O filmach zza oceanu
środa, 28 marca 2007
Labirynt Fauna

“Labirynt Fauna” (w Polsce od 30 marca). Reżyseria Guillermo del Toro, scenariusz Guillermo del Toro, zdjęcia Guillermo Navarro. W rolach głównych: Ariadna Gil, Ivana Baquero, Sergi Lopez, Doug Jones.

   

“A long time ago, in the underground realm, where there are no lies or pain, there lived a Princess who dreamed of the human world. She dreamed of blue skies, soft breeze, and sunshine. One day, eluding her keepers, the Princess escaped. Once outside, the brightness blinded her and erased every trace of the past from her memory. She forgot who she was and where she came from. Her body suffered cold, sickness, and pain. Eventually, she died. However, her father, the King, always knew that the Princess' soul would return, perhaps in another body, in another place, at another time. And he would wait for her, until he drew his last breath, until the world stopped turning...”

Długo zbierałam się na odwagę, aby obejrzeć „Labirynt Fauna”, gdyż parę momentów z zapowiedzi zmroziło mi krew w żyłach, a im jestem starsza, tym mniejszą mam odporność na przemoc w kinie. No, ale skoro teraz piszę, to znaczy, że obejrzałam. „Momenty” były i nie pamiętam kiedy ostatni raz siedziałam w kinie z twarzą ukrytą w dłoniach, gdyż nie mogłam patrzeć na to, co dzieje się na ekranie. Uspokajam jednak przyszłych widzów, że nie jest aż tak krwiście, to chyba bardziej napięcie w filmie niż rzeczywista przemoc były przyczynkiem do mojego zachowania.

Tłem filmu jest wojna domowa w Hiszpanii w 1944 r. Wojska generała Franco krwawo tłumią przejawy oporu ze strony partyzantów oraz próbują narzucić swoje zwierzchnictwo ludności cywilnej, nie wahając się przed morderstwami, propagandą i praniem mózgów. Oczekująca dziecka Carmen przyjeżdża ze swoją córką Ofelią do kwatery frankistowskiego kapitana Vidala, który jest jej mężem oraz ojcem jej nienarodzonego dziecka. Kapitana szybko poznajemy jako bezwzględnego i nieznającego litości człowieka, który nie tylko wszędzie wietrzy podstęp, ale nie ma również skrupułów w życiu osobistym. Tymczasem nastoletnia Ofelia źle się czuje w skrzypiącym starością domu oraz w towarzystwie kapitana, którego matka nakazuje jej nazywać ojcem. Ojciec Ofelii zginął w czasie wojny i kto wie, czy Vidal, zauroczony urodą Carmen, nie przyłożył do tego ręki. Dziewczynka, przy pomocy małej skrzydlatej istotki, nazwijmy ją wróżką, odkrywa w pobliżu domu tajemniczy labirynt oraz mieszkającego w nim fauna. Faun wyjaśnia jej, że jest ona zaginioną księżniczką, na której powrót czeka stęskniony ojciec i aby wrócić do swojego królestwa oraz udowodnić, że jest nieśmiertelna Ofelia musi wykonać trzy zadania przed pełnią księżyca.

Film jest przepiękny, z niebanalnym scenariuszem, zakończeniem, które zostawia widza z rozdartym sercem, dobrym aktorstwem i językiem hiszpańskim (kiedy ja się w końcu zapiszę na lekcje?), który nie tylko z racji miejsca akcji, ale także ze swojej intensywności i naturalnego temperamentu znakomicie podkreślał walory całości. „Labirynt fauna” znakomicie łączy baśniową historię Ofelii z realiami wojny i zostawia widzowi szerokie pole do interpretacji. Dwa światy, tak różne, są bardzo płynnie ze sobą związane i zastanawiamy się, czy to co przeżywa Ofelia dzieje się „naprawdę”, czy jest jej wyimaginowaną ucieczką od wojny i jej okrucieństw. Gdy matka nie daje jej wsparcia (źle znosi ciążę i pozostaje całe dnie w łóżku), Ofelia ucieka w bajkowy świat fauna i przygód, jakie na nią czekają podczas wykonywania trzech powierzonych działań. A świat bajki rządzi się swoimi prawami i Ofelia przekonuje się o tym na własnej skórze.

Obraz w „Labiryncie Fauna” to sama poezja, słusznie nagrodzony Oskarami za zdjęcia, makijaż i scenografię. To wspaniała wycieczka w krainę wyobraźni i magii, gdzie nie ma bólu i kłamstw, a ponad wszystko liczy się po prostu szlachetne serce. Bardzo polecam.

niedziela, 25 marca 2007
Maria Antonina

“Maria Antonina”. Reżyseria: Sofia Coppola. W rolach głównych: Kirsten Dunst, Jason Schwartzman, Marianne Faithfull.



Istnieje gatunek filmu zwany kostiumowym, gdy akcja rozgrywa się w XVII bądź XVIII wieku, a bohaterowie ubrani są w stroje z epoki. Takim właśnie filmem jest najnowszy film Zośki Coppoli “Maria Antonina”. Film dostał zasłużonego Oskara za kostiumy i są one jedynym dobrym akcentem tego filmu.

Poznajemy Antośkę, gdy w wyniku zaaranżowanego małżeństwa wyjeżdża z ojczystej Austrii do Francji, aby poślubić przyszłego króla Ludwika XVI. Dwór francuski, początkowo jest niechętny młodziutkiej królowej i nie omieszka naśmiewać się z jej nieskonsumowanego małżeństwa z Ludwikiem i braku potomka. Matka, królowa Maria Teresa, drąży jej dziurę w brzuchu, aby doprowadziła do aktu fizycznej miłości, bez którego jej pozycja na dworze nie wydaje się być pewna, a alians francusko-austriacki zagrożony. Maryśka czuje się więc nieszczęśliwa i niepewna jutra. Dopiero, gdy poznaje członków francuskiej arystokracji, którzy balują do rana i wydają stosy pieniędzy na rozrywki, jej życie nabiera rumieńców, a ona sama rzuca się w wir zabawy, wydając przy tym bajońskie sumy na stroje, biżuterię i wszelakie zachcianki.

Po niezwykle udanym “Lost in Translation”, który zbierał pochwały po obu stronach globu, “Maryśka Antośka” ani się umywa do subtelnego “Między słowami”. Doprawdy nie wiem, jaki był zamiar Coppoli, gdy zabierała się za ten projekt. Czy chciała nakręcić opowieść o francuskiej królowej, która oddała głowę pod gilotynę czy teledysk dla MTV? Wyszedł jej niepoważny film o poważnych wydarzeniach, w konwencji opowieści dla ucznia z amerykańskiej high school, który oglądając ten film mógłby pomyśleć, że królowa Antonina to zakręcona laska była. Chodziła na imprezy i bale przebierańców, grała w karty i kości, romansowała, paliła opium, wybierała peruki i buty przez całe dnie, jednym słowem była cool and hip. W filmie prawie nie ma wzmianek o ówczesnej sytuacji politycznej oraz bolączkach absolutystycznej Francji, a oglądamy wyłącznie beztroskie życie Antośki, mącone jedynie tymczasową oziębłością seksualną męża, plotkami na dworze i wyborem między różowymi a niebieskimi butami. Dużo jest różowego koloru na ekranie, który jeszcze bardziej podkreśla styl Barbie, jaki wybrała Coppola. Na podkład muzyczny Coppola wybrała muzykę, którą określiłabym modern punk, przez co film sprawiał wrażenie wideo w strojach sprzed rewolucji francuskiej. Kicz jednym słowem, który, jak mi się wydaje miał pomóc w przetrawieniu filmu przez amerykańską publiczność. Nie wiem tylko, kto z tej publiczności miał go oglądać – nastolatki wolą pościgi i s-f, a dorosłych kino w kolorze waty cukrowej już nie interesuje.

Uważam “Marię Antoninę” za artystyczną porażką Coppoli. Popkulturowa papka w kostiumach z XVIII wieku nie mówi nic o Francji tamtych czasów, a królowej Antoninie nie wystawia najlepszego świadectwa. Kirsten Dunst jako królowa zagrała poprawnie, ale to za mało, aby zatuszować inne słabości. Coppola być może miała w zamiarze film o historii w nowoczesnej formie, gdzie kostium byłby estetycznym dodatkiem, a nie obciążeniem, ale hybryda filmu kostiumowego z teledyskiem MTV zupełnie się jej nie udała. Nie dziwię się więc, że po pokazie filmu na festiwalu w Cannes wiosną 2006 film został wygwizdany. Gdybym tam była, też bym gwizdała.

04:16, aniabuzuk , Kiepskie
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 marca 2007
Grbavica

„Grbavica”. Reżyseria Jasmila Zbanic. W rolach głównych: Mirjana Karanovic i Luna Mijovic.

Europa zawitała do Chicago. Przez cały marzec odbywa się u nas European Union Film Festival prezentujący filmy, których normalnie nie uświadczysz w kinach, poza nielicznymi wyjątkami, gdy nazwisko reżysera daje szansę, że na widowni będzie więcej niż 5 osób. W ramach festiwalu można obejrzeć kameralne europejskie produkcje, gdy więc bloxowa koleżanka-kinomanka Lonelystar wspomniała u siebie o festiwalu, zabukowałam datę na seans „Grbavicy”. Przy okazji dostrzegłam koleżankę na widowni i tym oto sposobem ze świata Bloxu przeszłyśmy do rzeczywistego w Windy City (pozdrawiam).

„Grbavica” jest filmem na wskroś europejski, bez zbędnych ozdobników opowiadającym prostą historię Esmy, jej nastoletniej córki Sary i ich życiu w Grbavicy, jednej z dzielnic Sarajewa. Po bośniacko-serbskim konflikcie, kiedy to Serbowie wymordowali kilka tysięcy Bośniaków, czemu cały świat przyglądał się z założonymi rękoma, kobiety Sarajewa próbują ułożyć sobie życie na nowo i zapomnieć o traumie wojennej. Ma im w tym pomóc terapia grupowa, na która chodzi również Esma, ale nigdy nie opowiada o ty, co zdarzyło się w czasie wojny. Widać, że kobieta nosi jakieś brzemię i wiadomo, że w pewnym momencie dojdzie do jego pęknięcia. Córka Esmy wchodzi w wiek dorastania i zaczyna nie tylko buntować się przeciwko narzucanym przez matkę normom, ale również zadawać niewygodne pytania, głównie co stało się z jej ojcem w czasie wojny, jak zginął i kim był. Dziewczynka chce jechać na klasową wycieczkę, ale cena 200 euro stanowi poważną przeszkodę dla jej matki, która pracuje nocami w dyskotece jako kelnerka. Gdy okazuje się, że dzieci zabitych w czasie wojny ojców posiadających specjalny certyfikat mogą jechać za niższą cenę, konflikt między matką a córką uważającego ojca za zamordowanego przez Serbów bohatera dochodzi do punktu kulminacyjnego.

Reżyserka Jasmila Zbanic opowiedziała historię Esmy oraz po trosze jej rodaków bez epatowania obrazami wojny i okrucieństw, jakie się w jej czasie dokonały. W niezwykle oszczędny sposób przedstawiła codzienne życie zwykłej kobiety zmagającej się z traumą powojenną oraz tym, co widziała i czego doświadczyła. Film nikogo nie obwinia, nie piętnuje zbrodniarzy i nie ma chakteru oskarżycielskiego. Pokazuje jak skrzywdzeni przez wojnę ludzie pragną normalności i powrotu do tego, co było przed wojną. Nie jest im łatwo zapomnieć i oddzielić przeszłość grubą kreską, ale próbują ułożyć sobie życie na nowo, zawieszeni gdzieś między wspomnieniami a nadzieją na lepsze jutro. „Grbavica” po bośniacku oznacza osobę garbatą i w filmie jest metaforycznym określeniem bohaterki oraz jej brzemienia. Esma, w odpowiedzi na obawy Sary, że wyjdzie za mąż i ją zostawi, powtarza córce dobre dziesięć razy, że nigdy jej nie opuści,  podobnie jak wspomnienie tego, co wydarzyło się kilkanaście lat temu będzie jej towarzyszyło do końca życia. Mimo traumy, jaką obarczona została główna bohaterka, po samooczyszczeniu jest wciąż nadzieja na lepszą przyszłość dla Esmy i jej córki.

Kameralne, bardzo europejskie kino, z aktorami o twarzach zwyczajnych ludzi.

wtorek, 06 marca 2007
The Last King of Scotland

„The Last King of Scotland”. Reżyseria Kevin Macdonald. W rolach głównych: Forest Whitaker, James McAvoy, Gillian Anderson.

Oskarowa rola Foresta Whitakera jako ugandyjskiego dyktatora Idi Amina nie jest jedyną ozdobą tego filmu. Od początku seansu „Ostatniego króla Szkocji” uderzyły mnie soczyste barwy na ekranie: żółć, czerwień oraz towarzysząca im zieleń, co przypominało mi ciut rastafariańskie klimaty oraz spaloną słońcem sawannę afrykańską. Do tego rytmiczna muzyka i początek filmu wygląda bardziej jak opowieść rodem z Jamajki niż o rzeziach i jatkach, których zresztą długo w filmie nie widać.

Reżyser ciekawie poprowadził rozwój akcji. Na początku poznajemy Nicholasa Garrigana, świeżo upieczonego lekarza ze Szkocji, który postanawia uczynić należyty uczynek ze swojego dyplomu i wyjeżdża do Ugandy pomagać mieszkańcom prowincji. Pewnego dnia przypadkowo poznaje Amina i udziela mu pierwszej pomocy po zderzeniu samochodu dyktatora z krową. Doktor zyskuje sympatię Amina, który nie cierpiąc byłych brytyjskich kolonizatorów, ma wiele sympatii dla młodego Szkota i niewiele później po zdarzeniu proponuje mu posadę swojego własnego lekarza. Garrigan początkowo odmawia, ale życie u boku prezydenta ostatecznie go skusi. Reżyser Kevin MacDonald przedstawił postać Amina, jak widziałby go przeciętny człowiek – rubaszny jegomość ze słabością do  mundurów, lubiący zabawę i otaczający się oddanymi mu ludźmi. Ludność wydawała się go kochać, wiwatując na jego cześć, gdy tylko zobaczyła samochód wodza. Amin dbał o swoich współtowarzyszy i w pełnych entuzjazmu słowach zapowiadał poprawę warunków życia w kraju i przekreślenie raz na zawsze brytyjskiego jarzma.

Jowialne oblicze wodza kryło jednak jego prawdziwą naturę mordercy, ze skłonnością do podejrzewania wszystkich o zdradę i węszącego spisek i reżyser powoli pokazał kim naprawdę był dyktator. Szacuje się, że Idi Amin zabił w czasie swoich rządów od 300 do 600 tysięcy ludzi w Ugandzie. Jego fascynacja Szkocją była autentyczna i dyktator wydawał parady z orkiestrą ubraną w tradycyjne szkockie spódniczki, które sam zresztą chętnie nosił. Tytułował się ostatnim królem Szkocji i wyrażał chęć poprowadzenia armii mającej odłączyć Szkocję od Wielkiej Brytanii. Krążyły plotki o jego rzekomym kanibalizmie oraz makabrycznych upodobaniach (zainteresowanych odsyłam do Wikipedii).

Brawa dla Foresta i jego partnera w roli szkockiego lekarza. Dobre kino.

21:08, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy