O filmach zza oceanu
czwartek, 27 grudnia 2007
Chłopiec z latawcem
Reżyseria Marc Forster. W Polsce od 15 lutego.


„The Kite Runner”, który w Polsce będzie rozpowszechniany jako „Chłopiec z latawcem” jest ekranizacją powieści Khaleda Hosseiniego, entuzjastycznie przyjętej przez krytyków oraz czytelników opowieści o Afganistanie sprzed inwazji radzieckiej oraz po jej zakończeniu. Po lekturze byłam ciekawa, jak z jej ekranizacją poradził sobie Marc Forster, reżyser m.in. „Finding Neverland”, „Monster’s Ball”, czy „Stay”.

Powieść oraz film opowiadają historię kilkunastoletniego Amira, Afgańczyka żyjącego dostatnio w Kabulu w latach siedemdziesiątych. Osierocony wcześnie przez matkę wychowywany jest przez ojca, lokalnego filantropa i intelektualistę, który islam traktuje bardziej jako czynnik kulturowy niż sposób na życie wyznaczany przez religijne zasady. W wychowaniu syna oraz w utrzymaniu porządku domostwa pomaga mu wierny sługa Ali, którego syn Hassan przyjaźni się z Amirem. Chłopcy z zapałem bawią się latawcami, trenując przed corocznymi zawodami polegającymi na tym, że za pomocą specjalnie przygotowanego sznurka należy odciąć latawiec konkurenta. Wygrywa ten, który odetnie wszystkie latawce. Amir specjalizuje się w takim właśnie odcinaniu, natomiast Hassan lokalizuje odcięte, niesione wiatrem latawce i odnajduje je w kabulskich zakamarkach. Podczas jednego z takich poszukiwań staje się ofiarą brutalnego ataku, który zaważy na dalszych jego losach, a jeszcze bardziej na losach Amira. Od tego momentu oraz od chwili inwazji rosyjskiej fortuna przestaje sprzyjać Amirowi i jego ojcu i stają się oni uciekinierami, a później emigrantami. Przeszłość dogoni Amira w najmniej oczekiwanym momencie i wyjawi mu rodzinne tajemnice, których rozwiązania będzie musiał szukać w wolnym od Rosjan, ale za przejętym przez Talibów fundamentalistycznie rządzonym Afganistanie.

Znając historię Amira patrzyłam z przyjemnością na imponująco sfilmowany film Forstera. Od momentu czołówki, przyciągającej orientalną kolorystyką i muzyką, po dachy kabulskich domów, na których chłopcy puszczają latawce, przez majestatyczne góry na granicy z Pakistanem aż po obrazy kraju wyniszczonego wieloletnią wojną film jest wizualnie wiernym odbiciem książki Hosseiniego. Jest jednak jedno „ale”. Choć mówi się, że to obraz wart jest tysiąca słów, to moim zdaniem nie udało się Forsterowi oddać całej głębi przemyśleń Amira, który jest narratorem powieści. Czy, gdy film będą oglądali widzowie, którzy powieści nie czytali, motywy Amira będą dla nich równie czytelne, jak dla mnie podczas lektury? Książka oddaje w pełni tragizm bohaterów oraz kraju, targanego wojną niemal od trzydziestu lat, gdzie najpierw dzieła zniszczenia dokonali Rosjanie, potem Talibowie, a reszty dopełnili Amerykanie bombardując po wydarzeniach z 9 września pół kraju. Miałam wrażenie, że film śliga się po tym, co przeżywa Amir, po jego rozterkach, dylematach, tchórzostwie i nie oddaje w pełni skali uczuć bohatera, które przedstawił Hosseini. Być może na mój krytyczny nieco odbiór filmu składa się fakt, że powieść przeczytałam z zainteresowaniem, ale nie była to lektura, która wciągnęła mnie bezgranicznie. Jestem ciekawa opinii osób, które nie czytały książki i tego, jak oni odbiorą film.

Film na pewno broni się dobrymi zdjęciami, świetną muzyką, ładnymi scenami z latawcami oraz znakomitym castingiem. Afgańscy chłopcy wybrani do tych ról spisali się bardzo profesjonalnie, zwłaszcza chłopiec w roli Hassana, który niestety z powodu jednej ze scen zmuszony został do opuszczenia kraju wraz z rodziną. Ta niefortunna historia nie przysporzyła z pewnością dobrej publicity Marcowi Forsterowi, choć w większości film zebrał przychylne recenzje. Ekranizacja jednak nie czyni tej historii wyjątkową. Najważniejsze momenty filmu, sfilmowane na płaskiej, za mało emocjonalnej nocie nie wstrząsnęły mną, jak to uczyniła to książka. Jeśli ktoś czytał powieść, może obejrzeć z ciekawości. Spośród filmów Marca Forstera, które widziałam ten jest przeciętny i trafia do takiej właśnie kategorii.

niedziela, 23 grudnia 2007
Filmowe święta

Wszystkim odwiedzającym Bez popcornu życzę rodzinnych, ciepłych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia, choinki do nieba i karpia jak trzeba (jeśli ktoś lubi) oraz wielu wrażeń przed telewizorem i w kinach. Czytałam, że znowu dają “Szklaną pułapkę” w telewizji (święta bez McLane’a, to nie święta). Ja zaliczyłam już “Kevina samego w domu” i moje nowe odkrycie w kategorii filmów świątecznych “Elf” (tak, tak z Willem Ferrellem, którego nie lubię). W kinie zdążyłam być na “The Kite Runner”, najnowszym Johnnym Deppie pod skrzydłami Tima Burtona w “Sweeney Todd”, a dziś jadę na “Charlie Wilson’s War” z Hanksem i Julią Roberts oraz “Juno” Jasona Reitmana (tego od “Dziękujemy za palenie”). Nareszcie mam czas na nadrobienie kinowych zaległości.

Wesołych Świąt!

poniedziałek, 17 grudnia 2007
Before the Devil Knows You’re Dead

Reżyseria Sidney Lumet. W rolach głównych: Philip Seymour Hoffman, Ethan Hawke, Marisa Tomei i Albert Finney. Data polskiej premiery nieznana.


Większość recenzji tego filmu zdradza od razu jeden z najważniejszych punktów zwrotnych najnowszego obrazu Sidneya Lumeta („Dwunastu gniewnych ludzi”, „Serpico”, „Pieskie popołudnie”) i odbiera, niestety, element zaskoczenia. Sama popełniłam ten błąd robiąc kilka miesięcy temu listę filmów do obejrzenia jesienią, ale mam nadzieję, że nikt nie pamięta, co napisałam. „Before the Devil Knows You’re Dead” należy do tych filmów, o których jeśli wie się mniej, tym lepiej dla widza. Podejrzewam jednak, że trudno będzie znaleźć recenzję, która nie zdradzi fabuły już w pierwszym zdaniu.

Hank i Andy są braćmi. Andy (Philip Seymour Hoffman) pracuje jako księgowy. Nudę pracy umila sobie kokainą wciąganą przy biurowym stoliku. W domu czeka na niego tzw. trophy wife, ponętna i zawsze skora do łóżkowych igraszek Marisa Tomei. Nie do końca uczciwy w swojej pracy, wpada w finansowe tarapaty, które są również udziałem jego młodszego brata (Ethan Hawke), mającego problemy z opłacaniem alimentów dla swojej nastoletniej córki. Starszy wpada więc na pomysł obrabowania sklepu z biżuterią. Nie żadnego markowego, jak Tiffany’s, ale małego sklepiku na przedmieściach, ubezpieczonego na wypadek takich okoliczności. Wilk ma więc być syty i owca cała. Wypadki toczą się jednak zgoła odmiennie i to, co miało okazać się łatwym łupem, nieoczekiwanie staje się największym horrorem braci.

Film Lumeta to przykład kina, które operując prostym w zamyśle scenariuszem przekłada go na psychologiczną rozgrywkę ludzi uwikłanych w dramat winy, chciwości oraz żądzy. Kryminalna historia zostaje pokazana oczami bohaterów w sekwencjach przed napadem, w dniu napadu i po napadzie. Daje to przenikliwy obraz ich psychiki oraz wgląd w wydarzenia, o których nie widzą pozostali uczestnicy dramatu. Finanse, które przed napadem nie wyglądały różowo, zaczynają po napadzie wyglądać nawet gorzej, a Hankowi i Andy’emu grunt zaczyna się usuwać spod nóg. Rabunek sklepu jubilerskiego wywołuje reakcję łańcuchową, której nie można zatrzymać. Do tego w sprawę aangażuje się ojciec braci (Albert Finney), a jego udział będzie miał znamienne konsekwencje.

Myśląc o kategorii dla „Before the Devil Knows You’re Dead”, waham się między „dobrymi” a „przeciętnymi” (zrobiłam nową kategorię, gdyż zdecydowanie brakowało mi średniaków). Do tego filmu trzeba mieć trochę cierpliwości. Film Lumeta, mimo iż rusza z impetem, wyhamowuje po pół godzinie i trzeba uzbroić się w cierpliwość, aby przetrzymać do finału. Ogarniało mnie lekkie zniecierpliwienie, potęgowane na dodatek czynnikami niefilmowymi (podpity amator kina komentujący na głos akcję, a zwłaszcza sceny erotyczne). Warto jednak powiercić się trochę w kinowym krześle, aby doczekać końcówki, która rekompensuje nieco powolny drugi akt.

Aktorskim zaskoczeniem tego filmu jest dla mnie Ethan Hawke. Nie widziałam go w wielu obrazach i miałam niewielkie pojęcie o jego aktorskich umiejętnościach. W filmie Lumeta, mimo iż to Philip Seymour Hoffman gra pierwsze skrzypce (i to jak gra), to Hawke zrobił na mnie większe wrażenie jako zagubiony, przestraszony i nieodpowiedzialny facet, którego najlepiej określa słowo loser. Albert Finney w roli ojca wygląda jakby miał mieć zaraz zawał serca i kłapie szczęką w każdym ujęciu pokazując objawy choroby wieńcowej, co znakomicie uwiarygadnia stres, jakiemu został poddany jego bohater. Najmniej do zagrania miała Marisa Tomei, ale za to pokazała, co miała.

Wygląda na to, że 2007 był rokiem reżyserskich powrotów. Na ekranach wciąż można oglądać bardzo dobry „No Country for Old Men” braci Coenów, a teraz dołącza do nich weteren sceny filmowej Lumet z dobrą kryminalną historią o ludzkich słabościach, braterskiej rywalizacji o ojcowską miłość i o tym, że być może jesteś już w niebie od pół godziny, zanim diabeł dowie się, że nie żyjesz. Czyli już był w ogródku, już witał się z gąską w wersji 2007. 

22:43, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Rescue Dawn

Reżyseria Werner Herzog. W roli głównej Christian Bale. W Polsce od 8 lutego.



Film Herzoga opowiada prawdziwą historię Dietera Denglera, Niemca z urodzenia, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, aby spełnić marzenie z dzieciństwa i zostać pilotem. W czasie tajnej misji podczas konfliktu wietnamskiego w 1965 roku, jego samolot został zestrzelony gdzieś nad Laosem, a on sam dostał się do niewoli.

Można się zapytać po co robić kolejny film o Wietnamie i obozach POW (Prisoners of War), skoro w tym temacie wszystko zostało już chyba powiedziane przez Michaela Cimino, Francisa Coppolę, czy Oliviera Stone’a? Film Herzoga mniej koncentuje się na polityczno-społecznych aspektach wojny, czy jej (bez)sensie, a raczej na przeżyciu w warunkach ekstremalnych. Nie należy więc temu filmowi dorabiać gęby antywojennego bądź dokumentującego wojnę w Wietnamie. „Rescue Dawn” opowiada o amerykańskim pilocie, który trafił do podwójnego więzienia. Podwójnego, gdyż oprócz krat i kajdanek, więzieniem była niesamowicie sfilmowana jungla. Dbałość o realizm jest znakiem firmowym Herzoga, który swego czasu wyciągnął całą ekipę gdzieś do Amazonii, aby wiernie odtworzyć historię budowy opery w sercu peruwiańskiej dżungli. Realizując „Rescue Dawn” reżyser zabrał filmową ekipę do Tajlandii i w tamtejszym gąszczu kręcił sceny Danglera przedzierającego się przez niesamowity gąszcz pnączy, lian i drzew. Dzięki temu, na ekranie czuje się niemal żar lejący się z nieba i zabójczą wilgoć.

Dangler dostał się do wietnamskiego obozu POW, gdzie spotkał dwóch innych Amerykanów oraz trzech azjatyckich więźniów. Ci wydawali się już pogodzeni, że przyjdzie im spędzić lata zanim zostaną uwolnieni z niewoli, jeśli wcześniej nie umrą z głodu. Dangler przygotował plan ucieczki i został liderem więźniów. Jednak ucieczka z obozu, to dopiero początek drogi do wolności. Przeszkodą zostaje dżungla. Wystarczy sobie tylko wyobrazić, jak przerażające musi być dla człowieka nieobytego z naturą przedzieranie się przez gąszcz roślin, z pełzającym bądź latającym robactwem, brakiem schronienia przed deszczem, żarem i Vietkongiem za plecami. Realizm sytuacji i przeżyć, które stały się doświadczeniem bohatera jest zasługą świetnej kreacji Christiana Bale’a, który gra człowieka rzuconego w nieznane, niepewnego jutra i przez to przestraszonego, ale jednocześnie pełnego determinacji i trzeźwo myślącego faceta, który zwyczajnie chce przeżyć.

Bardzo podobała mi się muzyka autorstwa Klausa Badelta (z reguły nie mam ucha do filmowych ścieżek) oraz soczyste kolory. Sam film nie jest spektakularny, czy szczególnie przenikliwie wgłębiający się w mechanizmy wojny. Niespieszne tempo podkreśla, jak wolno, nudnie i beznadziejnie płynie czas człowieka uwięzionego pośrodku dżungli, pod nadzorem nieobliczalnych ludzi, w warunkach urągających mianu obozu jenieckiego, gdzie do jedzenia podaje się wijące robactwo (co za scena). „Rescue Dawn” jest zapisem woli przetrwania wbrew logice i okolicznościom.

Niezły film o charakterze człowieka walczącego z wrogiem, dżunglą i samym sobą.

18:46, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
czwartek, 06 grudnia 2007
Człowiek ringu

Reżyseria Ron Howard. W rolach głównych: Russell Crowe i Renee Zellweger.



Ron Howard od lat ma u mnie opinię rzemieślnika. Jego filmy są poprawne, łatwo się je ogląda, ale brakuje im artystycznego dotknięcia, które sprawia, że o właśnie obejrzanym filmie nie zapomina się przez następne dni, czy tygodnie. Howard tworzy kino komercyjne, w którym próbuje przemycić większe idee, tak aby jego produkcje aspirowały do miana kina twórczego, ba, nawet ambitnego. Nie są to złe filmy (poza „Kodem Da Vinci”, który był wyjątkowo kiepską ekranizacją). Weźmy „Piękny umysł”, czy „Apollo 13”. I jeden i drugi oglądałam z ciekawością i przyjemnością.

Podobne uczucia towarzyszyły mi przy „Cinderella Man”, historii amerykańskiego boksera Jamesa Braddocka z czasów Wielkiego Kryzysu. Oto historia utytułowanego boksera, który w wyniku krachu z 1929 roku zostaje bez środków do życia dla siebie, żony i trójki dzieci. Jak wielu mu podobnych, staje każdego ranka pod portową bramą licząc, że zostanie wybrany do ciężkiej harówy w doku choćby na jeden dzień. Przeżywa dramat, gdy komisja bokserska zabiera mu licencję, brakuje mu pieniędzy na gaz, prąd i żywność i żyje z państwowego zasiłku. Fortuna kołem się toczy i Braddock wraca na ring, stając się nadzieją dla podobnych mu ledwie wiążących koniec z końcem robotników z New Jersey, że może być lepiej.

Filmów o boksie było wiele i z reguły o każdym z nich mówi się, że to nie jest film o boksie (bo mordobicie nie zawsze dobrze się sprzedaje), a o drodze człowieka z nizin społecznych na szczyt („Rocky”) bądź upadku („Wściekły byk”). Jakby nie patrzeć, każdy z tych filmów jednak jest o boksie, a rozkwaszone nosy, wiadra sztucznej krwi, czy najlepsze sceny bokserskie przechodzą do annałów filmowych.

Po „Million Dollar Baby”oraz obrazie Scorsese taki „Cinderella Man” naprawdę jest tylko filmem o boksie, a raczej o bokserze. Jak wszystkie filmy Howarda, tak i ten jest dobrze wyreżyserowany, dobrze zagrany, ale gdzież mu do artyzmu takiego jak w filmie Eastwooda! Reżyser nie wystrzegł się patetycznych obrazów i dialogów, zwłaszcza w scenie, gdy żona Braddocka mówi do niego you are the champion of my heart. Litości. Russell Crowe w głównej roli odwala kawał solidnej aktorskiej roboty, a ostatnia walka Braddocka, która trwa na ekranie chyba ze dwadzieścia minut jest całkiem imponująca. Braddock walczy oczywiście z jakimś niedźwiedziowato wyglądającym drabem, któremu brakuje tylko włosów na plecach (bo kwadratową szczękę już ma), aby zobrazować, że bohater mierzy się w ringu z istnym zabójcą.

Można sobie ten film obejrzeć i pomyśleć, że 70 lat temu nowojorski Central Park nazywał się Hooverville i mieszkało w nim tysiące bezdomnych, a Ameryka pogrążona była w depresji, głodzie i bezrobociu. Równie dobrze można go sobie odpuścić, a do odtwarzacza dvd wrzucić coś z bokserskiej klasyki. Stallone z nieśmiertelnym okrzyk „Adrien” byłby lepszy.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy