O filmach zza oceanu
czwartek, 31 maja 2007
Życie na podsłuchu

Życie na podsłuchu (The Lives of Others). Reżyseria Florian Henckel von Donnersmarck. W rolach głównych: Ulrich Mühe, Sebastian Koch, Martina Gedeck.

Zbesztana przez koleżankę, słusznie wypominającą mi, że czas najwyższy zapoznać się z tym filmem, poszłam w końcu do kina. A gdy wyszłam, to byłam zła na siebie, że nie zobaczyłam The Lives of Others wcześniej, bo jest to film rewelacyjny.

Oglądałam w towarzystwie męża, który świat totalitaryzmu zna tylko z książek, filmów oraz moich opowieści o pustych półkach PRLu i oddawanych milicji paszportach.  Dla niego tamta rzeczywistość jest obca i czasem trudna do zrozumienia. Działalność Stasi przedstawiona w „Życiu na podsłuchu” kojarzy mu się z książkami Orwella i fantazją literacką. Komuś wychowanemu w realiach wolności słowa, niełatwo zrozumieć, że państwo mogło wyhodować system kontroli obywateli, który otaczał ich szczelną pajęczyną podejrzeń, infiltracji i nieufności. Przedstawicielem tego systemu jest kapitan Wiesler, oddany sprawie specjalista od podsłuchów, który szkoli młode kadry enerdowskiej Stasi. Wiesler zostaje przydzielony do inwigilowania pisarza Georga Dreymana, który choć w przyjaźni z socjalistyczną władzą, wydaje się jej podejrzany mimo to. Mieszkanie Dreymana zostaje okablowane podsłuchami, a kapitan urządza stację nasłuchową na strychu domu, w którym mieszka pisarz. Dreyman związany jest z aktorką Christą-Marią Sieland, która na swoje i pisarza nieszczęście wpada w oko jednemu z ministrów.

Z samotnej dziupli na strychu Wiesler podsłuchuje życie pary, pełne namiętności mimo trójkąta z ministrem i wypełnione prawdziwą miłością. Każdego wieczora kapitan wraca do swojej prywatnej dziupli w wielkiej płycie, do mdłych obiadków i zimnej samotności, przerywanej jedynie od czasu do czasu wizytą prostytutki. Wiesler uświadamia sobię pustkę własnej egzystencji i zaczyna żyć życiem podsłuchiwanej pary, a w twardej skorupie pracownika Stasi pojawią się rysy i pęknięcia. Sytuacja komplikuje się, gdy bliski przyjaciel Dreymana popełnia samobójstwo, co staje się przyczynkiem do artykułu o zatajanej przez władze liczbie samobójstw w NRD. Pisarz anonimowo publikuje artykuł w zachodnioniemieckiej prasie, a kierownictwo Stasi dostaje szału próbując odgadnąć, kto jest autorem.

Film von Donnersmarcka jest filmem, który polscy krytycy chcieliby zobaczyć podpisany polskim nazwiskiem. Niech to zabrzmi nawet śmiesznie, ale jest to film, który ja jako Polka i kinomanka chciałabym, aby był zrealizowany na podstawie naszej historii, dramatycznej i bez Stasi. Pada w filmie zdanie, że po upadku komunizmu artyści stali się bezpłodni, a ich największe dzieła zostały stworzone pod presją systemu, którego upadek wykastrował ich twórczo. Czyż nie to właśnie obserwujemy w naszej rodzimej kulturze? Mąż powiedział, że nie jest artystą ten, kto nie umie czerpać z otaczającego świata, bez względu na to, czy jest to świat totalitaryzmu, czy wolnej myśli. Jest to dość radykalne stwierdzenie i idąc za nim należałoby się więc zapytać, czy Wajda przestał był artystą po 1989 r.? Odpowiem sobie, że nie, ale z drugiej strony, jak gdzie jest jego spowiedź artystyczna? Jak zrobili to inni? Czy zrobili to w ogóle?

To tylko jedno z wielu pytań, które nasunęły mi się po projekcji. Socjalistyczny świat został pokazany w „Życiu...” takim, jaki był: zakłamany, podszyty podejrzeniem, utrzymujący ludzi w wiecznym strachu i niszczący przejawy myślenia innego niż jedyne słuszne. System łamiący talenty, charaktery i osobowości zaczyna pękać od środka, gdy jego pracownicy z maszyn zamieniają się w ludzi. Nie ma w tym filmie fałszywych nut, niepotrzebnej martyrologii, rozliczania się z przeszłością i kombatanctwa. Jest to film według mnie doskonały. A ostatnie padające z ekranu słowa są po prostu genialne. Polecam gorąco wszystkim maruderom takim, jak ja, którzy jeszcze nie widzieli (i nie słyszeli) „The Lives of Others”.

wtorek, 29 maja 2007
Malowany welon

Malowany welon (aktualnie w kinach w Polsce). Reżyseria John Curran. W rolach głównych: Naomi Watts i Edward Norton.

Przez całe stulecia, rodzice aranżowali małżeństwa swoich dzieci, a względy społeczne, kulturowe i finansowe były ważniejsze niż uczucia. Panna na wydaniu musiała znaleźć kawalera i opuścić dom rodzinny, najlepiej przed dwudziestym rokiem życia. Bohaterka „Malowanego welonu”, Kitty jest odmiennego zdania. Uważa konieczność wyjścia za mąż za staroświecki obyczaj, ale gdy jej własna matka ripostuje, że rodzina nie zamierza jej wiecznie utrzymywać, Kitty przyjmuje niespodziewane i szybkie oświadczyny Waltera, młodego bakteriologa i wyjeżdża z nim do Szanghaju.

Tam Kitty odkrywa, że mąż bardziej pochłonięty jest pracą naukową niż zabawianiem młodej żony. Jego uporządkowany tryb życia kłóci się z lubiącą zabawę, taniec i gry Kitty, toteż gdy kobieta poznaje przystojnego dyplomatę, nawiązuje z nim namiętny romans. Walter dowiaduje się o tym szybko i stawia Kitty ultimatum: albo on wnosi sprawę o rozwód i robi z tego publiczny skandal (a rzecz dzieje się w latach 20. XX wieku) albo ona wyjeżdża z nim na głęboką chińską prowincję, gdzie on zgłosił się na ochotnika, aby walczyć z epidemią cholery. Kitty, odrzucona przez kochanka, nie ma wyjścia, jak jechać z mężem do interioru, w którym oprócz śmiertelnej choroby, rosną także antybrytyjskie nastroje.

Edward Norton jako Walter jest jak zwykle świetny. Jego bohater jest zraniony głęboko zdradą żony, ale nie powstrzymuje go to przed rozdrapywaniem ran oraz pogrążaniem żony. Wyprawa w głąb Chin ma znamię niemal samobójczej misji mającej na celu ukarać Kitty, jak i samego siebie, za to, że kiedyś odważył się ją kochać. Walter, niemal z masochistyczną lubością obserwuje Kitty zagubioną w obcym jej kraju, pośród ludzi, których językiem nie mówi, z brakiem jakiegokolwiek interesującego zajęcia. Podczas gdy on poświęca całą energię na walkę z epidemią cholery, ona odchodzi od zmysłów, pozostawiona sama sobie, bez nadziei na mężowskie przebaczenie.

To mógłby być ckliwy melodramat osadzony w jak zwykle niezwykle fotogenicznej Azji, gdzie dwoje nieszczęśliwych ze sobą ludzi próbuje egzystować obok siebie i pomimo siebie. Rewelacyjne aktorstwo pary Watts-Norton oraz ciekawy wątek uczuciowy sprawiają, że „Malowany welon” jest piękną opowieścią o dwojgu ludziach, którzy uwiązani węzłem małżeńskim, szukają drogi do własnego i partnera serca. Jak na dzisiejsze standardy moralne, film może trącić myszką – zdrada zostaje jednoznacznie potępiona, rozwód oznacza towarzyski skandal, lekarstwem na więdnące małżeństwo jest ciężka praca u podstaw, a ówczesna polityka kolonialna Wielkiej Brytanii daleka była od poprawności politycznej. Nie zapominajmy jednak, że w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, konkwenanse obyczajowe były ciut inne niż obecnie. Może nie ma tu finezji  „Fortepianu” Jane Campion ani namiętności „Kochanka” Jean-Jacqueca Annauda, ale i bez tego „Malowany welon” jest pięknym, kameralnym dramatem ze znakomitym duetem aktorskim. Film jest remakiem „Malowanej zasłony” z 1934 r. w reżyserii Ryszarda Bolesławskiego z Gretą Garbo w roli głównej.

19:55, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 maja 2007
Disturbia

Disturbia (polski tytuł Niepokój, w kinach od 15 czerwca) Reżyseria D.J. Caruso. W rolach głównych: Shia LaBeouf, Carrie-Ann Moss i David Morse.

Amerykanie na filmy takie jak „Dziennik Bridget Jones”, „Pretty Woman” czy po prostu film zrobiony z myślą o kobietach mówią „chick flick”. Wczoraj odkryłam chyba nowy gatunek filmowy, który nazwałabym „guy flick”, bo gdy weszłam na salę kinową, to siedzieli na niej sami, na oko dwudziestoletni faceci. Normalnie ani jednej babki. Co jeden to w jakimś dracznym T-shircie, bojówkach, z komórką przy uchu. Czy ja czegoś nie wiedziałam o tym filmie, co oni zdążyli się wcześniej dowiedzieć?

Zaczyna się obiecująco. Po tragicznej śmierci ojca w wypadku samochodowym, Kale nie może dojść do siebie i wyładowuje swoją frustrację na nauczycielu hiszpańskiego, powalając go zdaje się prawym prostym. Trafia przed oblicze sędziego, który wymierza mu karę a’la Martha Stewart i nakłada na chłopaka areszt domowy na trzy miesiące. Kale dostaje obrożę na nogę i zakaz ruszania się poza dom i podwórko. Jakby tego było mało, matka (Carrie Ann Moss, bardzo inna od matrixowej Trinity) odcina go od dostępu do gier i iTunes. Chłopak nudzi się niemiłosiernie do czasu, gdy do domu obok wprowadza się małżeństwo z nastoletnią córką, która od razu zwraca uwagę chłopaka. Kale zaczyna podglądać sąsiądkę. Przy okazji obserwuje też sąsiada, dość tajemniczego samotnego mężczyznę w średnim wieku i po krótkim czasie zaczyna podejrzewać, że może być on mordercą kobiet, o którym rozpisują i trąbią media.

Nietrudno w tym filmie dopatrzeć się skojarzeń z filmem Hitchcocka „Okno na podwórze”. Tam Jimmy Stewart był uwięziony w mieszkaniu z nogą w gipsie. Niemal cały film osadzony był w jego mieszkaniu i, podobnie jak w „Disturbii”, główny bohater śledził sąsiadów, podejrzewając, że apartament naprzeciwko jest sceną morderstw. Nawiązania do Hitchcocka są więc oczywiste, ale nie łudźmy się, że „Disturbia” jest drugim „Oknem”. Osadzony we współczesnych realiach film jest raczej portretem dzisiejszych nastolatków, którzy żyją w technokratycznym świecie wypełnionym telefonami komórkowymi, komputerami, grami i telewizją niż obrazem amerykańskiego społeczeństwa, jak, przynajmniej mi, sugerował tytuł. Spodziewałam się bardziej rozbudowanego wizerunku „suburbii”, czyli amerykańskich przedmieść, ale poza wyświechtaną prawdą, że w okolicy mieszkają ładne dziewczyny i seryjni mordercy, reżyser nie tracił czasu na analizy socjologiczne. Wprawdzie przez większą część film był interesujący, ale brakło suspensu, jakim tak znakomicie posługiwał się Alfred. Dopiero sceny finałowe dostarczają widzowi trochę dreszczyku emocji.

Schematyczność i brak głębszego spojrzenia na współczesną Amerykę mogłabym reżyserowi wybaczyć i na jakieś 5 minut przed zakończeniem filmu myślałam, że dodam go do „Dobrych”. Ale sceny kończące film, już po dramatycznym finale, okazały się tak zupełnie nie na miejscu, że film spadł do kategorii „Kiepskie”. Miałam wrażenie, że końcówka została domontowana do całości jakby na życzenie szefów wytwórni filmowej, którzy Broń Panie Boże nie chceli jakichś bardziej wysublimowanych wniosków na koniec. Nie wiem, dlaczego reżyser nie zakończył filmu jakimś niedopowiedzeniem lub znanym z thrillerów czy horrorów znakiem, że zło nadal się gdzieś czai. Miałam być disturbed przez ten film, a wyszłam bardzo disappointed.

19:08, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 maja 2007
Wieści z amerykańskiego box office'u

Wiosna, wiosna, a w amerykańskich kinach susza niczym w najbardziej upalne lato. Może tylko fani odgrzewanych kotletów nie mają na co narzekać, bo na ekranach trzecia część przygód Spidermana i Shreka. Hollywood widać nadal i zapewne przez długie lata będzie stosować metodę dojenia kasy z tego, co już raz albo nawet dwa razy przyniosło zysk. Pod koniec maja w kinach pojawi się trzecia część „Piratów z Karaibów” i "Ocean's 13", więc o czym my tu w ogóle rozmawiamy. Rzućmy więc okiem na box office, żeby sprawdzić, co się sprzedaje.

Na dwóch pierwszych miejscach wspomniane wyżej trzecie części Shreka i Supermana. Na trzecim miejscu „28 weeks later” – katastroficzny film o tajemniczym wirusie rozprzestrzeniającym się po Londynie. W głównej roli Robert Carlyle. Nie wiem, co straszniejsze – Carleyle w tego typu produkcji czy sam film. W polskich kinach w od połowy sierpnia. Dalej mamy film „Disturbia”, gdzie „every killer lives next door to someone” o nastolatku odkrywającym, że jego sąsiad jest mordercą (Polska-wrzesień 2007). Chyba jedyny film w zestawieniu, na który bym się wybrała – w tle obraz amerykańskiej „suburbii”, czyli przedmieść. Następnie „Georgia Rule” z Jane Fondą, Lindsay Lohan i znaną z „Gotowych na wszystko”, czy jak to tam Polsat przetłumaczył, Felicity Huffman. Na imdb.com ktoś zadał pytanie „Nowe stalowe magnolie”? To ja chyba podziękuję. Lohan nie lubię, Fonda się marnuje w takich produkcjach, a Huffman czeka w mojej kolejce z „Transamerica”. W Polsce w sierpniu. Potem jest „Fracture” – dobre, solidne kino z Hopkinsem i Goslingiem (moja recenzja tutaj).

Na siódmym miejscu „Delta Farce” – oj, to nie brzmi dobrze. Komedia o dzielnych amerykańskich wojakach, którzy myśląc, że dokonują inwazji Iraku, trafiają przez pomyłkę na meksykańską wieś. Za dużo popcornu w powietrzu. Na ósmym „the Invisible” – nastolatek, który po śmierci szuka swego ciała. „Szósty zmysł” z hormonami? W końcówce box office’u mamy „Hot Fuzz” – niepoprawną angielską parodię filmów akcji oraz komedię romantyczną „The Waitress”. Z zasady na komedie romatyczne do kina nie chodzę.

No i sami widzicie, że nie ma na co iść. Na szczęście jest parę kin w Chicago, które pokazują filmy niezależne, mniej znane i – uwaga - europejskie, więc w nich cała moja nadzieja na nadchodzące lato. No i pierwszy niepoprawny Ameryki, czyli Michael Moore szykuje się z „Sicko”, czyli kolejnym dokumentem, tym razem o systemie ubezpieczeń społecznych w Stanach. Do tego pozostaje Netflix z kolekcją filmów na DVD z całego świata, gdzie czeka na mnie parę kąsków. Mam więc nadzieję, że mimo wszystko będzie to udane filmowe lato.

poniedziałek, 21 maja 2007
Hollywoodland

Hollywoodland. Reżyseria Allen Coulter.  W rolach głównych: Adrien Brody, Ben Affleck, Diane Lane, Bob Hoskins.  

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. „Hollywoodland” i „Czarna Dalia” weszły do kin w Stanach w jednym czasie. Dwa filmy utrzymane w tej samej konkwencji filmu noir, z gwiazdorską obsadą, oba rozgrywające się w Hollywood i Los Angeles niedługo po II wojnie światowej. Tym razem okazało się, że nieszcześcia jednak nie chodzą razem, a Hollywoodland okazał się filmem lepszym z tej dwójki, choć w życiu bym nie przypuszczała, że o produkcji, w której grał Ben Affleck powiem, że mi się podobała.

Tłem filmu są autentyczne wydarzenia, gdy George Reeves (Affleck), popularny aktor grający Supermana w pierwszej telewizyjnej serii o superbohaterze, zostaje znaleziony we własnym domu z mózgiem na ścianie. Policja umywa ręce i szybko stwierdza, że śmierć nastąpiła w wyniku samobójstwa, co potwierdza narzeczona Reevesa oraz jego przyjaciele, którzy akurat byli w domu, gdy aktor popełnił samobójstwo. I wszystko zapewne rozeszłoby się po kościach, gdyby nie Louis Simo (świetny Adrien Brody). Ów były policjant, a obecnie prywatny detektyw, przejmuje dochodzenie w sprawie samobójstwa Reevesa. Nie łudźmy się, że robi to ze szlachetnych pobudek. Choć jego kilkuletni syn rozpacza po śmierci ulubionego bohatera telewizyjnego, to nie miłość ojcowska kieruje Louisem.

Simo zostaje porównany do ryby żyjącej na samym dnie, która babrze się w ludzkim bagnie i mule (w oryginale „catfish”). Żyje z tropienia niewiernych żon na zlecenie niezrównoważonych mężów, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby w kooperacji z matką Reevesa rozpętać burzę medialną, jakoby śmierć Supermana nie była samobójstwem. Mimo iż intencje Simo nie są do końca czyste, nie sposób nie lubić detektywa. Simo kombinuje, negocjuje, zakrada się, ogląda dowody rzeczowe, których nie powinien oglądać, dostaje po pysku, ot, normalna detektywistyczna robota. Brody bawił się tą rolą, przetykając ją często ironią i sarkazmem aż miło było popatrzeć.

Tymczasem sprawa śmierci Reevesa nabiera rumieńców. Simo odkrywa, że aktor miał romans z Toni Mannix (Lane), żoną szefa wytwórni filmowej MGM. To dzięki jej protekcji, George dostaje rolę Supermana. Ona kupiła mu dom, kosztowne zegarki i samochody. Dodajmy, że wszystko za przyzwoleniem męża (Hoskins), który sam ma na utrzymaniu japońską kochankę. Okazuje się również, że Reevesowi ciążyła rola Supermana, gdyż publiczność zaszufladkowała go jako superbohatera, a w czasie pokazu „Stąd do wieczności”, gdzie aktor miał niewielką rolę, pół kina krzyczało „Superman, Superman” na jego widok. Aktor był sfrustrowany, do tego doszły kłopoty z Toni, po tym, gdy poznał Leonore Lemmon, tzw. party-girl, czyli dziewczynę do towarzystwa.

Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak naprawdę zginał Reeves i chyba tak naprawdę nie o to chodziło, aby to wyjaśnić. Śmierć aktora była pretekstem do pokazania jak bezlitosne jest Hollywood. Ilu takich Reevesów pracuje w show biznesie, zaszufladkowanych, bez szans na coś lepszego i ambitniejszego. Oni, podobnie jak detektyw Simo, żyją na samym dnie hollywoodzkiej piramidy, łapiąc marne kąski rzucane przez tych z góry, licząc że może kiedyś trafi się im coś lepszego niż role Supermanów, czy statystowanie w filmach kategorii „B”. De Niro w „Prawie Bronxu” mówił swojemu synowi, że nie ma gorszej rzeczy niż zmarnowany talent. A Hollywood jest ich pełne.

Na koniec wracam do Afflecka. Let’s be honest – aktor z niego beznadziejny. W filmie Coultera zagrał naprawdę dobrze i przekonywująco. Brody i on byli najlepsi z całej obsady „Hollywoodlandu”, a film podobał mi się bardziej niż konkurencyjna „Czarna dalia”.

20:51, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy