O filmach zza oceanu
piątek, 30 maja 2008
Stary niedźwiedź mocno śpi

Wygląda na to, że blog wszedł w fazę letniej hibernacji. Przyjechał do mnie w odwiedziny brat, zostaje dwa miesiące i podejrzewam, że nie znajdę zbyt wiele czasu na regularne bywanie w kinie. Mam nadzieję, że uda mi się napisać od czasu do czasu jakąś recenzję, więc zaglądajcie i nie wyrzucajcie mnie z RSS-ów, ale częstotliwość wpisów będzie zapewne niższa.

środa, 21 maja 2008
I’m Not There

Reżyseria Todd Haynes. W rolach głównych: Christian Bale, Cate Blanchett, Richard Gere, Heath Ledger i inni. Data polskiej premiery nieznana.

Boba Dylana znam z nazwiska, paru piosenek i przeróbki jego „Knockin’ on Heaven’s Door” w wykonaniu Guns N’ Roses, którą osobiście uważam za lepszą niż oryginał. Nieznajomość twórczości oraz biografii barda lat 60. nie przeszkadza jednak, aby obejrzeć film Todda Haynesa będący artystycznym (słowo „filmowym” wyjątkowo tu nie pasuje) trybutem oddanym twórczości piosenkarza. W roli Dylana reżyser obsadził sześcioro aktorów, z których każdy reprezentuje inny etap życia Dylana. Cóż za interesujący pomysł na film i jeszcze ciekawsze wykonanie.

Fani Dylana znajdą w filmie Haynesa wiele smaczków i odwołań do twórczości piosenkarza. Można jednak oglądać ten obraz w prawie pełnej nieświadomości muzyki i życiowych zakrętów Dylana. Braki muzyczne nadrobia się w trakcie filmu, gdyż ścieżkę dźwiękową wypełniają – a jakże – utwory Dylana. Słuchając słynnych protest-songów barda dzieci-kwiatów, jakże wyraźne i jasne staje się dlaczego artysta osiągnął tak duży sukces. Jego nonkonformistyczne piosenki, przeciwstawiające się ówczesnemu establishmentowi, bezsensownej wojnie w Wietnamie, rozrastającemu się konsumcjonizmowi padły na podatny grunt pokolenia, które kontestowało rzeczywistość i buntowniczo nie godziło się z decyzjami „góry”. Film, oprócz tego, że przedstawia kilka etapów życia Dylana, jest również cierpkim obrazem Ameryki z tamtych lat.

Struktura filmu, uformowana przez wybór sześciu głównych bohaterów, przypomina wiersz, którego każda zwrotka stanowi odrębną część, ale jednocześnie uzupełnia i kompletuje pozostałe. Każdy z aktorów odtwarzających Dylana kreśli inną postać w różnych realiach, ale łatwo się domyślić, że młody wagabunda podróżujący pociągiem na gapę, jest tym samym chłopakiem z gitarą, śpiewającym na ulicy, który gdzieś po drodze staje się gwiazdą na miarę Beatlesów, aby później dostać od swoich fanów etykietę tego, który się sprzedał. Gdyby w filmie zagrał jeden aktor, obraz Haynesa byłby kolejną biografią artysty, nie wyróżniającą się niczym specjalnym z grona wielu innych. Sześciu aktorów w tej samej, ale i nie tej samej roli dodaje filmowi dynamiki i pozbawia go znanego z innych filmów biograficznych schematu fabularnego „urodził się-miał trudne dzieciństwo-stał się sławny-wpadł w alkoholizm-zmarł w nie/szczęściu”. Nie trzeba rozumieć wszystkich elementów układanki, znać na wyrywki szczegóły z życia artysty, aby docenić, że reżyser stworzył obraz, który wymyka się kategoriom, choć jeśli spojrzeć na „I’m Not There” li-tylko jako film biograficzny jest to jeden z lepszych filmów biograficznych, jakie widziałam.

Obsada aktorska jest pierwszorzędna i w miarę równa. Postać grana przez Richarda Gere’a wydała mi się najmniej zrozumiała i aktorsko dość przeciętna, ale na szczęście w odwodzie byli Bale, Blanchett, Ledger, a w drugim planie Julianne Moore i Charlotte Gainsbourg. Najwięcej słów uznania krytyki zdobyła Cate Blanchett i nie bezpostawnie. Niewątpliwie zasługa w tym wersji Dylana, którą przyszło jej zagrać - zmęczonego, rozczarowanego recepcją nowej drogi muzycznej artysty. Mnie najbardziej poruszył Heath Ledger, który swoją obecnością na ekranie boleśnie przypomniał mi, że nie ma go już pośród żywych.

Gdybym była Bobem Dylanem, to po obejrzeniu tego filmu byłabym cholernie zadowolona, że ktoś nakręcił tak oryginalny, wciągający i nieschematyczny obraz o moim życiu.

00:22, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
środa, 14 maja 2008
Panowie, boicie się "Seksu"?

To tak a propos “Sex and the City”, który to film będzie miał premierę 30 maja i już teraz jest przyczyną poruty w męskim gronie. Dzisiejsza “Chicago Tribune” oferuje specjalną kartę zwalniającą mężczyzn z podobno przykrego obowiązku oglądania tego filmu w towarzystwie dziewczyny/żony/koleżanki/przyjaciółki (nie mam w pracy Photoshopa, żeby obrobić ją lepiej, więc tylko skan z print screenu).

Pytam się więc panów – pójdziecie na „SATC”? A panie, czy wyciągną swoich facetów do kina? Swojego męża na film na pewno nie zabiorę, ponieważ jak każdy znany mi facet nie cierpi serialu i Sary Jessiki Parker, którą od czasu „Eda Wooda” nazywa aktorką z końską twarzą. Zamiast męża planuję babską ekipę, która należycie doceni urok kupowania butów.

STĄD można wydrukować kartę zwalniającą z oglądania.

Forgetting Sarah Marshall

Reżyseria Nicholas Stoller. W rolach głównych: Jason Segel, Kristin Bell, Mila Kunis. W Polsce od 8 sierpnia.

W kinach szykuje się lato blockbusterów: za tydzień Indiana, potem babski „Sex and the City”, w lipcu nowy Batman. Udzieliła mi się wiosenna atmosfera, trudno mi się zabrać za poważniejszy repertuar filmowy i w spisie filmów granych w kinach szukam pozycji bardziej rozrywkowych. Ostatnio padło na najnowszy film ze stajni Judda Apatowa, który od kilku sezonów szturmuje kina komediami, że wspomnę tylko Wpadkę” i „Superbad” z ubiegłego roku. Na krześle reżyserskim usiadł mniej znany Nicholas Stoller, za to w obsadzie zaroiło się od aktorów znanych z wcześniejszych produkcji.

Niestety, „Forgetting Sarah Marshall” jest jak do tej pory najsłabszym filmem, pod którym podpisał się Apatow. Zapewne dlatego, że obraz pożeglował bardziej w stronę komedii romantycznej niż jajcarskiego „Superbad”. „Forgetting Sarah Marshall” próbuje trafić w gusta młodocianych widzów, tak aby nie narobili sobie obciachu przed kolegami zabierając dziewczynę na komedię romantyczną, toteż bohaterem czyni się młodego faceta, takiego jak oni, który je płatki śniadaniowe z blaszanej miski, spędza tydzień na kanapie w tych samych spodniach od dresu i prowadzi luzacki tryb życia, przerywany od czasu do czasu wyjściem do pracy polegającej na podkładaniu dźwięków do serialu telewizyjnego. Płci damskiej serwuje zaś sympatycznego misia w głównej roli, który nie mogąc przeboleć, że po sześciu latach rzuciła go dziewczyna, gwiazda tegoż serialu, rusza za nią na Hawaje. Ot i cała historia. Zakończenie można poznać w momencie, w ktorym Peter wchodzi do hotelowego lobby.

Ziewać nie ziewałam, a nawet śmiałam się nieźle, a niektóre postaci (zwłaszcza nowy chłopak Sarah) są naprawdę zabawne, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi z tego filmu po prostu słodka komedyjka, a na takie z reguły nie lubię tracić czasu w kinie, zostawiając je na zimowe wieczory na własnej kanapie. Na plus trzeba zapisać, że cała historia jest w miarę wiarygodna, a główny bohater, odtwarzany przez Jasona Segala, który również napisał scenariusz, wzbudza sympatię, do tego jest śmieszny, a dzieło muzyczne, które tworzy jest na pewno jednym z bardziej oryginalnych pomysłów scenicznych, jakie widziałam.

Powzdychać do błękitnego oceanu i cudnych hawajskich plaż, pośmiać się i zapomnieć. Mam nadzieję, że kolejny film Apatowa PINEAPPLE EXPRESS z Sethem Rogenem w roli głównej będzie bardziej w klimacie poprzednich komedii. Za „Forgetting Sarah Marshall” naciągana czwóra z minusem.

poniedziałek, 05 maja 2008
In Bruges

Reżyseria Martin McDonagh. W rolach głównych: Colin Farrell, Brendan Gleeson, Ralph Fiennes. W Polsce jako „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”.

Ken (świetny Brendan Gleeson) i Ray (naprawdę dobry Collin Farrell), płatni mordercy, spędzają dwa tygodnie w Brugii, słynącej ze średniowiecznych zabytków, malarstwa Boscha i kanałów. Po nieudanym zadaniu „sprzątnięcia” pewnego księdza dostają polecenie od swojego przeklinającego co sekundę szefa Harry’ego (Ralph Fiennes) spuścić powietrze, zrelaksować się nieco i zapomnieć o spartaczonej robocie. Starszy Ken odkrywa uroki miasta, podczas gdy Ray psioczy na wszystko dokoła i nie przejawia zupełnie żadnego zainteresowania malarstwem, czy średniowieczną architekturą. Sytuacja zmienia się, gdy poznaje dziewczynę z ekipy filmowej oraz jednego z aktorów.

Cytując piosenkę Rolling Stonesów, mam mixed emotions po obejrzeniu tego filmu. Przez pierwszą godzinę zastanawiałam się, czy wychodzić z kina, czy dać mu szansę. Przeważyła druga opcja i w sumie nie żałuję, bo gdy film się skończył, śmiałam się od ucha do ucha. Jak określić film, którego bohaterami są płatni zabójcy, wysłani przez szefa do urokliwej Brugii, z których jeden zachwyca się urokami średniowiecznego miasta, a drugi nudzi się jak mops? Czarna komedia? Wesoły thriller? Strzelanina z moralitetem?

„In Bruges”, znany w Polsce pod kwiecistym i zupełnie beznadziejnym tytułem „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” (zerżniętym z podtytułu), jest wszystkim po trochu. Początkowe pół godziny jest tak depresyjne, że nic tylko rzucić się do jednego z kanałów. Żarty są tak subtelne, że nie byłam w stanie ich załapać (choć dowcip o tym, z czego słyną Belgowie przedni) i dopiero scena z trójką tłustych amerykańskich turystów, których Ray ostrzega przed próbą wejścia na wąską wieżę rozśmieszyła mnie. Potem na szczęście było już lepiej, a końcówka rozbawiła mnie zupełnie, zwłaszcza finałowa scena. Reżyser chyba za bardzo żonglował konkwencjami filmowymi i całości nie wyszło to na dobre, a rozdźwięk między dynamicznym końcem, a ślamazarnym początkiem sprawia, że film mogę określić jako małe rozczarowanie, zwłaszcza gdy ogląda się trailer, który wygląda naprawdę obiecująco. Z bólem serca „przeciętne”, choć siadając w fotelu miałam nadzieję na conajmniej „dobre”. Aczkolwiek ostatni monolog w wykonaniu Farrella (dlatego tak drażni mnie polskie tłumaczenie, bo zupełnie nie oddaje tego, co słychać) – priceless.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy