O filmach zza oceanu
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Fracture

„Fracture” (w Polsce od 3 sierpnia). Reżyseria Gregory Hoblit. W rolach głównych: Anthony Hopkins i Ryan Gosling.

Amerykanie uwielbiają dramaty dziejące się na sali sądowej. Z reguły towarzyszą im wielkie emocje, krzyżowy ogień pytań, dowody wyciągnięte z rękawa w ostatniej chwili, kłamliwi świadkowie, wredni prokuratorzy i szlachetni adwokaci broniący niewinnych w majestacie prawa. Był więc Frank Capra z Jimmym Stewartem jadącym do Waszyngtonu, Henry Fonda w „Dwunastu gniewnych ludzi”, a z filmów ostatnich kilkunastu lat „Ludzie honoru”, „Czas zabijania”, „JFK”, że tak bym mogła jeszcze wymieniać dramty, których kulminacją była rozprawa przed obliczem Temidy. „Fracture” jest również dramatem sądowym, do tego zrealizowanym przez Gregorego Hoblita, który upodobał sobie ten gatunek, gdyż wcześniej wyreżyserował bardzo dobry „Lęk pierwotny” z Richardem Gere i Edwardem Nortonem (więcej o tym filmie w recenzji  kolegi po fachu). Tym razem po obu stronach barykady stanęli sir Anthony Hopkins i jaśniejąca gwiazda amerykańskiego aktorstwa Ryan Gosling.

Hopkins gra Teda Crawforda, właściciela firmy aeronautycznej, zajmującej się badaniem pęknięć w kadłubach samolotów, zarówno tych, które jeszcze latają, jak i tych, które uległy wypadkom. Spokój i sielankę milionerskiego życia burzy fakt, że żona Teda ma romans z młodszym i znacznie przystojniejszym od męża mężczyzną. Crawford przeprowadza śledztwo, po czym następuje hitchockowskie trzęsienie ziemi i milioner bez zbędnych ceregieli postanawia wymierzyć żonie sprawiedliwość, strzelając jej prosto w twarz.

W międzyczasie poznajemy Willego Beachuma (Gosling), młodego i piekielnie ambitnego prokuratora w Los Angeles, który po kilku owocnych latach spędzonych na urzędowej posadzie przenosi się do prestiżowej firmy prawniczej. W przeddzień przejścia do nowej pracy, dostaje w ręce sprawę Crawforda - sprawę, która wydaje się więcej niż banalna – morderca przyznał się do winy, złożył zeznania, koniec i kropka. Willy będąc jedną nogą gotowy do wyjścia na raut w nowej firmie, bierze sprawę Crawforda i w smokingu pojawia się na wstępnej rozprawie. Milioner, ku zdumieniu wszystkich odmawia prawa do adwokata i zamierza bronić się sam, podejrzany o usiłowanie zabójstwa. O usiłowanie, a nie zabójstwo, gdyż żona przeżyła strzał i znajduje się w stanie śpiączki.

To, co następuje potem jest pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji pojedynkiem między młodym i żądnym wygranej prokuratorem, a starym lisem, który choć zakradł się do kurnika, nikt go z kurą w pysku nie widział. Schematycznie w większości filmów sądowych dowody rzeczowe, mające kluczowe znaczenie dla sprawy pojawiają się niczym królik z rękawa. Tymczasem we „Fracture” najważniejszego dowodu nie ma. Choć Crawford przyznał się do postrzelania żony, to mimo wielokrotnego przeszukania willi policja nie była w stanie znaleźć pistoletu, z którego postrzelił żonę. Bez narzędzia zbrodni, nie ma zbrodni. Nie mogę zdradzić zbyt dużo, gdyż popsułabym przyszłym widzom całą zabawę z odkrywania „what happens next”.

Filmy z gatunku sądowego są zwykle śmiertelnie poważne, gdyż akcja toczy się z reguły o najwyższą stawkę. „Fracture” ma zaskakująco lekką formułę i wiele komicznych momentów, będących w mojej opini znakomitym uzupełnieniem gry, jaką toczy Crawford z Beachumem. Milioner bawi się ambicją prokuratora, dobrze wiedząc, że ten nie ma żadnych dowodów i że wygrana jest po jego stronie. Beachum znajduje się między młotem a kowadłem – jeśli przegra nie będzie miał powrotu do prokuratury, ani tym bardziej do nowej firmy, a jeśli wygra, to tylko grając nieczysto.

Na początku filmu obawiałam się, że Hopkins będzie odgrywał Hanibala Lectera na bis, gdy jego twarz oświetlona trupim światłem do złudzenia przypominała zimne oblicze mordercy z „Milczenia owiec”. Na szczeście, na tym chyba polega wielkie aktorstwo, aby z roli, którą można byłoby zagrać na podobnej nucie, zrobić postać z krwi i kości. Zasługa w tym niewątpliwie również reżysera, który nie dał się wciągnąć w schematyczne prowadzenie postaci oraz schematy towarzyszące zwykle filmom z sali sądowej. „Fracture” ogląda się lekko i z przyjemnością, głównie dzięki znakomitej grze obu panów – Hopkins, wiadomo, trzyma fason, a Gosling depcze po piętach DiCaprio.

Choć „Fracture” znaczy „pęknięcie”, to w tym filmie żadnych pęknieć nie było.

18:32, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
środa, 25 kwietnia 2007
Kulinarnie o mafii

Miałam nadrabiać zaległości, ale coś mi ciężko idzie. Dwa filmy na dvd czekają na mnie w domu, w kinie nie byłam, do tego zgubiłam gdzieś wypożyczony z Netflixu „A Scanner darkly”. Zgubę Netflixowi zgłosił mąż, bo ja ciągle miałam nadzieję, że film wypełznie gdzieś spod sterty gazet i pomacha mi okładką. Ustaliliśmy, że musiał wylądować gdzieś w koszu z resajklingiem, wrzucony tam razem z papierami i gazetami, ale że do ustaleń doszliśmy dopiero niedawno, więc film zapewne został już przemielony na trociny.

Na razie więc daję sobie jeszcze jedną szansę na poprawę. W międzyczasie rozpisuję szybki konkurs na najlepszy film mafijny w związku z tym, że „Bez popcornu” został właśnie dziś przyjęty do mafii. Może żeby czytelnikom nieco ułatwić zadanie, a sobie odświeżyć pamięć, wyliczę tutaj kilka bardziej smakowitych kąsków.

„Ojciec chrzestny”, czyli włoski makaron w sosie nowojorskim, podany przez szefa kuchni Marlona Brando, z depczacym mu po piętach czeladnikiem Alem Pacino. Całość przyprawiona przez Francisa Coppolę, któremu danie tak smakowało, że zrobił część drugą, a jako główną przystawkę zatrudnił Roberta De Niro. No co tu gadać – palce lizać.

„Chłopaki z ferajny”, czyli produkcja kulinarna wielkego, choć nikczemnego wzrostem szefa kuchni Martina Scorsese. Na talerzu ponownie pasta w sosie mafijnym, ale tym razem podana w surowej wersji przyrządzonej przez początkującego gangstera Henrego Hilla, który oprowadza jedzących po swojej kuchni opowiadając, jak stopniowo wciągała go praca w branży resturacyjnej i jak to się dla niego skończyło.

„Nietykalni” Briana De Palmy, który choć Złotej Palmy na konkursie kulinarnym w Cannes za to entree nie otrzymał, to zaserwował Kevina Costnera i Seana Connerego w chicagowskim sosie z czasów prohibicji, z dodatkiem pikantnych przypraw Ala Capone, umiejętnie dobranych przez starego wyjadacza Roberta De Niro.

„Człowiek z blizną” autorstwa ponownie de Palmy. De Palma zastosował specjalne barwniki podczas gotowania, gdyż chciał, aby efekt na talerzu był wstrząsający, a do  niektórych części użył piły mechanicznej do cięcia co bardziej opornych kawałków. Zalecana duża ostrożność w spożywaniu.

„Historia przemocy” Davida Cronenberga. Niby na pierwszy rzut oka nie czuć, że coś ostrego czai się na talerzu, ale gdy Ed Harris włącza się do gotowania i wywija patelnią, Viggo Mortensen nie ma wyjścia, jak tylko jeść, jak mu zagrają.

„Leon zawodowiec” francuskiego mistrza kuchni Luca Bessona, czyli żabie udka i ślimaki doprawione przez Jeana Reno i szczyptą młodzieńczej zieleniny zwanej Matyldą.

„Pulp Fiction”, czyli co Quentin na to. A on do nas z fikcyjną pulpą, w której na szczęście maczał palce Bruce Willis i John Travolta. Eklektycznie, zgodnie z najnowszymi trendami zaczerpniętymi z rozległej sieci restauracji, zwanych dla niepoznaki wypożyczalniami wideo, w których za młodu pracował szef Quentin.

Rozległą kartę dań serwuje Wikipedia. Zapraszam do konsumpcji.

piątek, 20 kwietnia 2007
Pół żartem, pół serio

„Pół żartem, pół serio” („Some like it hot”). Reżyseria Billy Wilder. W rolach głównych: Jack Lemmon, Tony Curtis i Marilyn Monroe.

Kończy się jednym z najlepszych cytatów w historii kina („I’m a man! Well, nobody’s perfect.”), a zaczyna od walentynkowej strzelaniny w Chicago, która dla całego filmu ma kluczowe znaczenie. Klasyk Billego Wildera, do którego wzdychała Mariola Wafelek w „Pociągu do Hollywood” umocnił pozycję nieśmiertelnej Marilyn Monroe jako seksbomby i mega gwiazdy kina lat 50. i stał się jedną z najpopularniejszych komedii w historii kina.

Joe i Jerry, dwaj muzycy są świadkami strzelaniny 14 lutego 1929 w garażu przy 2122 North Clark St, kiedy to gang Ala Capone, (nie)sławnego chicagowskiego gangstera z czasów prohibicji wystrzelał konkurencyjny gang Georga Morana. Panowie, chcąc niechcąc zostają zamieszani w zdarzenie i muszą wiać z Wietrznego Miasta, aby ocalić skórę. Będąc raczej bez grosza przy duszy próbują zaczepić się do pracy w swoim zawodzie, ale okazuje się, że do grania na saksofonie i kontrabasie potrzebne są tylko panie. Na takie dictum, Joe i Jerry przechodzą, jakbyśmy to dziś powiedzieli, makeover i jako Daphne oraz Josephine dostają pracę w damskiej orkiestrze jadącej na Florydę. Gdy poznają gwiazdę zespołu Sugar Kane Kowlaczyk (Monroe), zakochują się w niej na zabój. Reszta akcji toczy się na Florydzie, gdzie w końcu dociera ścigający panów Spats Columbo i gdzie następuje finał. Chicago ma więc niewielki, ale istotny udział w filmie. Niestety, miasta w filmie chyba nie ma (widziałam dawno, więc już nie pamiętam dokładnie). Wątpliwe jest, że ekipa w ogóle cokolwiek nakręciła w Chicago. Ale jak widać Al Capone zainspirował twórców, a że jest to postać z krwi i kości chicagowska, to i film dodaję do kategorii „Filmy z Chicago”.  

Wedle Wikipedii, „Pół żartem, pół serio” zostało uznane przez Amerykański Instytut Filmowy za komedię wszechczasów. Co ciekawsze, drugie miejsce zajęła „Tootsie” z Dustinem Hoffmanem w roli aktora udającego aktorkę opery mydlanej. Nie wiem, kto tam zasiada w tym Instytucie, ale sprawa jest podejrzana ;-) Film został opatrzony rankingiem „C” (od „condemned” – potępiony), ale był gwoździem do trumny słynnego kodeksu Haysa, regulującego w najdrobniejszych szczegółach  co można, a czego nie można pokazać na ekranie. Do opowiedzenia paru plotek na temat udziału platynowej blondynki w filmie zapraszam jgn, specjalistkę w temacie.

środa, 18 kwietnia 2007
Człowiek słoń

„Człowiek słoń”. Reżyseria David Lynch. W rolach głównych: Anthony Hopkins, John Hurt, John Gielgud, Anne Bancroft.

Dziś w cyklu „Ulubione” znakomity film Davida Lyncha „Człowiek słoń”. Oglądałam go wieki całe temu w dwójkowym cyklu „Kocham kino” i niedawno w amerykańskiej telewizji i czas, jaki minął od pierwszego seansu nie osłabił wrażenia, jakie zrobił na mnie, a wręcz je spotęgował. Do twórczości Lyncha mam trochę ambiwalentny stosunek, ale względem tego filmu nie mam żadnych wątpliwości, że jest jeden z najlepszych filmów traktujących o tolerancji i prawie człowieka do bycia szczęśliwym.

„Człowiek słoń” jest oparty na autentycznych faktach i życiu Johna Merricka, żyjącego w XIX wieku mężczyzny z niezwykle rzadką chorobą, zwaną zespołem Proteusza, objawiającą się potwornymi zniekształceniami ciała. Historia Merricka, którego prawdziwe imię brzmiało Joseph, pokazana w filmie rozbiega się nieco z faktami. Merrick przedstawiony został jako ofiara właściciela cyrkowej trupy – bity, poniżany i wystawiany na pośmiewisko, podczas, gdy w rzeczywistości jako cyrkowa atrakcja żyło mu się całkiem dobrze, uzbierał znaczną sumę pieniędzy i tylko pogarszający się stan zdrowia zmusił go do skontaktowania się z doktorem Fredericem Trevesem, który po jednym z pokazów zostawił mu swoją wizytówkę.

Doktor Treves wyciągnął Merricka z nory w cyrku i rozpoczął jego leczenie oraz naukę mowy, gdyż powszechnie sądzono, że człowiek-słoń nie mówi. Tymczasem Merrick nie tylko mówił, ale okazał się też pasjonatem sztuki: teatru i poezji. Stał się celebrity dziewiętnastowiecznej Anglii, a w dobrym tonie było spędzić czas na popołudniowej herbatce z nim. Zanim jednak John został gwiazdą wiktoriańskich salonów, przeżył w swoim życiu wiele upokorzeń i część filmu o tym opowiadająca niesie największy ładunek emocjonalny.

Jeśli wydaje nam się, że od XIX wieku minęło wiele czasu i dziś jesteśmy bardzie tolerancyjni i otwarci na inność, to myślę, że taki John Merrick szybko zrewidowałby nasze pojęcie o tym, że liczy się wnętrze człowieka, a nie wygląd. Wygląd chorego na potrzeby filmu został zrekonstruowany na podstawie odlewów gipsowych ciała Merricka. John Hurt, znakomicie grający Merricka wyglądał jak monstum z ogromną, zniekształconą czaszką, prawą ręką dłuższą niż lewa i ciałem pokrytym cystami i przerażającymi naroślami. John Merrick nie był osobą przyjemną do oglądania i dlatego wiele osób wtedy, a myślę, że pewnie i dziś odmówiłoby mu prawa do bycia człowiekiem. Merrick był zaszczuty przez ciemny tłum, który nie mógł zrozumieć, że pod tą potworną maską bije szlachetne serce oraz kryje się przenikliwy mózg. Nawet, gdy w ciszy i spokoju mieszkał w szpitalu pod okiem doktora Trevesa, znaleźli się tacy, którzy wciąż chcieli na nim zarobić, przyprowadzając potajemnie znajomych, aby pokazać im monstrum. Na szczęście, wielu było takich, których los Johna leżał na sercu i dzięki nim Merrick był w stanie żyć, jak każdy inny człowiek.

To nie jest wesoły ani nawet krzepiący moralnie film. Mimo iż twórcy wymyślili wzruszające zakończenie, mnie ten film mocno przygnębia. Czarno-biały obraz i durne, bezrozumne twarze ludzi wlewających w Merricka alkohol i cieszące się gęby na jego widok w cyrku napawają mnie smutkiem. Wiktoriański Londyn spowity w mgłę oraz przemysłowy smog tylko potęgują ponure wrażenie. Lynch niezwykle przenikliwie zanalizował ludzkie zachowania wobec kogoś, kto jest odmienny od przyjętych standardów oraz pokazał, że to co inne nie zawsze musi być złe czy nie do zaakceptowania. Piękny, poruszający i mocno depresyjny film, z kapitalną kreacją Johna Hurta jako Johna Merricka i znakomitym jak zawsze Anthonym Hopkinsem w roli doktora Frederica Trevesa. Polecam kinomanom.

20:27, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 kwietnia 2007
Gorączka sobotniej nocy

“Gorączka sobotniej nocy”. Reżyseria John Badham. W rolach głównych: John Travolta, Karen Lynn Gorney, Barry Miller.

Nie wiem, czy istnieje bardziej kiczowaty (Amerykanie by powiedzieli „cheesy”) film muzyczny. Chyba tylko „Grease” z tym samym Johnem Travoltą w roli głównej może się równać z eunuchowatymi głosami Bee Gees w tle, Travoltą wykonującym swój słynny taniec „rączka w górę, rączka w dół, krocze wprzód” i oprawą a’la disco lat siedemdziesiątych. Film uczynił z Travolty gwiazdę, a i Bee Geesom na pewno pomógł w karierze. Dziś ogląda się go z więcej niż przymrużeniem oka, choć uczciwie muszę przyznać, że przy piosenkach z tego filmu bardzo chętnie pląsam na parkiecie do tej pory, a John Travolta kiedyś bardzo mi się podobał. Grzechy młodości.

Film obchodzi swoje trzydziestolecie, stąd zapewne ACM TV odkopała tego dinozaura i pokazała w niedzielną (cóż za niedopatrzenie) noc. „Gorączka sobotniej nocy” zaczyna się od kultowej sceny, gdy Tony Manero (Travolta) oglądając się za pannami przemierza ulice Nowego Jorku w rytm „Staurday Night Fever”. Buty na obcasie, wąskie spodnie, poliestrowa koszulka i fryzura na pół Afro. Tony pracuje w sklepie z farbami, mieszka ze swoją włoską rodziną i marzy, aby wygrać doroczny konkurs tańca w dyskotece 2001 Oddyssey. Ma niezbyt rozgarniętych kolegów, których najczęstszymi rozrywkami jest sex z przygodnie poznanymi paniami, łażenie po nowojorskich mostach i LSD. Tony znajduje partnerkę do konkursu, ale podczas jednej z nocy w Odysei przyuważa nieznajomą, która na parkiecie wywija niezgorzej niż on sam. Porzuca więc dotychczasową dziewczynę i proponuje współpracę Stephanii. Mentalnie dzieli ich przepaść – on je jak świnia z pełnymi ustami i nie ma pojęcia kto to jest Lawrence Olivier, ona pija herbatę z cytryną zamiast pospolitej kawy i obraca się w wielkim świecie. Na parkiecie jednak te różnice nie mają znaczenia i taneczna współpraca układa się im całkiem dobrze.

Tak naprawdę fabuła ma drugorzędne znaczenie. Może gdy film był nowością było to istotne, ale z dzisiejszego punktu widzenia liczy się tylko (przynajmniej dla mnie), aby popatrzeć sobie, jak Travolta wywija na parkiecie i jaki z niego był kiepski aktor 30 lat temu. Dialogi w jego wykonaniu są drewaniane niczym podłoga w moim domu, ale i ich autor nie napracował się nad nimi zbytnio. Zaskoczeniem filmu jest zakończenie, nie cukierkowe i naiwne, jakby się można było spodziewać, ale i nieco dramatyczne i trochę umoralniające, gdy nieoczekiwana śmierć przyjaciela powoduje, że Tony rozumie, że raniąc ludzi, sam może zostać zraniony. Zabrzmiało poważnie, ale nie oszukujmy się – to przecież tylko „Gorączka sobotniej nocy”, a nie kolejna ekranizacja „Dziesięciu przykazań”. Film żyje swoim życiem, a legenda nie umiera – Madonna w trakcie swojej ostatniej trasy koncertowej miała na sobie biały garnitur i odstawiła na scenie dokładnie tę samą sekwencję z filmu, którą możecie obejrzeć poniżej. Tony Manero wymiata.

21:35, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy