O filmach zza oceanu
środa, 26 marca 2008
Śmieszne filmy dla wybrednej

W związku z zarzutami (patrz komentarze pod ostatnią recenzją), że zrobiłam się marudna i wybredna, a to, co śmieszne mnie nie śmieszy, zapytuję się więc czytelników, co Was ostatnio rozbawiło w kinie, w telewizji, czy na dvd? Bo ja ostatni raz porządnie uśmiałam się wieki temu na „Superbad” i "Lars and the Real Girl".

wtorek, 25 marca 2008
Pociąg do Darjeeling
Reżyseria Wes Anderson. W rolach głównych: Owen Wilson, Adrien Brody i Jason Schwartzman.


Recenzja z dedykacja dla koleżanki Hjuston, która bardzo chciała, abym obejrzała, a następnie zrecenzowała ten film. Po tym, jak zglebiłam „Across the Universe” dostałam prikaz, aby „The Darjeeling Limited” opisać pozytywnie, bo bardzo podobał się koleżance, która raz, że była w Indiach, więc ma osobiste doświadczenia z podróży do tego kraju, a dwa, że ma młodszą siostrę, a temat rodzeństwa jest kluczowy w ostatniej produkcji Wesa Andersona („The Royal Tennenbaums”, „The Life Aquatic with Steve Zissou”).

Postawiona przed takim dictum, nie mam wyjścia, jak tylko powiedzieć, że „The Darjeeling Limited” jest filmem śmiesznym i zabawnym, a ja ubawiłam się po pachy oglądając spirytulistyczną podróż trzech braci po Indiach. Będę pewnie musiała odpokutować za to, co zaraz napiszę, ale powyższe zdanie ma się do prawdy jak wół do karety. Film jest niewątpliwie zakręcony i bardzo „andersonowski”. Łatwo dopatrzeć się podobieństw z poprzednimi filmami reżysera, zwłaszcza upodobania do głównego motywu, czyli pokręconych więzi rodzinnych. To akurat wychodzi Andersonowi najlepiej, bo cała reszta jest mocno przekombinowana. O nie, choć akurat założenie bandaży i plastrów na Owena Wilsona było mistrzowskim posunięciem i jego krzywy nos nigdy chyba nie wyglądał lepiej niż w tym filmie. Aktorów Anderson dobierał właśnie chyba według tego klucza, bo i Adrien Brody (którego skądinąd bardzo lubię) i Jason Schwartzman wyglądali, jakby nosy ustawiał im pijany trener trzeciej ligii bokserskiej.

Film nie musi mieć egzystencjalnego przekazu, aby był dobry. Kiedy jednak stara się coś przekazać, a do tego wybiera formułę komediową, mogą pojawić się kłopoty i to właśnie stało się z „The Darjeeling Limited”. Reżyser nakręcił film, który miał - według mojej opinii- być zabawną wiwisekcją tego, jak najbliżsi sobie ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać i choć mówią do siebie, to nie rozumieją, co się do nich mówi. Wyszło tak sobie. Najlepszym żartem całego filmu jest scena, gdy Wilson chce, aby indyjski chłopiec wypastował mu buty, a ten ściąga mu jednego mokasyna z nogi i ucieka. Taki humor jest dobry w wykonaniu Flipa i Flapa, ale po Wesie spodziewałabym się, że burleska będzie podparta porządnymi i śmiesznymi dialogami.

Ogląda się lekko, nawet się czasem człowiek uśmiechnie pod nosem, ale film nie sprawdza się ani jako komedia, ani jako żartobliwy moralitet. Ktoś powiedział Andersonowi, że „The Royal Tennenbaums” byli jego najlepszym filmem, więc reżyser próbował powtórzyć sukces tamtego filmu, ale z miernym efektem.

Muzyka mi się podobała.

sobota, 22 marca 2008
Hustle&Flow

Reżyseria Craig Brewer. W rolach głównych: Terrence Howard, Anthony Anderson, Taryn Manning.



O tym, że ciężkie jest życie alfonsa rapuje w filmie „Hustle & Flow” Terrence Howard. Nie wiedziałam za bardzo, czego spodziewać się po tym filmie, na który przypadkowo natknęłam się niedawno w telewizji. Cukierkowi Beatlesi w wersji z „Across the Universe” nie zrobili na mnie wrażenia, a rapujący alfons z Memphis, który w muzyce widzi szansę na wyrwanie się z marazmu swojego zawodu i środowiska – i to jakie, choć rapu nie słucham.

Ten film to dynamit! A mógłby być totalną porażką i otrzeć się o niemiłosierny kicz, ale obronił się bardzo dobrym aktorstwem, chwytliwą muzyką i sposobem narracji, który całą tą, niezwykle przecież prostą fabułę, uwiarygadnia i - co ważne - sprawia, że ogląda lekko i przyjemnie. Jednocześnie film nie stroni od krytycznego osądu środowiska raperów i społeczności murzyńskiej, przedstawiając problem ubóstwa, wszechobecnych narkotyków, prostytucji, ciąż nieletnich, przestępczości i marazmu, w jakim tkwi ogromna część czarnej społeczności Ameryki. Język filmu jest dosadny. Kanał, na którym oglądałam, skutecznie wyciszył wszystkie (nie)sławne słowa na „n”, że o tych na „f” i innych, obraźliwych nie wspominając. Z reguły taka cenzura działa mi na zęby – w końcu po to płacę za telewizję satelitarną co miesiąc, aby oglądać filmy, których nie wyświetlą podstawowe kanały, ale w przypadku słowa na „n” mogę sobie dośpiewać, co wyciszono.

No ale nie o słowie na „n” miałam pisać. „Hustle & Flow” to kawał porządnej rozrywki z interesującym tłem. Muzyka też wpada w ucho, a kapitalny utwór „It’s Hard Out There for a Pimp” dostał nawet Oskara za najlepszą piosenkę. Można byłoby się spodziewać, że film o alfonsie i jego prostytutkach pokaże kobiety od bardzo instrumentalnej strony, sprowadzając je do roli źródła utrzymania głównego bohatera. Infantylna Nola, prowokująca Lexus i cicha (do czasu) Shug mają również swoje marzenia i wraz z rosnącą potrzebą Djaya do wyrwania się z stręczycielskiego biznesu, rosną również ich aspiracje, aby coś zmienić w swoim życiu.

Czy w filmie zagrali jacyś znani raperzy, nie wiem. Czy leciały w tle prawdziwe raperskie przeboje, nie mam pojęcia. Odsyłam do imdb.com Mnie bardziej zainteresowało, że Terrance Howard przygotowując się do roli rozmawiał z 123 alfonsami i 78 prostytutkami i przez miesiąc mieszkał w burdelu w Memphis.

Jak znalazł na święta (upadła Marie Magdaleny, moralno-duchowo-egzystencjalne zmartwychwstanie głównego bohatera i lots of love). Skoro „Szklaną pułapkę” pokazują każdego roku na Boże Narodzenie, to „Hustle & Flow” mogą na Wielkanoc.

Everybody gotta have a dream.

22:54, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 marca 2008
Into the Wild

(Wszystko za życie). Reżyseria Sean Penn. W rolach głównych Emile Hirsch, Marcia Gay Harden, William Hurt. Od 4 kwietnia w Polsce.

W latach 60., czasach flower-power, nonkonformizm uchodził za normę, zaprzeczając niejako samej zasadzie buntu. Bunt był modny, kontestowanie otaczającego świata u schyłu wojny w Wietnamie, segregacji rasowej, zabójstw prezydenta i prokuratora generalnego USA wydawało się niemal naturalne, a popularność ruchu dzieci-kwiatów osiągnęła zenit. Dziś po hippisowskich komunach nie zostało wiele śladów, a ci, którzy nigdy nie ścięli bujnych loków, uchodzą często za niedostosowanych, dziwnych, innych. Bohater filmu Seana Penna „Into the Wild” ("Wszystko za życie") mimo iż urodził się wiele lat po rewolucji społecznej lat 60. też mógłby w oczach niektórych uchodzić za dziwaka, odmieńca, człowieka, który odrzuca to, co ofiaruje mu świat i w zamian wybiera wędrówkę i życie bez pieniędzy, ale w zgodzie z własnym „ja”.

Christopher McCandless po ukończeniu dobrego college’u i z perspektywą studiowania prawa na Uniwersytecie Harvarda, oddaje na cele charytatywne ponad 20 tysięcy dolarów pozostałych po zakończeniu college’u, część pieniędzy pali i rusza w drogę po Ameryce. Jedynym towarzyszami, jakich posiada są plecak i notatnik, w którym Chris, lub Alexander Supertramp, jak siebie nazywa, spisuje swoje myśli i plany. Celem wyprawy staje się Alaska, gdzie po blisko dwóch latach bohater dociera i żyje w zupełnej samotności w znalezionym wraku starego autobusu. Rodzina nie wiem, gdzie jest Chris, gdyż ten zaaranżował wszystko tak, aby nikt nie wiedział, gdzie się znajduje.

Film oparty jest na autentycznych wydarzeniach, które zainspirowały Jona Krakauera do napisania książki o młodym człowieku, który w świecie pełnym rzeczy materialnych, pogoni za karierą, zakłamania i nieprawdy, zdecydował się na porzucenie tzw. „dobrych perspektyw” i podążanie swoją własną drogą. Wybór Chrisa może budzić mieszane uczucia. Dla jednych będzie oznaczał brak szacunku dla edukacji, którą odebrał, rodziców, siostry i systemu społecznego, który większości z nas narzuca określone role. Dla innych będzie to manifestacja przeciwko wyścigowi szczurów, wielkomiejskiemu życiu i dążeniom do utartych społecznie schematów o dobrej pracy, fajnym aucie i małym białym domku na przedmieściach. Chris zdecydował się na rozwiązanie, na które wielu osobom nigdy nie starczy odwagi, mianowicie żyć tak, jak on chce, a nie tak, jak wymagają od nas normy narzucane nam przez rodzinę, czy społeczne nakazy i zakazy. Przy czym to co zrobił, nie było nawet buntem, ale raczej prostym wyborem, który długo kiełkował w nim po latach życia z niekochającymi się rodzicami i ich skrywaną przeszłością.

Decyzja Chrisa, aby wieść koczownicze życie, chwytając się dorywczych prac, pomimo jej niekonwencjonalności, nie wydaje mi się aż tak niecodzienna. Każdy z nas gdzieś w pewnym punkcie swojego życia staje na rozstaju dróg i musi podjąc decyzję co do przyszłości. Czy będzie to wybór studiów, pracy, partnera, każdy z nas podejmuje jakiś wybór, który zaważy na jego przyszłym życiu. W przypadku Chrisa była to wędrówka po Ameryce i dotarcie do Alaski, gdzie miał się spełnić sen bohatera o życiu w zgodzie z naturą, samym sobą, z dala od cywilizacji. Bardziej dziwi mnie zupełne odcięcie się od rodziny i brak jakiegokolwiek kontaktu z nią, nawet z siostrą, z którą bohater był w braterskiej komitywie. Bardziej też dziwi mnie pewna naiwność bohatera, że zdoła sam, bez jakiejkolwiek pomocy, przeżyć w surowym klimacie Alaski, jedząc jagody i wiewiórki.

„Into the Wild” skojarzyło mi się ze świetnym filmem Wernera Herzoga „Grizzly Man”, który jakiś czas temu w końcu wyciągnęłam z filmowej szuflady i obejrzałam do końca. Mimo iż Chrisa i Timothy’ego Treadwella z dokumentu Herzoga nie łączyło zbyt wiele (poza uwielbieniem dla Alaski), wydaje się, że obaj mieli zbyt dużo wiary w samowystarczalność. To, jak skończyły się te dwie historia, pokazuje zaś, że człowiek jest istotą społeczną i że odcięcie się od innych jednostek w poszukiwaniu samego siebie może okazać się zgubne. Z drugiej strony, sposób w jaki sportetowano obu mężczyzn nie pozostawia wątpliwości, że obaj dzięki swojej nonkonformistycznej postawie żyli przysłowiową pełnią życia, nawet jeśli zapłacili za to wysoką cenę.

17:41, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 10 marca 2008
Across the Universe
Reżyseria Julie Taymor. W rolach głównych: Evan Rachel Wood, Jim Sturgess, Joe Anderson.


Tracę coś ostatnio serce do słodkich filmów. Nie zachwyciło mnie „Juno”, a teraz rozczarowałam się „Across the Universe”. Ten beatlesowki musical jest dla mnie prawie że zamachem na muzykę tego zespołu, a John Lennon przewraca się w grobie słysząc miaukliwe wykonania swoich piosenek. McCartney’owi film podobno się podobał. Poor bastard.

Koncept filmu jest ciekawy. Banalną historyjkę kilkorga młodych ludzi, osnutą na kanwie wojny wietnamskiej, problemów rasowych i przemian społecznych w Ameryce urozmaicono piosenkami The Beatles, które wypełniają film od pierwszej do ostatniej minuty. Kiedy więc niedoszła lesbijka, nie umiejąca przyznać się do swojej orientacji widzi obiekt swoich westchnień, śpiewa sobie rzewnie „I Wanna Hold Your Hand”. Na samym początku filmu widzimy głównego bohatera śpiewającego „Girl” i już wiemy, że będzie o nieszczęśliwej miłości. I tak to leci dalej. Dobór piosenek do akcji jest nawet nieźle pomyślany, choć czasem przewidywalny. Postaci z filmu dodatkowo noszą imiona z utworów zespołu, jest więc Jude (“Hey Jude’), Lucy (“Lucy in the Sky with Diamonds”), JoJo (“Get Back”), Sadie (“Sexy Sadie”), Prudence (“Dear Prudence”) i Max (Maxwell's Silver Hammer”), że wspomnę tylko głównych bohaterów.

Fabuła jest prosta jak budowa cepa, ale to jeszcze da się jakoś przeżyć. Aktorstwo wali się momentami na całego, ale też przymknę oko. Najbardziej chyba zapadająca w pamięć scena w komisji wojskowej zgrana z piosenką „I Want You (She’s So Heavy)” zaczyna się wielce obiecująco, po czym finał ze Statułą Wolności symbolizującą, jak trudny, wyczerpujący i okrutny jest proces niesienia wolności (sic!) rozbawiła mnie do łez. Najgorsze jednak były aranżacje piosenek czwórki z Liverpoolu. Rozumiem, że gdyby piosenki brzmiały identycznie, jak w wykonaniu Beatlesów, psioczyłabym, że nie ma nic nowego. Okay. Niech będą zaaranżowane, przerobione, przemiksowane, podrasowane, stiuningowane, ale niech to będzie zrobione z sercem, jajem i pomysłem! A w „Across the Universe” każda piosenka brzmiała tak samo. Wszystkie w rzewnej, płaczliwej, udramatyzowanej formie, na jednej nucie. Jedyną piosenką i zarazem sceną w filmie, która zrobiła na mnie wrażenie było „Let It Be”, ale pewnie dlatego, że włączył się chór gospel.

Nie jestem wielką znawczynią muzyki Beatlesów, ale znam ich wczesną radosną twórczość spod znaku „Love Me Do” oraz późniejszą z „Abbey Road”, czy „Klubu samotnych serc sieżanta Peppera” i powiem, że coś mi się normalnie robiło, gdy słuchałam tych miaukań. Mąż, który filmu nie oglądał (teraz wiem dlaczego), ale za to Beatlesów zna lepiej niż ja przychodził od czasu do czasu do pokoju zwabiony dźwiękami jakiejś wyjątkowo kiepskiej aranżacji, z jednym pytaniem na ustach „WTF?” Nie odebrałam tego aż tak źle, jak on, ale przyznam, że spodziewałam się czego bardziej pomysłowego, a nie takich strasznie ugłaskanych wersji. Jeśli muzyka Beatlesów stanowiła kanwę całego filmu i była (lub raczej miała być) jej najmocniejszym filarem, to osobiście chciałabym tą muzykę słyszeć w tym filmie, a nie przechodzić od jednego płaczliwego utworu do drugiego. Wydawało mi się, że nie może być nic gorszego niż Evan McGregor w „Moulin Rouge” (który jako całość podobał mi się), a tu proszę. Dobry pomysł to nie wszystko. Trzeba również wiedzieć, jak go wyegzekwować.

Myślę, że problem leży w tym, że to nie jest film dla fanów tego zespołu, dlatego ktokolwiek kto choć trochę zna ich muzykę będzie zawiedziony (tak mi się zdaje na podstawie reakcji mojej i męża). „Across the Universe” jest popową papką przemiksowaną dla tych, którzy Beatlesów znają wyrywkowo. Pokażcie mi prawdziwego fana The Beatles, któremu podobał się ten film.
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy