O filmach zza oceanu
środa, 23 kwietnia 2008
Leatherheads

Reżyseria George Clooney. W rolach głównych: George Clooney, Renée Zellweger, John Krasinski. W Polsce od 20 czerwca.



Gdybym mogła wybierać, w jaką epokę przenieść się w czasie, wybrałabym lata dwudzieste i czasy prohibicji w Ameryce. Zawsze podobały mi się pokazywane w filmach nielegalne bary i kasyna, whiskey popijane ukradkiem, panie w fryzurach na chłopczycę i pobrzmiewający jazz. Dlatego pewnie slapstickowa komedia w reżyserii George’a Clooneya bardzo przypadła mi do gustu, a od pierwszych taktów muzyki Randy’ego Newmana zaczęłam podskakiwać w kinowym fotelu.

Po ambitnym (przynajmniej, jak na kino amerykańskie) obrazie „Good Night, Good Luck” Clooney wyreżyserował lekką komedię o narodzinach zawodowej ligii futbolu amerykańskiego (nie mylić z piłką nożną, zwaną tu – o zgrozo – soccer, zamiast po ludzku futbol). Krótko można określić ten film jako no brainer , toteż nie ma się co rozwodzić nad fabułą. Dialogi czasem kuleją, a film ma przestoje i dłużyzny, ale jeśli przymknie się oko na lekkie niedoróbki, można przyjemnie spędzić czas w kinie.

Wydaje mi się, że w przypadku „Leatherheads” trzeba po prostu przyjąć konkwencję filmu, nawiązującą humorem sytuacyjnym do burlesek Bustera Keatona, czy Flipa i Flapa. Clooney postawił na humor fizyczny, dlatego w filmie nie zabrakło wzorowanych na niemych filmach mordobić w barach, czy taplania się w błocie. Całość okraszona jest swingująco-jazzującą muzyką, świetnymi kostiumami oraz innymi dobrze dobranymi detalami z epoki: samochodami, motocyklami, plakatami reklamującymi mecze futbolowe. W tle dym z namiętnie wtedy palonych papierosów i aura zakazanego w czasach prohibicji alkoholu, który popijało się w speakeasies.

Największym jednak atutem filmu jest sam Clooney. Facet ma świetny dystans do samego siebie, do tego co robi, co prezentuje i to się czuje. Aktor-reżyser puszcza oczko do widowni raz po raz, przywodząc na myśl Danny’ego Oceana, ale jednocześnie go nie kopiując. Clooney jest centralną postacią filmu, ale nie przyćmiewa dwójki pozostałych bohaterów: niezłej Renée Zellweger w roli dziennikarki chicagowskiej „Tribune” oraz znanego z serialu „The Office” Johna Krasinskiego jako wschodzącej gwiazdy futbolu.

„Leatherheads” to nieco staroświecka komedia, bez ambitnego scenariusza, ale za to z dobrym tłem, wyraźnie inspirowanym kinem z lat 20. i 30. Każdy kto śledzi, co dzieje się w PZPN, czy w lidze włoskiej, łatwo dostrzeże, że korupcja, chciwi biznesmani i nieuczciwe metody to nie znak tylko naszych czasów, ale zjawisko, które zaczęło się znacznie wcześniej. Sport i korupcja powiązane są ze sobą niczym marchewka z groszkiem. Nie znającym zasad amerykańskiego futbolu, mogę tylko powiedzieć, że wystarczy im wiedza, że za touchdown dostaje się sześć punktów, a za wykop jeden. Tyle wiem na temat tego sportu i w niczym nie przeszkodziło mi to świetnie bawić się w trakcie seansu.

PS. Chwała Bogu, że rodzimi tłumacze nie podjęli się tym razem karkołomej próby przetłumaczenia oryginalnego tytułu filmu, choć już oczami wyobraźni widziałam jakieś „Skórzane łby”, czy „Zakute pały”.

17:40, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (10) »
piątek, 18 kwietnia 2008
Rolling Stones w blasku świateł

(Shine a Light). Reżyseria Martin Scorsese. W Polsce od 16 maja.


Jedną z moich życiowych zasad jest no regrets. Żałuję jednak cholernie, gdy Rolling Stones grali koncert w Chicago podczas ostatniej trasy, to nie miałam na tyle determinacji, żeby kupić sobie bilet i pójść ich posłuchać. No cóż, człowiek uczy się na własnych błędach i teraz już wiem, że jeśli jeszcze raz przyjadą do Chicago, to idę na bank, choćby sama.

Gdybym jednak była osobą, która do Rolling Stonesów żywi mieszane uczucia i potrzebuje zachęty, aby zobaczyć ich na żywo, to szczerze wątpię, aby najnowszy dokument o legendzie rock n’ rolla ich do tego zachęcił. Fakt, że film wyreżyserował Martin Scorsese dodaje filmowi splendoru, ale według mnie nie ma z tego żadnych realnych korzyści dla obrazu. „Shine a Light” jest niczym więcej niż zapisem koncertu, który Rolling Stones dali w nowojorskim teatrze Beacon w 2006 r. Spodziewałam się bardziej dokumentalnej formy niż po prostu koncertu. Wprawdzie Scorsese dołączył ciekawe archiwalne wywiady z muzykami, na których Mick Jagger, jeden z najbardziej charyzmatycznych artystów i performerów scenicznych, wygląda jak zahukany małolat, a Keith Richards – uwierzcie – był kiedyś nawet przystojny.

Większość filmu wypełnia jednak zapis koncertu. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Nie w świetnie dobranych archiwaliach, które pokazują etapy kariery muzyków – od nieśmiałych dwudziestolatków, przez zblazowanych gwiazdorów, po nieco zmęczonych sławą i odpowiadaniem na te same pytanie artystów, a właśnie w tym, co wypełnia film. Kilkanaście kamer filmujących muzyków z bardzo bliska, wyłapujących każdą zmarszczkę na zakazanej mordzie Richardsa, zlepione potem włosy Jaggera, czy zmęczonego Wattsa nie oddaje energii towarzyszącej występowi. Jest w tym jakaś sprzeczność, bo gdy ogląda się chudego jak szczapa Jaggera, to jest on po prostu dynamitem na scenie – wygina się, szczerzy, kręci tyłkiem, dokonuje niemalże akrobacji, a tymczasem po godzinie zaczęłam spoglądać na zegarek i ziewać. Co jest, kurna?

Być może częściowa wina leży w wyborze piosenek, które w większości pochodzą z początków kariery zespołu. Scorsese wychował się na wczesnym repertuarze Stonesów, więc wybrał do filmu to, co mu w duszy gra. Repertuar zgrywa się też świetnie z archiwalną wypowiedzią Jaggera, który pytany 40 lat wcześniej, czy widzi siebie na scenie w wieku 60 lat, odpowiada, że absolutnie tak. No i mamy go 40 lat później śpiewającego te same kawałki. Mi jednak czegoś zabrakło w warstwie muzycznej. Nic nie ujmując takim kamieniom milowym ich muzyki, jak „Jumpin' Jack Flash”, czy „Brown Sugar”, myślę, że koncert byłby dynamiczniejszy, gdyby pojawiło się w nim więcej utworów z ostatnich 20 lat. Dodatki w postaci gościnnych występow Buddy Guya, Jacka White’a i Christiny Aguilery są jakimś urozmaiceniem, ale mogło się obejść bez nich. Pojawiający się przed koncertem Clintontowie i – z własnego podwórka – prezydent Kwaśniewski z żoną i sam Scorsese rwący sobie włosy z głowy, gdy na minuty przed startem nie ma listy piosenek są miłym dodatkiem, no ale to nie dodatki stanowią o sile przekazu.

Film zbiera w miarę przychylne opinie, ale mnie nie porwał prawie w ogóle. Więcej emocji wyzwala we mnie pierwsza z brzegu płyta Stonesów słuchana w samochodzie. Pod koniec, gdy zabrzmiało „Start Me Up”, „Symphaty for the Devil” i nieśmiertelne „Satisfaction” pokiwałam się trochę w fotelu, ale to jednak ciut za mało, aby uznać dwie godziny w kinie za dobrą rozrywkę. Niestety, nuda jak w polskim filmie. Świetna robota operatorska, jaką nieczęsto widzi się przy tego typu produkacjach jest jedną z niewielu jasnych punktów tego filmu. Rolling Stonesi bronią się swoją niesamowitą charyzmą i muzyką, która – choć według mnie niezbyt dobrze dobrana – nadal brzmi świeżo i sprawia, że najlepszy zespół świata nadal się toczy. Mam nadzieję, że dotoczą się jeszcze kiedyś do Windy City.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Nigdzie w Afryce

Reżyseria Caroline Link. W rolach głównych: Merab Ninidze, Juliane Köhler i inni.



“Nigdzie w Afryce” jest niczym dobra powieść, która wciąga widza na tyle, że z niecierpliwością przewraca kartki w poszukiwaniu odpowiedzi na to, co stanie się dalej. Film ten trafił do mnie epickim rozmachem, przepięknymi zdjęciami Afryki i ciekawą historią, która w miarę rozwoju fabuły pozostawiła mnie zarówno z pytaniami bez odpowiedzi, jak i z tymi, na które twórcy zdecydowali się odpowiedzieć.

Walter, Żyd niemieckiego pochodzenia, dwa lata przed wybuchem II wojny światowej, decyduje się na emigrację, przeczuwając, że dla niego i jego rodziny nadchodzi zagłada. Wybór pada na Kenię, gdzie najpierw wyjeżdża on, a za kilka miesięcy dołącza żona Jettel i córka Regina. Uporządkowe życie państwa Redlichów zostaje przewrócone do góry nogami. Przedstawiciele elity (Walter był prawnikiem) znajdują się nagle na kenijskim pustkowiu, w roli pastuchów stada krów należących do majętnego angielskiego farmera. Jettel szczególnie źle znosi tę zmianę. Przyzwyczajona do wygód kobieta sama musi sadzić warzywa w spalonej ziemi, nosić wiadra z wodą i porozumiewać się z tubylcami. Aż ma się ochotę wstrząsnąć tą nieco rozwydrzoną damulką, która miejscowego kucharza Owuora traktuje nie lepiej niż naziści Żydów, a zamiast lodówki, o którą prosi ją mąż, przywozi wieczorową suknię. Daleko jej do Karen Blixen z „Pożegnania z Afryką”. Potrzeba będzie dużego i bolesnego wstrząsu, który uświadomi Jettel, że znalazła się w niemal uprzywilejowanej sytuacji, która nie była udziałem tysięcy wywiezionych do obozów koncentracyjnych.

Znacznie lepiej niż matka, radzi sobie córka. Kilkuletnia Regina odkrywa nowy i fascynujący świat, w którym przewodnikiem jest Owour. Dziewczynka, która w rodzinnych Niemczech nie znajdowała porozumienia z rówieśnikami, odnajduje się na afrykańskim lądzie. Uczy swuahili, poznaje miejscowe zwyczaje oraz ludzi. Owour staje się jej najbliższym przyjacielem, a Kenia wspaniałą przygodą.

Historia adaptacji bohaterów do nowego otoczenia oraz piękne krajobrazy nie przysłaniają drugiego poziomu opowieści. Reżyserka nie zapomniała, że historia rozgrywa się w cieniu II wojny światowej, gdzie często największym dramatem dla ludzi była niewiedza, co stało się z ich bliskimi. Brak informacji Redlichów na temat ich bliskich, którzy nie zdecydowali się na emigrację stanowi jedną z osi dramatu. Drugą jest idealizm Waltera, który wiedzie go do podejmowania decyzji, z którymi nie zgadzają się ani żona ani córka, co rodzi napięcia między nimi. Walter należy do grona ludzi, którzy mimo iż „ludzie ludziom zgotowali ten los” nie traci wiary w rodzaj ludzki. Stąd nie dziwi zakończenie filmu, mimo iż wydawać by się mogło, że to niedobre i podjęte wbrew uczuciom rozwiązanie.

Film jest przepięknie sfilmowany, a obrazy surowych, nieupiększonych kenijskich krajobrazów, zgrywają się z historią walki Waltera i Jettel na nowym lądzie. Czuje się przestrzeń, kurz z drogi, brzęczenie owadów, skwar lejący się z nieba. Historia opowiedziana jest bez melodramatyzmu, jaki łatwo mógłby znaleźć się w epickim obrazie, jakim jest „Nigdzie w Afryce”. Po prostu piękny film.

22:06, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 kwietnia 2008
Fałszerze

Reżyseria Stefan Ruzowitzky. W rolach głównych: Karl Markovics, August Diehl, Devid Striesow.



„Fałszerze” wykorzystują ciekawy epizod z czasów II wojny światowej, gdy grupa głównie niemieckich Żydów w zamkniętym sektorze obozu Sachsenhausen produkowała doskonałe podróbki angielskiej i amerykańskiej waluty. Więźniowie z racji swojej pracy mieli specjalne przywileje: czyste łóżka, regularne posiłki, cywilne ubrania, opiekę medyczną i inne wygody, o jakich więźniom po drugiej stronie płotu nigdy się nie śniło. Wybrańcy żyli w niemal wirtualnym świecie, przerywanym jedynie co jakiś czasem brutalnym przypomnieniem, że tuż obok rozgrywa się dramat setek im podobnych, których nieszczęściem było to, że nie są fałszerzami, zecerami, drukarzami i grafikami, potrzebnymi upadającej Rzeszy.
Więźniowie, mimo iż na łasce nazistów, nie przypominają bohaterów innych filmów o podobnej tematyce. Ich wcześniejsze profesje uratowały im życie, ktore choć bez gwarancji, toczy się jakże odmiennie od innych zamkniętych w tym samym obozie.

Film ten określiłabym mianem „Holocaust w wersji light”. Określenie to nie ma zabarwienia pejoratywnego i już tłumaczę dlaczego go użyłam. Obraz Stefana Ruzowitzky’ego ogląda się bowiem jak lekcję historii dla współczesnych licealistów, których uwagę można przykuć tylko na krótki czas. Trzeba więc uczniów jakoś zatrzymać w ławkach, aby poprowadzić opowieść do końca, a najlepszym ku temu sposobem jest niecodzienna historia, opowiedziana szybko, trochę po łebkach, z odpowiednią dawką dramaturgii i nieco odmiennym niż w przypadku innym filmów o podobnej tematyce punktem widzenia. Są więc w filmie dramatyczne zwroty akcji, okrucieństwo człowieka wobec człowieka i brutalne przypomnienie widzowi, że grupa fałszerzy była wyjątkiem w morzu milionów, które straciły życie w komorach Oświęcimia, Sobiboru, Majdanka i Dachau. Kudy jednak temu obrazowi do „Pianisty” (który to film uważam za najlepszy w swoim gatunku), czy „Listy Schindlera”. „Fałszerze” jedynie ślizgają się po ludzkiej tragedii, skupiając się bardziej na jakże widowiskowym i budzącym naturalną ludzką ciekawość procesie fałszowania pieniędzy.

W moim odczuciu wyszedł więc z tego nieco popkulturowy film o Holocauście. Film, który ogląda się z zainteresowaniem i ciekawościa i dostanie kategorię „dobre”, ale w którym ludzki dramat zepchnięto ciut na boczny tor. Ktoś zapyta, co ma piernik do wiatraka i czy film o tak poważnej tematyce musi być poważny, aby był dobry? Oczywiście, że nie, czego sztandarowym przykładem było kapitalne „Życie jest piękne”, gdzie sala kinowa turlała się ze śmiechu, aby na koniec wyciągać chusteczki i wycierać nosy. „Fałszerzom” zabrakło kropki nad „i”, która z sensacyjnej historii uczyniłaby film, po ktorym nie można się długo otrząsnąć. Nie przeżyłam tej historii tak silnie, jak tych z trzech wymienionych wcześniej filmów i pewnie poleciłabym ją komuś, kto chce dostać lekcję historii w postaci sobotniego deseru w kinie.

00:04, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (10) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
Wizyta orkiestry

Wizyta orkiestry (The Band’s Visit) Reżyseria Eran Kolirin. W rolach głównych: Sasson Gabai, Ronit Elkabetz i inni.



Pierwsze, co zauważyłam w filmie opowiadającym historię zagubionej na izraelskiej pustyni orkiestry policyjnej z Egiptu, to brak muzyki. Obraz, którego głównymi bohaterami są muzycy, posługuje się dźwiękami w bardzo oszczędny sposób. Czasem jest to śpiewana a capella piosenka, czasem kilka dźwięków niedokończonego konceru na klarnecie, kiedy indziej kilkanaście sekun rozbuchanego techno w środku ciepłej nocy gdzieś na pustyni, gdzie - jak mówi jedna z bohaterek Dina - nie ma żadnej kultury. Senne, małe i zapomniane przez Boga i ludzi miasteczko żyje z dnia na dzień utartymi schematami, które burzy przybycie orkiestry z Aleksandrii. Muzycy trafili tutaj przez pomyłkę i z braku powrotnego transportu zostali na jedną noc, śpiąc u miejscowych.

O tym, że Arabowie nie darzą Żydów specjalną sympatią (i odwrotnie) wiadomo nie od dziś. Tymczasem film nie zahacza o żadne narodowościowe kwestie, co najlepiej obrazuje prawdę, że nienawiść między narodami często rodzi się gdzieś na szczeblach polityki, podczas, gdy dla zwykłych ludzi pochodzenie nie ma znaczenia. „The Band’s Visit” kreuuje niezwykle ciepły i uniwersalny język, którym porozumiewają się ludzie, niezależnie od tego skąd przybyli. Zarówno Egipcjanie, jak i Żydzi w filmie stają przed tymi samymi problemami i mają te same bolączki: samotność, brak miłości, nieśmiałość, życiowe porażki i rozczarowania. Mimo bariery językowej bohaterowie z obu stron potrafią o tym rozmawiać, a nawet rozwiązać niektóre z problemów (kapitalna scena, gdy młody Arab uczy niepewnego siebie Izraelitę, jak podrywać dziewczynę). Kilka godzin, jakie aleksandryjska orkiestra spędza w małym miasteczku staje się czasem, który nieprędko zapomną zarówno oni, jak i mieszkańcy. Czasem lepiej i łatwiej porozmawiać i usłyszeć prawdę od kogoś z inną perspektywą.

„The Band’s Visit” to bardzo spokojny, refleksyjny film. Spodziewałam się ferii arabskich dźwięków, coś jakby Emira Kusturicy na Bliskim Wschodzie. Tymczasem, jak wspomniałam, muzyka stanowi odległe tło, a sam film płynie powoli, może nawet momentami lekko usypiająco, ale mimo iż miałam ciut inne oczekiwania, nie uważam tego za wadę filmu. Podobało mi się, że reżyser nie próbował opowiedzieć historii każdego z członków zespołu, a tylko trzech z nich uczynił bardziej wyróżniającymi się postaciami, dołączając do nich trójkę mieszkańców miasteczka. Film zdobył szereg nagród na festiwalach filmowych, m.in. w Warszawie, Cannes, Monachium oraz podczas Europejskich Nagród Filmowych.

Wyszłam z kina ciesząc się, jakbym w totka wygrała. Czasem każdemu z nas przydałaby się taka orkiestra.

P.S. Wiecie moze, czy ten film znalazł dystrybutora w Polsce, bo nie widziałam informacji na temat premiery? Grali go już u Was?

20:03, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (12) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy