlotte, Mirandą i Samanthą w męskim towarzystwie Biga, Steve’a, Smitha, Stanforda i Harry’ego jest niczym niewidziany od lat ponaddwugodzinny odcinek serialu. Film akcentuje już na początku przerwę, jaka minęła od zakończenia nadawania serialu w telewizji, a panie z przedziału wiekowego 30/40 wkroczyły w etap ryczących czterdziestek, z nieco większą ilością zmarszczek i obwodem bioder, ale z tą samą werwą i humorem. Scenarzysta i reżyser Michael Patrick King zachował klimat serialu, z niewybrednymi żartami Samanthy, uwielbieniem Carrie dla garderoby, lekkich obsesjach Charlotte i chłodnej głowie Mirandy. Patricia Field, odpowiedzialna za kostiumy, stworzyła na ekranie kolekcję zapierających dech w piersiach, zupełnie nienadających się w większości do noszenia strojów, które bohaterki zmieniają z szybkością przewijającej się taśmy filmowej. Naprawdę jest na co popatrzeć. Żółty pozostaje kolorem sezonu, torebka od Louisa Vittona nieśmiertelnym przedmiotem pożądania, a Manolo Blahnik zostanie chyba do końca swoich dni najbardziej znanym na świecie designerem butów.

Mimo czterech lat, jakie upłynęły od zakończenia serialu, cztery z lekka narcystyczne, rozkapryszone i wyzwolone panie z Mahattanu nadal są magnesem przyciągającym widownię, która w większości składa się z kobiet od nich zupełnie innych. I pewnie dlatego serial jest tak popularny. Dla jednych stanowi po prostu rozrywkę, dla innych bohaterki są wzorem do naśladowania, dla niektórych ściągą z obowiązujących trendów mody. Wersja kinowa łączy wszystkie elementy serialu w jedną zabawną i momentami wzruszającą historię, w której nie brakuje słynnych koktaili, zwariowanych ubiorów, romansów, kryzysów oraz przede wszystkim miłości.

Jedyną rzeczą, która mnie rozczarowała było zakończenie wątku Samanthy i jej chłopaka. Niby oznacza on pełnię szczęścia bohaterki oraz pozostaje w zgodzie z nimfomańską naturą Samanthy, ale całość została potraktowana po łebkach (zwłaszcza Smith). Poza tym przymykam oko na oczywiste oczywistości (wiadomo było od początku, jak potoczy się historia z Bigiem, czy kryzys małżeński Mirandy), bo film jest zrobiony z pomysłem i jajem, do którego przyzwyczaił nas serial.

Czy film podobałby się komuś, kto nigdy nie widział serialu? Przez moment nurtowało mnie pytanie, ale chyba jest ono nie na miejscu. Film przede wszystkim ma się podobać fanom serialu i dla nich został zrobiony. Jak było widać i słychać z reakcji pań na widowni, SJP i spółka wywiązali się z tego zadania znakomicie. Dawno tak świetnie nie bawiłam się w kinie. No to cóż, let’s talk about sex.

poniedziałek, 02 czerwca 2008
Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

Reżyseria Steven Spielberg. W rolach głównych: Harrison Ford, Cate Blanchett, Shia LaBeouf i inni.

O planach powstania czwartej części przygód filmowego archeologa-awanturnika słychać było bez mała chyba od dziesięciu lat. Kolejna odsłona serii stała się w pewnym momencie dla świata filmu tym, czy wciąż pozostający w produkcji nowy album Guns N’Roses, który chyba nigdy nie ujrzy światła dziennego. Wątpliwe było, aby którykolwiek z tych projektów wyszedł poza fazę planowania. Okazało się jednak, że czwarty Indiana powstanie i świat w napięciu zaczął odliczać do 22 maja 2008, gdy kolejny film z serii trafił do kin.

Byłoby lepiej dla twórców i aktorów „Indiany Jonesa i królestwa kryształowej czaszki”, gdyby film podzielił los (nie)sławnej „Chinese Democracy” i pozostał ideą. Niestety, Spielberg i Lucas postanowili natłuc więcej kasy i wykorzystać mit, jakim kinomani darzą postać doktora Jonesa. Powstał więc film o niespójnym i nieśmiesznym scenariuszu, do którego wpleciono absurdalne postaci, godne filmów z kategorii „b/o”, a nie przygód awanturniczego archeologa, który drzewiej jednym strzałem z rewolweru kładł wywijającego maczetą Araba (o ile pamiętam, był to pomysł Forda, aby tak rozegrać tą scenę). W czwartej części, rolę rozśmieszaczy pełnią komputerowo wygenerowane świstaki, których obecność przypominała mi absolutnie zbędną postać Jar-Jar Bingsa z „Mrocznego widma”. Tego typu kwiatków jest więcej. Lucas odcisnął swoje geriatryczne piętno i na tej produkcji, wprowadzając pseudorodzinne elementy do całej historii (świstaki, rozkoszne małpki no i motyw syna Indiany Jonesa). Kulinacja następuje w finale, pasującym raczej do komedii romatycznych z Meg Ryan, czy kimkolwiek kto teraz jest na topie w produkcjach dla małolatów marzących o wielkiej miłości.

Wiadomo, że każda odsłona przygód Jonesa zawiera sporą dawkę sytuacji absurdalnych, które w prawdziwym życiu wydarzyć się nie mogły. W najnowszej części ich spiętrzenie sięga zenitu. Jak nie wybuchy atomowe, to szaleńcze rajdy po dżungli i strzelanie do siebie z maszynówek z odległości dwóch metrów (nikt, nikt nie trafia oczywiście w przeciwnika) po upadki z wodospadów, przy których Niagara może się schować. Scenariusz jest po prostu beznadziejny. Historia kryształowej czaszki i jej wspaniałych mocy nie ma za grosz tajemniczości i aury, która otaczała Arkę Przymierza, czy św. Graala. Wiele wątków niczemu nie służy i prowadzi donikąd, bez żadnej logicznej ciągłości. Cała historia, wpleciona w czasowe ramy macarturyzmu, lekką obsesję Ameryki na punkcie przybyszy z innych cywilizacji i mit Rosewell nadaje się do „Z Archiwum X” i jest tak any-jonesowa i nieprzystający do pozostałych części, że fanom serii nie pozostaje nic innego, jak rwanie włosów z głowy i wielkie, wielkie rozczarowanie.

Aktorsko też jest źle. Harrison Ford nie ma już energii i błysku w oku. Gra jakby kij połknął. Cate Blanchett w roli rosyjskiej pani naukowiec nie porywa również. Shia LaBeouf jest przynajmniej zabawny. Karen Allen, czyli Marion Ravenwood z „Poszukiwaczy zaginionej arki” nie wnosi nic do akcji, a jest tylko przyczynkiem to beznadziejnego finału. Normalnie siąść i płakać. Jak oni w ogóle chcieli zagrać w czymś takim po przeczytaniu scenariusza?!

Miałam nadzieję, że czwarty Indiana będzie jak czwarty McLane – stary, ale jary. Niestety, wyszło kolejne „Mroczne widmo”. Legenda legła w gruzach. Winię Lucasa, bo on ostatnio do czego się nie dotknie, to partoli niemiłosiernie. Fani Indiany być może litościwie przymkną oczy na ten niewypał i zapamiętają, że filmów o Indianie Jonesie było trzy, a nie cztery.

18:58, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (8) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy