O filmach zza oceanu
piątek, 31 grudnia 2010
Black Swan

Reżyseria Darren Aronofsky. W rolach głównych: Natalie Portman, Mila Kunis i Vincent Cassel. W Polsce od 21 stycznia 2011.

Nieczęsto zdarza mi się klaskać po seansie. Film roku. Oryginalny scenariusz, wspaniała rola Natalie Portman, cronenbergowskie sceny mrożące krew w żyłach i nieśmiertelna muzyka Czajkowskiego. Wiedziałam, że będzie to świetny film tuż po tym, jak zobaczyłam poster i trailer promujący obraz, ale chyba nie spodziewałam się, że najnowszy film Aronofskiego wywrze na mnie tak piorunujące wrażenie.

"Black Swan" łączy to, co na pierwszy rzut oka ze sobą nie gra: delikatność baletu i tańca z elementami niemal z horroru. Nina, balerina z nowojorskiego baletu, dostaje życiową szansę i zostaje obsadzona w głównej roli w "Jeziorze łabędzim". Wydaje się być stworzona do tego, aby tańczyć i grać królową łabędzi. Ale oprócz Białego Łabędzia Nina ma także zatańczyć rolę Czarnego Łabędzia, demonicznego alter ego królowej łabędzi. Popychana przez ekscentrycznego i wymagającego dyrektora baletu Thomasa Leroya (znakomicie obsadzony Cassel), niespełnioną w swojej karierze matkę oraz zagrożona przez nową baletnicę Lily, Nina doprowadza siebie do obłędu, w którym zaciera się granica między tym, co realne, a co jest wytworem jej coraz bardziej skażonej szaleństwem wyobraźni.

"Black Swan" to brawurowo pokazane studium obsesji bycia doskonałym. Nina - krucha, delikatna, seksualnie nierozbudzona, wychowana przez matkę, która widzi w niej kilkuletnią dziewczynkę, a nie dorosłą kobietę - dąży do tego za wszelką cenę, ale jest w niej bariera, której  nie umie pokonać. Leroy mówi jej, że "The only person standing in your way is you." Pojawienie się nowej baletnicy Lily (Mila Kunis) wyzwala w Ninie nową osobę. Baletnica zaczyna mieć obsesję na punckie nie tylko doskonałości, ale także Lily, która stanowi według niej zagrożenie.

Odrażające sceny jak z horroru - okaleczanie ciała, "coś" wyrastające spod skóry są równie dramatyczne, jak obłęd psychiczny, w który popada Nina. Jej szaleństwo potęguje również los poprzedniej baleriny Beth Macintryre, która kiedyś nazywana przez Leroya "Małą Księżniczką" stacza się w alkoholizm i depresję (w roli Beth rzadko ostatnio oglądana Winona Ryder).

Powiedzieć, że Portman zagrała najlepszą w dorobku rolę, to za mało. Jej transformacja w postać Niny jest kompletna. Aktorka schudła ponad 10 kg i pobierała lekcje baletu przez niemal rok, aby zagrać Ninę. Od pierwszych chwil jej bohaterka jest absolutnie wiarygodna. I niczym Nina, w koncówce filmu jest po prostu niesamowita. Zawsze uważałam, że Portman została obrabowana z Oskara za rolę w "Closer", ale jak w następnym roku nie wygra, to nie ma już żadnej sprawiedliwości na tym świecie.

Aronofsky stworzył film niesamowity, od którego nie można oderwać wzroku. Jest w tym filmie pasja i dramat. Jest znakomite aktorstwo - wszystkie główne role są obsadzone bezbłędnie. Dla mnie to jest kino przez duże "K", fantastyczne, niepokojące widowisko na pograniczu świata realnego i demonów wyobraźni. Brawo, brawo, brawo.

The Social Network

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Jesse Eisenberg, Rooney Mara, Justin Timberlake i inni.


Kiedy pojawiły się pierwsze pogłoski o tym, że powstanie film o Facebooku, zarzekałam się, że co jak co, ale do kina nie pójdę, mimo iż korzystam i lubię ten portal. Nazwisko Finchera wydawało mi się jakimś nieporozumieniem. No ale jednak zmiękłam, jak po premierze posypały się pochlebne recenzje i wynikało z nich, że film Finchera nie jest reklamą portalu albo tandetną historyjką, czego głównie się obawiałam.

Mark Zuckerberg, sportretowany kapitalnie przez Jesse'go Eisenberga, od niemal pierwszych do ostatnich kadrów filmów chce być częścią społeczności - najpierw harvardzkiej, a jak się okazuje na końcu, także swojej własnej, facebookowej. Gdy nie udaje mu się dostać do prestiżowego klubu studenckiego, tworzy wirtualny, który szybko staje się fenomenem pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Klamrą spinającą początek i koniec filmu jest jego była dziewczyna Erica, która zrywa z nim w pierwszych scenach, aby na koniec stać się elementem facebookowej układanki, w której czeka się na akceptację drugiej strony. I jak wyjaśnia mu Erica, zrywa z nim nie dlatego, że jest "nerdem" i odmieńcem, ale dlatego, że jest zwyczajnym palantem.

Czy Zuckerberg rzeczywiście jest palantem i czy naprawdę wykiwał parę osób zakładając Facebook? Tego nie wiadomo i chyba nie to było celem filmu. Dla mnie "The Social Network" to film o potrzebie przynależności. Zuckerberg, zagubiony pośród studenckiego establishmentu, w klapkach niezależnie od pory roku, w bezpłciowych ciuchach ewidentnie nie pasował do harvardzkiej wspólnoty, pełnej studentów z bogatych amerykańskich rodzin, jak choćby bracia Winklevoss. Fabuła zgrabnie plącze się wokół dwóch procesów sądowych, które Zuckerbergowi wytoczyli koledzy z Harvardu oraz jego najlepszy przyjaciel. Fincher stosuje i tutaj to, z czego jest znany - plącze chronologię i opowiada historię nie po kolei, przeplatając przeszłość z teraźniejszością. Robi to efektownie i od pierwszych scen nawet takie niedowiarki jak ja wciąga w akcję filmu. Film o Facebooku tak naprawdę nie jest o Facebooku, a o potrzebie przyjaźni, chciwości i zdradzie, a David Fincher po raz kolejny - po "Siedem" i "Fight Club" - dostarcza kino pierwszego gatunku. "The Social Network" raczej na bank dostanie nominację oskarową w kategorii najlepszego filmu. Kto by pomyślał. W końcu to "tylko" film o Facebooku.

02:50, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
127 Hours

Reżyseria Danny Boyle. W roli głównej James Franco. W Polsce od 18 lutego 2011 r.

Jak pokazać na ekranie historię człowieka uwięzionego przez 5 czy 6 dni na kompletnym pustkowiu tak, aby nie zanudzić widza oglądaniem tej samej twarzy na ekranie przez półtorej godziny? Danny'emu Boylowi się nawet udało. "127 Hours" opowiada prawdziwą historię Arona Ralstona, który w 2003 podczas wspinaczki utknął w głębokim kanionie, z ręką uwięzioną przez blok skalny. Ralston nikomu nie powiedział, gdzie jedzie się wspinać, a miejsce, które wybrał było kompletnym odludziem. Facet praktycznie nie miał szans na ratunek. Utknął w kanionie z butelką wody, kamerą cyfrową, składanym scyzorykiem i paroma innymi pierdołami, wśród których nie było telefonu komórkowego.

Wiadomo od początku, jak kończy się ta historia. Kończy się "dobrze", bo Ralston po pięciu dniach wegetacji w kanionie, odcina sobie rękę poniżej łokcia i wychodzi z pułapki. Normalnie nie wiem, jakim trzeba być twardzielem, żeby coś takiego zrobić. Człowiek niby zdolny jest do Bóg wie czego w sytuacjach ekstremalnych, no ale jednak za odcięcie sobie ręki pełen szacunek. James Franco, którego lubię coraz bardziej, miał do wykonania kawał roboty, zważywszy, że jest to film praktycznie jednego aktora. Póki co, za rolę dostał nominację do Złotych Globów.

Koniec filmu nie jest elementem kluczowym, gdyż z góry jasne jest, co stanie się z bohaterem. Boyle pokazał więc, co dzieje się z psychiką i ciałem człowieka skazanego na porażkę i to, jak sobie radzi ze świadomością nieuchronnego końca. Zrobił to w swoim przeszarżowanym stylu, znanym z "Trainspotting" i "Slumdoga". Jest więc szybki montaż, dynamiczna muzyka i zabawa kolorem. Są halucynacje, reminescencje do przeszłości i obrazy z pogranicza snu i jawy. Boyle umie wykorzystać kamerę, aby pokazać bohaterów na krawędzi, czy są to narkomani, czy jak tutaj Ralston. Momentami ta stylistyka mnie trochę drażniła, ale myślę, że gdyby ten film toczył się tak powoli, jak powoli mijały dni i godziny uwięzionemu Aronowi, byłby to nudny tasiemiec. Udało się reżyserowi tego uniknąć, choć parę dłużyzn też było i myślałam sobie w duchu "Chłopie, odcinaj sobie tą rękę, bo nie wyrobię".

Nie jest to kino spektakularne, czy pełne wielkich morałów (no, może poza tym, że czasem jednak warto zabierać ze sobą komórkę albo pisać notkę, gdzie się jest), ale jak na film statyczny i uwięziony w jednym miejscu niczym ręka Ralstona, wyszło przyzwoicie.

Widziane, nie zrecenzowane

Filmy, nowsze i starsze, które widziałam w kinie, dvd, bądź na kompie w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a do których recenzji na pewno się nie zbiorę.

"Harry Potter and the Deathly Hallows" Part I - Bardzo dobry początek końca. Już nie mogę się doczekać drugiej części.

"Due Date" - Ah, ten Robert Downey Jr...no po prostu go uwielbiam, a film świetny.

Na fali filmów z Robertem ponownie widziałam:

"Chaplin: The Movie" - Końcówka ponownie ściska w gardle. Jeden z moich ulubionych filmów.

"Iron Man" - Się nie nudzi.

oraz po raz pierwszy

"Soapdish" - Sally Field jako gwiazda opery mydlanej, a Robert Downey Jr. jako producent. Ah, te lata 80-te.

oraz

"The Soloist" - Inny niż się spodziewałam. Ciekawe.

"The Young Victoria" - Kostiumowa opowiastka o młodości królowej Wiktorii. Do obejrzenia, ale bez rewelacji. "Księżna" z Keirą Knightley była lepsza.

"Sunshine Cleaning" - Emily Blunt po raz kolejny. Sympatycznie.

"The Girl with a Dragon Tattoo"  - Porządna ekranizacja pierwszego tomu trylogii Larsona. Atorka w roli Salander świetna.

"The Girl Who Played with the Fire" - Część druga równie dobra jak jedynka.

"300" - Po "Sin City" nie sądziłam, że obejrzę jeszcze cokolwiek z nazwiskiem Franka Millera w czołówce. A tu proszę, całkiem niezła antyczna rozpierducha.

"The Ugly Truth" - Myślałam, że będzie gorzej. Dało się obejrzeć.

"The Bounty Hunter" - To ja już wolę Heigl niż Aniston. Słabe.

"Did You Hear About the Morgans?" - Żenada.

"The Insider" - Przyzwoite. Russell Crowe w szczycie formy.

"State of Play" - Dobre, dobre.

"Priceless" - Boże, jaka ta Audrey Tautou chuda. Niezbyt apetyczne.

"Flawless" - Demi Moore i Michael Caine w całkiem przyzwoitym filmie. Komentarz od hazbenda "Demi Moore umie grać".

"Inside Man" - Temat rabowania banków zawsze na czasie. Niezłe.

"Funny People" - Dałam 3 gwiazdki na Netflixie, ale za cholerę nic z tego filmu nie pamiętam.

"I am Sam" - Z tej roli śmiał się Robert Downey Jr. w "Tropic Thunder". Szacunek dla Seana Penna. Może i "went full retard, went home empty handed", ale w jakim stylu. Pięć gwiazdek.

"Persepolis" - W końcu obejrzałam. Bardzo dobre.

"The Road" - Przerażająca wizja świata przedstawiona i sfilmowana rewelacyjnie.

"Mulholland Dr." - Po ponownym seansie tego skądinąd genialnego filmu, David Lynch i ja bierzemy rozwód. Co za dużo, to niezdrowo.

I jeszcze

"Being Julia" - Oglądać Annette Bening w tej roli to sama przyjemność.

"The Kids Are All Right" - Nieco przerysowane i w za mocno krzywym zwierciadle przez pierwszą połowę filmu, ale w sumie porządne kino ponownie z Bening i świetną Julianne Moore.

Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy