O filmach zza oceanu
poniedziałek, 23 marca 2009
Duplicity

Reżyseria Tony Gilroy. W rolach głównych: Clive Owen i Julia Roberts. Premiera polska 17 kwietnia.


Ah, jak miło zobaczyć Mrs. Roberts w głównej roli. Po paru latach poświęconych dzieciom i graniu epizodycznych ról ("Ocean's 12", "Wojna Charliego Wilsona"), America's sweetheart wraca na duży ekran w lekkiej, inteligentnie napisanej i wyreżyserowanej komedii obyczajowej "Duplicity". Akurat takiego filmu trzeba mi było niedzielnym popołudniem: humoru, intrygi, romansu i ładnych twarzy. Julia prezentuje się w nim powabnie, seksowanie i przyzwoicie aktorsko jak na siebie (no bo nie czarujmy, Julia wielką aktorką nie jest). Roberts gra Claire Stenwick, byłą agentkę CIA, której zawodowe ścieżki krzyżują się z Rayem Kovalem (Clive Owen), agentem brytyjskiego MI-6. Pierwsze spotkanie pary nie wróży nic dobrego, ale mimo wszystko postanawiają połączyć siły i zacząć pracować na własny rachunek jako szpiedzy w dwóch rywalizujących ze sobą korporacjach, próbując wykraść recepturę nowego produktu jednej z nich.

"Duplicity" to zdecydowanie kino rozrywkowe i o innym ciężarze gatunkowym niż debiut reżysera "Michaela Claytona". Można jednak łatwo zauważyć pewne podobieństwa w stylu reżyserowania i pracy nad obrazem. Gilroy lubi gwiazdy - w obu filmach zagrały bardzo znane nazwiska, a Tom Wilkinson pojawił się w obu. Lubi też bawić się chronologią wydarzeń i przeplatać aktualną akcję wstawkami z przeszłości, co w "Duplicity" wyszło nawet lepiej niż w "Michaelu Claytonie". Do tego stopnia, że udaje mu się wyprowadzić widza (mnie) w pole i sprytnie prowadzić intrygę łącząc świat rzeczywisty filmu z wydarzeniami wcześniejszymi. Po trzecie, Gilroy wybiera scenariusze, które mimo iż jak ten do "Duplicity" mogą wydawać się banalne, to dzięki porządnemu wykonaniu nie uwłaczają inteligencji widza. Zdaje się, że grupą docelową reżysera są osoby w wieku 30-40 lat, którym nie zawsze wystarcza przaśny humor amerykańskich komedii, a które w kinie szukają rozrywki na poziomie. Ja zdecydowanie czuję, że jestem w grupie docelowej i oba filmy reżysera obejrzałam z przyjemnością. Widać też, że Gilroya interesują wielkie korporacje - akcja obu filmów toczy się w ich środowisku - wytwory XX wieku, przenikające płynnie świat biznesu i życie prywatne bohaterów.

"Duplicity" ma kilka dłużyzn oraz zamotanych irytujących momentów, ale jak na inteligentny weekendowy odmóżdżacz wypada całkiem przyzwoicie. Polecam zwłaszcza fankom Clive Owena (a wiem, że czytają) oraz na deser 10 pytań do aktora z ostatniego "Time'a" (pytanie o to, kiedy będzie w Houston nie padło).
22:44, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (11) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy