O filmach zza oceanu
poniedziałek, 08 marca 2010
Skarpety okazały się niepotrzebne

Amunicja przygotowana do rzucania w telewizor w przypadku wygranej "Avatara" jako najlepszego filmu zaległa nieużyta przez większą część wieczoru, nie licząc kilku próbnych trafień. "Avatar" wystrzelał się w box officach i na Oskary nie starczyło rozpędu. Bombą, która wybuchła z siłą sześciu Oskarów okazał się "The Hurt Locker". Można więc powiedzieć, że w większości sprawy poszły po mojej myśli. Oskary aktorskie były po raz kolejny najbardziej przewidywalną częścią gali. Kurna, jakby Meryl Streep wygrała to byłaby większa sensacja niż wygrana Bigelow. Zabrakło niestety niespodzianek. Największymi za to niespodziankami były (przynajmniej dla mnie) Oskary za scenariusze. Za adaptowany myślałam, że wygra "Up in the Air", a za oryginalny Tarantino z "Bękartami". No i przegrana faworyzowanej "Białej wstążki". Argentyńska produkcja wyskoczyła niczym filip z konopii.

Największym przegranym jest jednak nie "Avatar", ale producent "The Hurt Locker", który dostał bana na ceremonię. No nie wiem jakim trzeba być idiotą, żeby wysyłać maile do członków Akademii i prosić o niegłosowanie na swojego największego konkurenta.

Baldwin i Martin stanęli na wysokości zadania, choć byłam sceptycznie nstawiona do wyboru ich jako prowadzących. Ceremonia wprawdzie przedłużyła się, ale było dowcipnie i z przymrużeniem oka. The beściakiem gali okazał się Ben Stiller jako Na'vi.

Jak patrzę na trendy oskarowe, to za rok może nas czekać sukces kolejnej produkcji w stylu "Chicago" czy "Slumdoga". Łaska hollywoodzka na pstrym koniu jeździ.


 

 

czwartek, 04 marca 2010
Oscarowe "chciał(a)bym"

Zgodnie z bezpopcornową tradycją (2009 i 2008), przed Oskarami coś z Guardiana. Tym razem, szacowny dziennik zapytał czytelników o ich osobiste prefencje co do nadchodzących Oskarów. Nie o to, kto wygra, czy powinnien wygrać, ale o to czyja wygrana ucieszyłaby ich najbardziej. Rezultaty "Who do you want to win" w dziesięciu najważniejszych kategoriach będą opublikowane po rozdaniu nagród.

Takie rozdanie ucieszyłoby mnie najbardziej:

Najlepszy film - miałam dużą zagwozdkę między "The Hurt Locker" a genialnym "Dystryktem 9" i ostatecznie postawiłam na krewetki.

Najlepszy reżyser - żadnych wątpliwości: Kathryn Bigelow.

Najlepsza aktorka - nie widziałam, niestety, żadnej z pań, więc niech będzie Sandra Bullock.

Najlepszy aktor - Jeremy Renner.

Najlepszy film zagraniczny - "Biała wstążka".

Najlepsza aktorka drugoplanowa - Vera Farmiga za "Up in the Air".

Najlepszy aktor drugoplanowy - bez niespodzianek, Christoph Walz.

Najlepszy scenariusz adaptowany - "Dystrykt 9".

Najlepszy scenariusz oryginalny - "The Hurt Locker".

Najlepszy film dokumentalny - "Food, Inc."

Wasze preferencje?

środa, 03 marca 2010
Crazy Heart

Reżyseria Scott Cooper. W rolach głównych: Jeff Bridges, Maggie Gyllenhall, Colin Farrell. W Polsce od 9 kwietnia.


Jeff Bridges to solidna marka z rodziny z aktorskimi korzeniami. Aktor przewija się na kinowym ekranie od wielu już dziesięcioleci, a jego najbardziej znaną rolą jest Jeffrey "The Dude" Lebowski z kapitalnej komedii braci Coen. Rola w "Crazy Heart" ma być podobno tą, która przyniesie mu Oskara i wiele przemawia za tym, że tak się stanie, gdyż postać odtwarzana w "Crazy Heart" powinna idealnie trafić w gusta Akademii, uwielbiającej nagradzać za role przegranych z życiem. Bridges gra Bada Blake'a, podstarzałego piosenkarza country, spłukanego do cna, zarabiającego na butelkę whisky graniem w kręgielniach i barach. Blake tuła się więc po amerykańskim Southweście w poszukiwaniu grosza i kobiet na jedną noc, coraz bardziej pogrążając się w swoim alkoholizmie.

Bridges "stopił" się ze swoim bohaterem: zarośnięty, z brzuszkiem, spoconymi pachami, w starym samochodzie, idealnie oddał odtwarzaną postać. Bad Blake, wbrew swojemu scenicznemu pseudonimowi, nie jest złym człowiekiem. Jest facetem, któremu dawno w życiu pogubiły się priorytety: kilka małżeństw, syn, którego nie widział dziesiątki lat, alkoholizm. Szansa na normalność pojawia się z chwilą poznania Jean, dziennikarki z Santa Fe. Związek z dużo młodszą kobietą, również po przejściach, samotnie wychowującą czteroletniego syna uświadamia Blake'owi, że może zacząć od nowa. Zawodowo również zaczyna być lepiej. Bad dostaje angaż jako "rozgrzewacz" przed koncertem Tommy'ego Sweeta (Colin "Bachleda" Farrell), z którym kiedyś skrzyżowały się profesjonalne ścieżki. Pozostaje więc pytanie, czy Blake wykorzysta tę szansę.

Debiut Scotta Coopera udał się, może nie całkowicie, ale z przewagę elementów na plus. Ta lepsza "większa"połowa to niewątpliwie Jeff Bridges, scenariusz, który na szczęście nie wpada w schematy, zwłaszcza w końcówce filmu oraz kawał niezłej muzyki country. Bridges i Farrell nie korzystali z innych osób podkładających głos pod ich śpiew i nawet nieźle im wyszło to śpiewanie, zwłaszcza Bridgesowi. Niemniej sam film nie zapada mocno w pamięć. Ot, kolejna historia talentu, który zaprzepaścił kawał swojego życia na alkohol. Gdyby nie Bridges, podejrzewam, że niewiele byłoby słychać o "Crazy Heart".

Co do Bridgesa i jego potencjalnego Oskara, to myślę, że go dostanie. Składa się na to jego staż hollywoodzki, dobra rola w filmie oraz postać, którą kreauje - typ, który, jak wspomniałam we wstępie - Akademia lubi. Ja wyżej oceniam rolę Jeremy'ego Rennera w "The Hurt Locker", no ale jego wygrana byłaby prawdziwą (he he) bombą.

Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy