O filmach zza oceanu
piątek, 29 czerwca 2007
Live Free or Die Hard

Live Free or Die Hard. Reżyseria Len Wiseman. W roli głównej Bruce Willis.



Byłam na randce z porucznikiem detektywem Johnem McClanem. Nie widzieliśmy się dwanaście lat, Johnowi ubyło trochę włosów, przybyło zmarszczek. Zdążył się w międzyczasie rozwieść z Holly i wychować córkę Lucy, która podobnie, jak jej mama nie lubi używać nazwiska McClane. Ale sam detektyw McClane jest niczym wino – im starszy, tym lepszy.

McClane XXI wieku żyje nadal w analogowym świecie, podczas gdy rzeczywistość dawno już zdążyła przeskoczyć na cyfrowy odbiór. Na polecenie FBI ma dostarczyć hakera Matta Farrella (Justin Long) do siedziby federalnych. Farrell może okazać się pomocny w wyjaśnieniu hakerskiego włamania do systemu Federalnego Biura Śledczego. Ktoś jednak chce zabić Farrella, co porucznik udaremnia i uruchamia w ten sposób całą machinę zdarzeń. W przeddzień amerykańskiego święta niepodległości stolica kraju zostaje zaatakowana przez grupę e-terrorystów, którzy kreują w mieście stan istnej pandemonii. Załamuje się transport, finanse i zasilanie. Nie działają telefony komórkowe, telewizja, rozpoczyna się ewakuacja budynków rządowych. Stoi za tym Thomas Gabriel (Timothy Olyphant), programista, który po udanej próbie udowodnienia swoim przełożonym, jak słaby jest system zabezpieczający najważniejsze instytucje i funkcje kraju, zostaje skazany na zawodową banicję. Wraz z grupą hakerów oraz azjatycką pięknością (w tej roli Maggie Q) próbuje się odegrać, ale jeszcze nie wie, że na swojej drodze spotka McClane’a oraz Farrella, który zostaje przewodnikiem porucznika w świecie pełnym wirusów, komputerów, serwerów, downloadów i szyfrowanych dostępów. Podział ról jest wyraźny – McClane załatwia Gabriela, Farrell załatwia to, co Gabriel zdążył spaprać. Ten układ funkcjonuje znacznie lepiej niż w trzeciej „Szklanej pułapce”, gdzie Willis miał u boku Samuela L. Jacksona. Farrell, profesjonalista w swoim fachu, jest o niebo lepszym uzupełnieniem dla Johna niż przypadkowy Zeus, któremu McClane zawdzięczał wydostanie się z niezręcznej sytuacji na początku trzeciej „Szklanej pułapki”.

Czy czwarta część przygód filmowego gliny z NYPD może być udana i czy w ogóle warto było wracać do postaci? Odpowiedź brzmi „yes, yes, yes!”. Nowa „Szklana pułapka” nie tylko bije na łeb na szyję trzecią, ale jakością dorównuje pierwszym filmom z serii. Efekty specjalne w najnowszej osłonie są po prostu pierwszorzędne. Wydaje się, że w dziedzinie FX nie ma granic i rzeczy niemożliwych dla speców z Hollywood, a „Live Free or Die Hard” jest tego najlepszym dowodem. Ręce składają się do oklasków, gdy ogląda się rewelacyjną, klaustrofobiczną scenę w tunelu, czy finał na autostradzie.

Ale kino akcji spod znaku „Szklanej pułapki” to nie tylko wybuchy, pościgi i nieprawdopodobne sytuacje, z których McClane wychodzi cało. Lubimy McClane’a, bo mimo iż ma wszelkie atrybuty superbohatera, nadal pozostaje zwykłym gliną, który znajduje się po raz kolejny w niewłaściwym dla siebie miejscu i czasie. W najnowszym filmie McClane wydaje się już nie pytać „dlaczego ja?”. Wie, że tu i teraz nie ma nikogo innego, kto może wykonać robotę. Zostaje wplątany w aferę e-terrorystyczną wbrew swoim chęciom i na przekór losowi, ale widać, że postać przeszła ewolucję od bosonogiego narwańca z budynku Nakatomi do doświadczonego wygi, który z niejednego pieca jadł chleb. Również wybór pomysłu na kolejną odsłonę przygód McClane’a jest trafiony w dziesiątkę. Z coraz większą ilością elektronicznych gadżetów otaczających nas na co dzień i powszechną komputeryzacją, co by się stało, gdyby cały system przestał nagle działać?

Po zakończeniu seansu publiczność nagrodziła film brawami. No bo jak tu nie lubić McClane’a? Porucznik jest moim ulubionym filmowym gliną i nawet wielka słabość do inspektora Harrego Callahana nie może tego zmienić. Sam Bruce Willis musi także lubić postać nowojorskiego gliny, skoro wciąż gra go ze świeżością, ale i nutą doświadczenia, jak po dwudziestu latach od debiutu przystało. Po wybuchowej, dwugodzinnej, wypełnionej adrenaliną randce z porucznikiem detektywem Johnem McClanem, nie miałabym nic przeciwko kolejnej. Bruce podobno już wyraził zainteresowanie.

środa, 27 czerwca 2007
Infernal Affairs

Infernal Affairs (Piekielna gra). Reżyseria: Wai Keiung Lau i Siu Fai Mak. W rolach głównych: Andy Lau i Tony Leung.

Pierwsza azjatycka recenzja na Bez popcornu i od razu hicior z Hong Kongu „Infernal Affairs”. Film nie nowy, ale o którym było głośno w ubiegłym roku przy okazji premiery „The Departed”. Azjatycki film jest bowiem pierwowzorem historii, którą Scorsese przeniósł do Bostonu, uprzednio wypisawszy grube czeki dla Nicholsona, DiKarpio i Damona.

A produkcja z Hong Kongu niczym nie ustępuje amerykańskiemu remakowi, a w opinii niektórych go przewyższa. Mamy więc intrygę z dwoma „kretami”, czyli szpiegami działającymi w gangu niejakiego Sama oraz w policji. Obaj toczą ze sobą korespondencyjny pojedynek „kto zdoła przechytrzyć kogo”, a my czekamy aż w końcu się spotkają. Bo wiadomo, że się spotkają, pozostaje tylko pytanie, któremu z nich uda się wyjść z życiem z tego spotkania. Obaj też wiedzą o sobie nawzajem. Nie znają nazwisk ani twarzy, ale zdają sobie sprawę, że w szeregach policji znajduje się wtyczka szefa Triady, a w jego gangu działa policjant.

Co mi zepsuło radość oglądania, to fakt, że wiedziałam, co się wydarzy. Scorsese nie zmienił dużo w swojej wersji, więc oglądając produkcję z Hong Kongu, niewiele w fabule mnie zaskoczyło. „The Departed” jest bardzo wierną kopią i to trochę rozczarowuje, zwłaszcza w kontekście tych wszystkich Oskarów i zachwytów nad filmem, który – bardzo dobry – ale nie aż tak wybitny. Trochę szkoda, że widziałam „The Departed” przed „Infernal Affairs”, gdyż teraz to film Martina jest dla mnie tym, do którego porównuję oryginał. Są to oczywiście dwa różne filmy. Scorsese postawił na dosłowną przemoc (kiedy nie postawił?) i akcję, która wbija w kinowy fotel tempem i zaskakującymi zwrotami. Team reżyserski z Hong Kongu wybrał wariant psychologicznej rozrywki między głównymi bohaterami i ich zagubienia w odgrywanych rolach. Ten wątek jest zresztą silnie zarysowany w obu filmach.

Jeśli ktoś nie widział „The Departed”, proponuję zacząć od „Infernal Affairs”, policyjnego dramatu i odwiecznej walki „dobrego” ze „złym”. Dobre kino gwarantowane. A i w chińskim można się podciągnąć.

00:17, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Nietykalni

Nietykalni. Reżyseria Brian De Palma. W rolach głównych: Kevin Costner, Sean Connery i Robert De Niro.

You wanna know how to get Capone? They pull a knife, you pull a gun. He sends one of yours to the hospital, you send one of his to the morgue. That's the Chicago way!

Takimi metodami w filmie działała słynna grupa Nietykalnych Eliota Nessa. Nietykalni powstali w celu rozbicia gangu legendarnego Ala Capone w Chicago w latach prohibicji. Działali z ramienia Biura Prohibicji, a nie jak w filmie Izby Skarbowej i zasłynęli jako nieprzekupni, twardzi agenci, którzy w rezultacie doprowadzili do skazania Capone’a za niezapłacone podatki. Było ich też nie czterech, jak w filmie, a jedenastu i żaden z nich nie został zabity. Ness i Capone nigdy również nie spotkali się w sądzie. Scena, w której Capone tłucze kijem bejsbolowym jednego ze swoich podwładnych zdarzyła się naprawdę, z tym że gangster zatłukł nie jedną osobę, a trzy.

Zaryzykuję stwierdzenie, że De Niro w roli Ala Capone’a był lepszy niż jako Vito Corleone w drugiej części „Ojca chrzestnego”. Może przyczyniła się do tego jedwabna bielizna zrobiona na podobieństwo tej, którą nosił Capone i której zażyczył sobie De Niro. Przedmioty do golenia użyte w otwierającej scenie, należały do samego Capone, więc może nic dziwnego, że De Niro stworzył prawdziwą aktorską perełkę w roli gangstera, który trząsł całym Chicago.

„Nietykalni” są jednym z najlepszych filmów Briana De Palmy, który po tym filmie nie miał zbyt wielu znaczących sukcesów artystycznych. Kinomani zapewne pamiętają słynną scenę w chicagowskiej Union Station, zainspirowaną „Pancernikiem Potiomkinem”, gdy w trakcie krzyżowego ognia wystrzałów między Nietykalnymi a ludźmi Capone’a, ze schodów spada wózek z dzieckiem w środku.

Ale nie tylko za kunsztownie sfilmowaną scenę na stacji lubię ten film. Oto w początkach filmu Malone (Connery) przyłącza się do Nessa (Costner) i idą robić nalot na nielegalną rozlewnię alkoholu. Scena zaczyna się od ujęcia Chicago Board of Trade oraz ulicy La Salle, którą panowie przekraczają i wchodzą do budynku na rogu La Salle i Monroe. Na ten widok, moje serce roztopiło się jak masło, nogi zmiękły jak wata, a w głowie zaszumiało niczym po tanim winie, gdyż Malone i Ness weszli do budynku, gdzie pracuję. To tak naprawdę jedyna chicagowska scena tego filmu. Chicago Board of Trade miga jeszcze parę razy, ale poza tym w filmie nie ma zbyt wielu ujęć miasta. Pozostają opary whiskey i wciąż żywa w mieście legenda Ala Capone, o której przypomina m.in. działający do dziś „Green Mill”, jeden z tzw. „speakeasy”, czyli nielegalnych barów gangstera, gdzie dziś alkohol można już kupić całkiem legalnie.

piątek, 22 czerwca 2007
100 najlepszych amerykańskich filmów

Telewizja CBS pokazała zestawienie stu najlepszych amerykańskich filmów zrobione przez American Film Institute, który specjalizuje się we wszelakiego rodzaju raportach „naj”. Zasiadłam więc i obejrzałam. Oto pierwsza dziesiątka.

10. Czarnoksiężnik z krainy Oz. Film, na którym wyrastają całe pokolenia amerykańskich dzieci. Trochę za słodko jak na mój gust. Do tego Judy Garland musiała nosić gorsety ukrywające jej biust. Zgroza.

9. Vertigo, czyli produkcja grubego Alfreda. Nie widziałam, ale pewnie dobre.

8. Lista Schindlera. Eeeee, musieli wsadzić Spielberga do pierwszej dziesiątki, więc wybrali jego najambitniejszy film. Czy najlepszy – wątpię.

7. Lawrence z Arabii. Nie widziałam, więc się nie wypowiadam.

6. Przeminęło z wiatrem. Jak najbardziej – film kasowy, nagradzany, uznany, wspaniale sfilmowany i zagrany. Być może najlepszy melodramat w historii.

5. Deszczowa piosenka. Mój ulubiony musical i według mnie najlepszy. Popis aktorsko-wokalno-taneczny Gene’a Kelly’ego.

4. Wściekły byk.  Aż szkoda, że nie w pierwszej trójce.

3. Casablanca. Największa porażka zestawienia. Ckliwy melodramacik.

2. Ojciec chrzestny. Klasa sama w sobie. Dzieło przez duże „D”.

1. Obywatel Kane. Hm, hm, hm. Film od lat wygrywa tego typu zestawienia. Widziałam, doceniam i szanuję, ale jedynki bym mu nie dała. Rozumiem jednak, że dla Amerykańow film zrobiony przez dwudziestoparoletniego chłopaka mierzącego się z American dream jest kwintesencją marzeń o sukcesie, władzy i bogactwie. Niech im będzie.

Serce mi ściska żal, że nie ma „Gwiezdnych wojen” w dziesiątce. Są na 13. pozycji.

środa, 20 czerwca 2007
Open Water

Open Water (Ocean strachu). Reżyseria Chris Kentis. W rolach głównych: Blanchard Ryan i Daniel Travis.

Zafundowałam sobie „straszną niedzielę” oglądając najpierw „Milczenie owiec”, a potem „Open Water”. Hannibal the Cannibal może był i demoniczny, ale na pewno nie tak przerażający, jak bohaterowie drugiego planu „Open Water”. Siedziałam ściskając poduszkę pod brodą, bo patrzeć i słuchać się nie dało. To znaczy dało się, ale oglądanie takich filmów to jednak nie na moje nerwy.

A fabuła jest prosta, oparta na autentycznych faktach. Daniel i Susan, para zapracowanych Amerykanów wyjeżdża na upragnione wakacje w tropiki. Oboje uwielbiają nurkowanie, więc któregoś ranka razem z grupą podobnych zapaleńców wypływają, aby ponurkować w otwartym oceanie. Kiedy po kilkudziesięciu minutach nurkowania wracają na powierzchnię, odkrywają ze zdziwieniem, że łódź zniknęła, a oni znajdują się na środku oceanu.  W wyniku pomyłki przy liczeniu uczestników wycieczki łódź wróciła do portu, a nikt nie zorientował się, że brakuje dwójki Amerykanów. Daniel i Susan zostają na otwartym oceanie, w wodzie pełnej rekinów.

To nie są kolejne „Szczęki”. Rekiny pojawiają się, ale nie w wersji spielbergowskiej jako dziesięciometrowe bestie, a jako integralna, choć przerażająca część ekosystemu. Napięcie w tym filmie zbudowane jest nie za pomocą sztucznej krwi i wypływających kończyn, a przez potęgowanie wrażenia izolacji dwójki bohaterów. Przypomniał mi się „Cube”, w którym bohaterowie zamknięci byli w pomieszczeniu, bez możliwości ucieczki. „Open Water” operuje podobnym, choć przewrotnym schematem. Nic przecież nie ogranicza Daniela i Susan, a jednak są uwięzieni, odcięci od świata i z nikłymi szansami na pomoc.

Reżyser bardzo sugestywnie pokazał emocje bohaterów – od niedowierzania, przez frustrację, złość i gniew prowadzące do kłótni i oskarżeń, do zniechęcenia i pogodzenia z losem. W „Open Water” na pozór niewiele się dzieje, a film wręcz mógłby wyglądać na nudny. Czytałam bardzo rozbieżne opinie w internecie – od zachwytów po stwierdzenia, że ten film to dno. Trzy czwarte filmu rozgrywa się na spokojnym oceanie, a ciszę przerywa tylko delikatny szum fal i rozmowy Daniela i Susan. Film sprawia wrażenie dokumentu, kręconego kamerą z ręki. To prawda, że nie ma w tym filmie akcji, do jakiej przyzwyczaiło nas kino sensacyjne. Gdy jednak obok niespodziewanie widać płetwę rekina albo słychać pluśnięcie przepływającej gdzieś obok ryby, wierzcie mi, że skakałam na kanapie z wrażenia. Reżyser znakomicie poradził sobie z trudnym zadaniem zbudowania napięcia i grozy bez epatowania krwawymi obrazami. Film ściska za gardło i serce. Zakończenia oczywiście nie zdradzam. Jak ktoś bardzo ciekawy, to i tak znajdzie w necie co i jak.

04:02, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy