O filmach zza oceanu
poniedziałek, 26 listopada 2007
May the force be with you

Blog na razie ma przerwę techniczną spowodowaną brakiem czasu na filmy, Świętem Dziękczynienia oraz remontem w domu, ale wkrótce powinny pojawić się nowe recenzje, jak nie z kin, to z dvd. Jedyne, co przez indykowy weekend udało mi się obejrzeć, to parę odcinków „Family Guya”, który wespół z „My name is Earl” śmieszy mnie ostatnio, jak mało co w telewizorze.

Stay on target.

wtorek, 20 listopada 2007
No Country for Old Men

Reżyseria Joel i Ethan Coenowie. W rolach głównych: Tommy Lee Jones, Javier Bardem i Josh Brolin. W Polsce od 1 lutego.



Lubię braci Coen. „The Hudsucker Proxy” i „Big Lebowski” znajdują się w peletonie moich ulubionych filmów, więc niecierpliwie czekałam na ich najnowszą produkcję „No Country for Old Men”. Zewsząd słychać, że to najbardziej mroczny film braci od czasów „Fargo” i zaiste tak jest, gdyż film pokazuje zło tak diaboliczne i bezkompromisowe, że daleko temu wizerunkowi do zaśnieżonego, zaspanego „Fargo” i Williama H. Macy’ego próbującego być porywaczem własnej żony.

„No Country for Old Men” ma trzech bohaterów, choć ton nadaje jeden – Anton Chigurh, psychodeliczny, zimny i wykalkulowany morderca w fantastycznej kreacji Javiera Bardema. Chirurh, podróżujący z butlą stężonego powietrza oraz bronią zwaną cattle stun gun (domyślam się, że to coś niedobrego dla bydła), która z ofiary czyni sito, tropi Llewelyna Mossa (kolejna po „American Gangster" zapadająca w pamięć rola Josha Brolina). Moss, emerytowany robotnik, mieszkający w przyczepie wraz z emocjonalnie dziecinną żoną, trafia pewnego dnia na teksańskim pustkowiu na porzucone pick-upy oraz poszatkowane karabinami ciał wokół nich. Na jednej z ciężarówek znajduje się pokaźny ładunek narkotyków, a nie w ciemię bity Moss domyśla się, że gdzieś w pobliżu muszą być pieniądze, które wraz z dragami stały się przyczyną sieczki. Pieniądze znajdują się niepodal i Llewelyn je zabiera, po czym ukrywa pod dnem swojej przyczepy. I mógłby żyć długo i szcześliwie, ale nurtowany wyrzutami sumienia (nie zdradzam, jakimi) wraca na miejsce w środku nocy. Ma to dla niego opłakane skutki. Oto na miejscu pojawiają się poszukiwacze zaginionych narkotyków i kasy. Mossowi udaje się uciec, ale musi ratować tyłek nie tylko swój, ale i żony i w trybie przyspieszonym opuścić mieszkanie.

Tu dygresja. Scena, w której Llewelyn ucieka przed poszukiwaczami oraz ich psem jest kapitalna. Zwróciłam na nią uwagę po przeczytaniu wywiadu braci Coen z Cormackiem McCarthym (autorem noweli, na podstawie której zrealizowano film), gdzie krótko ją omawiali. Pies użyty w senie podobno był wytresowany do zabijania ludzi. Nie wiem, gdzie takich psów potrzebują, ale widać było, że bestia zjadłaby Brolina żywcem. Włos się jeży.

Wracając do fabuły. Trzecim bohaterem filmu jest starzejący się szeryf Ed Bell (któż inny, jak nie Tommy Lee Jones we własnej osobie, z rewelacyjnym, ale piekielnie trudnym do zrozumienia teksańskim akcentem), który próbuje wyśledzić poczyniania Llewelyna i tropiącego go Chigurha. Ten zdaje się mieć jakiś szósty zmysł i depcze Mossowi po piętach, znacząc swoją wędrówkę trupami oraz ukazując w rozmowie z przypadkowymi ludźmi, że człowiek ten choć nie ma morale, ma swoje własne, chore zasady, a życie ludzkie jest warte dla niego tyle, co rzut monetą (kolejna kapitalna scena).

„No Country for Old Men” to niepokojące (wizualnie, emocjonalnie i psychologicznie) stadium tego, jak ludzie radzą sobie ze złem, przeznaczeniem oraz ślepym losem. To również odzierająca ze złudzeń historia o tym, że są na tym świecie ludzi zdolni do przerażających zbrodni, których nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać. Zasługa w tym niewątpliwa bezbłędnego scenariusza i bardzo wyrównanego aktorstwa trzech głównych bohaterów. Do tego spalony słońcem Teksas i atmosfera prowincjonalnej, pełnej tanich, obskurnych motelików Ameryki tworzy bardzo sugestywną historię człowieka, który ucieka, ale tak naprawdę nie ma dokąd oraz dwóch podążających jego śladem mężczyzn, różnych od siebie jak noc i dzień. Nie ma wątpliwości, że jest to najlepszy obraz braci od czasów „Fargo”, znacznie mroczniejszy i z dużą większą dawką przemocy na ekranie, nawiązujący stylistycznie do tego, co zwykło się określać stylem braci Coen.

Uwaga – spoilery w komentarzach. 


00:03, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (19) »
piątek, 09 listopada 2007
Gone Baby Gone

Reżyseria Ben Affleck. W rolach głównych; Casey Affleck, Amy Ryan, Ed Harris, Morgan Freeman i inni. Data polskiej premiery nieznana.

Poprzednia ekranizacja powieści Dennisa Lehane’a „Mystic River” uważana jest za jeden z lepszych filmów Clinta Eastwooda. Seanowi Pennowi i Timowi Robbinsowi role w filmie przyniosły Oskary. Jak wiecie, Clinta uwielbiam, ale akurat „Mystic River” nie przypadła do gustu, gdyż jak to trafnie ujęła Lonelystar „Sean Penn tak dominuje na ekranie, że wlaściwie nic innego już nie widać”. Po tym falstarcie z prozą Lehane’a, z pewnym więc obawami wybrałam się na kolejną ekranizację jego twórczości, tym razem wyreżyserowaną przez debiutującego w tej roli Bena Afflecka.

Affleck jako aktor działa mi na zęby i mało który film z jego udziałem zapisał się w mojej pamięci, a jeśli już, to w kategorii „gnioty” (patrz „Armageddon” czy „Pearl Harbor”). Po obejrzeniu „Gone Baby Gone” nasuwa mi się myśl, że może zamiast grywania w kolejnych Daredevilach, Affleck powinien zająć się reżyserią, bo jego debiut jest więcej niż udany. Prosta z pozoru historia zaginionej czteroletniej dziewczynki oraz poszukującej jej dwójki detektywów rozrasta się w moralitet kończący się dylematem, który pozostawia nie tylko głównego bohatera pełnego wątpliwości co do dokonanego wyboru, ale również widza (mnie konkretnie) zadającego sobie pytanie, co by zrobił w podobnej sytuacji.

Niewątpliwie materiał bazowy, z którym pracował Affleck, czyli nowela Lehane’a musiał być zwyczajnie dobry, aby reżyser zrobił z tego film, który śmiało mogę zaliczyć do grona najlepszych w tym roku. Czteroletnia Amanda ginie bez wieści. Brat i bratowa matki dziewczynki zwracają się o pomoc do pary detektywów: Patricka Kenzie (Casey Affleck) i Angie Gennaro (Michelle Monaghan). Mimo oporu Angie, detektywi biorą sprawą i rozpoczynają dochodzenie. Całkiem nieoczekiwanie, prowadzący śledztwo z ramienia policji Jack Doyle (Morgan Freeman), oddelegowuje swoich dwóch ludzi do pomocy parze. Remy (Ed Harris) i Nick (John Aston, pamiętny detektyw Taggart z „Gliniarza z Beverly Hills”) są się starymi policyjnymi wygami, którzy z niejednego pieca jedli chleb. W wyniku prowadzonego w czwórkę śledztwa, odkrywają, że matka Amandy zamieszana jest w kradzież pieniędzy pochodzących z handlu narkotykami.

Affleck nakręcił mroczny i niepokojący obraz, który określiłabym jako współczesny film noir, w którym ludzie popełniają rzeczy niewybaczalne ze szlachetnych pobudek (choć nie wszyscy, niektórzy są po prostu chciwi). Ich czyny pociągają konsekwencje nie tylko dla nich, ale również dla osób całkowicie postronnych, jak Patrick i na zawsze zmieniają bieg wydarzeń. Widzę podobieństwa do „Mystic River” (akcja w Massachussets, morderstwa, narkotyki, pedofilia), ale bardziej podoba mi się stonowany „Gone Baby Gone”.

Dwa słowa o obsadzie. Obsadzenie Caseya Afflecka w roli głównej zakrawa na nepotyzm, ale Casey bardzo dobrym występem może śmiało odeprzeć zarzuty o kumoterstwo. Ed Harris i Morgan Freeman – wiadomo - to filmowe instytucje. Najbardziej złożoną postacią filmu jest Helen, matka Amandy, a grająca ją Amy Ryan stoworzyła porywającą kreację kobiety, która gdzieś zagubiła wartości i stoczyła się na dno.

Ktoś na imdb.com sparafrazował tytuł na „Great Baby Great”. Może nie „great", ale na pewno bardzo dobry początek, Mr. Affleck.
środa, 07 listopada 2007
Everything is illuminated

Reżyseria Liev Schreiber. W rolach głównych: Elijah Wood, Eugene Hutz i Boris Leskin.



Bardzo lubię filmy, w których reżyser zabiera widza w egzotyczną podróż do innego kraju. Ciekawi mnie, jak twórca postrzega kraj, którego nie zna, jakie smaczki wyłapie, na czym się wyłoży, czym mnie rozśmieszy, a czym zasmuci. Najbardziej podoba mi się, gdy zachodni reżyserzy wędrują na „naszą” stronę Europy, a więc do Polski, Czech, czy Rosji. Liev Schreiber, amerykański aktor w swoją pierwszą reżyserską podróż zabrał Elijah Wooda i pojechali na Ukrainę, aby wspólnie przedstawić historię Jonathana Foera, młodego amerykańskiego Żyda, który jedzie do tego kraju, aby poznać przeszłość swojego dziadka.

„Everything is illuminated” mogę określić jako prywatną hidden gem. Nie pamiętam tego obrazu z kin i nie mam zielonego pojęcia jak, kiedy i dlaczego wrzuciłam go do Netflixu. Z pewną więc nieśmiałością obejrzałam ten obraz i zachwyciłam się niemal od pierwszych chwil, a już na pewno od momentu, gdy Alex, ukraiński ziomal, dostaje w gębę od swojego ojca i od zacząwszy takiego dowodu rodzicielskiej miłości przedstawia siebie i swoją rodzinę. Alex zafascynowany jest amerykańską kulturą, a szczególnie Afro-Amerykanami, o których wyraża się per Negros (premium people). Jego ojciec przejął po swoim ojcu interes Heritage Tours, polegający na obwożeniu Żydów po miejscach, w których kiedyś żyli ich przodkowie, zanim wyemigrowali uciekając przed nazistami. Dziadek uważa się za ślepego i dlatego ma psa przewodnika, zwanego również seeing eye bitch, wabiącego się na dodatek Sammy Davis Jr. Jr. (podwójne Jr. to nie pomyłka). Jednym z klientów tej rodzinnej firmy jest wlasnie Jonathan (Elijah Wood), młody chłopak w za dużych okularach, którego hobby to kolekcjonowanie przeróżnych rzeczy i zamykanie ich w plastikowe torebki. Alex i jego dziadek mają zabrać go w okolice, gdzie kiedyś mieszkali jego przodkowie.

Droga do Trachimbrodu okaże się podróżą w głąb własnej tożsamości nie tylko dla Jonathana, próbującego pozszywać poszarpane losy swojej rodziny, ale także, a może nawet przede wszystkim dla dziadka, a w konswekwencji dla Alexa. Schreiberowi udało się wiarygodnie pokazać zderzenie dwóch kultur głównych bohaterów, a także poruszyć ważne wątki, jak antysemityzm, czy ksenofobia. Jednocześnie reżyser nie obarczył widza ich ciężarem i znalazł złoty środek na zabawne i bardzo trafne opowiedzenie tej historii. Bardzo podobało mi się ograniczenie dialogów i zastąpienie ich samym obrazem, uzupełnionym soczystą klezmerską oraz ukraińską muzyką, zwłaszcza w pierwszej, znacznie bardziej komediowej części filmu.

Po raz kolejny okazuje się, że konwencja filmu drogi, choć wydawać by się mogło, że eksloatowana do niemożliwości, w rękach dobrego reżysera z błyskotliwym scenariuszem przekłada się na kameralne i emocjonalne kino, w dodatku przepięknie sfilmowane i dobrze zagrane. Perełka.

poniedziałek, 05 listopada 2007
American Gangster

American Gangster. Reżyseria Ridley Scott. W rolach głównych Denzel Washington i Russell Crowe. W Polsce od 25 stycznia.

Powiem Wam, że tak zapchanego kina, jak podczas seansu „American Gangster” to chyba jeszcze nie widziałam. Nawet czwarta część „Szklanej pułapki” nie zdołała wypełnić sali kinowej, jak stało się to w sobotnią noc przy projekcji najnowszego filmu Ridleya Scotta. Widać więc, że oczekiwania były duże. Czy opłaciło się czekać?

Po kilku niespecjalnie ciepło przyjętych filmach, Ridley Scott wraca w lepszej formie. „American Gangster” wykorzystuje ciekawy moment w historii amerykańskiej przestępczości zorganizowanej, kiedy to nikomu – ani policji ani jakiejkolwiek mafii – nie śniło się, że dominację na rynku narkotyków może zdobyć czarnoskóry. Na przełomie lat 60. i 70. zorganizowana przestępczość raczej była domeną Włochów czy Irlandczyków. Tymczasem główny bohater filmu, Frank Lucas (Denzel Washington) nie tylko realizuje swój American dream o bogactwie i dostatnim życiu, organizuje narkotykowe imperium, ale także przejmuje kontrolę nad rynkiem tradycyjnie zarezerwowanym dla innych nacji. Scott sfilmował tę historię w bardzo wyważony sposób, jakby w harmonii z anygangsterskim wizerunkiem Lucasa, który daleki był od stereotypowego wizerunku bro from the ’hood.

Zamiast więc kolejnej mafijnej sieczki, obcinanych palców i łamanych nóg, mamy gładko i płynnie opowiedzianą historię człowieka sukcesu oraz korupcji, którą tenże sukces zrodził. Lucas, zalewając rynek falą taniego Blue Magic, przyczynił się do boomu narkotykowego, który pociągnął za sobą nieprawdopodobną korupcję w szeregach nowojorskiego oddziału do zwalczania narkotyków, którzy chcieli uszczknąć kawałek tortu dla siebie. O tym, jak skorumpowane było to środowisko świadczy znamienny moment filmu, gdy nowojorski glina Richie Roberts (Russell Crowe) odkrywa milion dolarów, pochodzących z handlu dragami. Zamiast podzielić się dolą z kolegami, oddaje pieniądze władzom, spotykając się z powszechnym potępieniem reszty policjantów.

Lucas nie tylko miał na rynku towar najwyższej jakości, ale sprzedawał go po niższej cenie niż konkurencja i w ciągu kilku lat dorobił się majątku powyżej 100 milionów dolarów. Nie był więc li tylko narkotykowym bossem, ale przede wszystkim biznesmenem i film Scotta w dużej mierze koncentruje się na tym aspekcie. Kierował się zasadą low profile i w przeciwieństwie do wielu braci z ulicy nie obnosił się z bogactwem, a w niedzielę chodził z mamą pod rękę do kościoła. Obsadzenie Washingtona w głównej roli wydaje się oczywiste (Cuba Gooding za rozrywkowy, Danny Glover za stary) i Denzel gra Franka Lucasa bardzo wiarygodnie, a słowa „my man”, których często używa staną się zapewną kolejną pozycją w słowniku najsłynniejszych filmowych cytatów. Russell Crowe współpracował ze Scottem nie raz i nie dwa i widać, że rola Robertsa, misiowatego gliny z NYPD wyjątkowo mu leżała. W drugim planie dobry był Josh Brolin i już nie mogę się doczekać na „No Country for Old Men”, gdzie gra jedną z głównych ról.

Na minus filmu niestety trzeba zaliczyć to, że „American Gangster” nie pokazuje w zasadzie niczego nowego. Owszem, Lucas jako czarnoskóry narkotykowy król był jakimś ewenementem, ale reszta wpada w schemat znany z wielu mafijno-kryminalnych filmów: mafiozo i jego piękna żona, wewnętrzne mafijne porachunki oraz policjant z przeszłością na tropie. Scott zapewne nie chciał nakręcić kolejnego „The Departed”, ale moim zdaniem filmowi brakuje soczystości, suspensu, czegoś co chwyci widza w graby i będzie trzymać do końca seansu. Ciut za mało jest napięcia, ale poza tym nie ma na co narzekać. Zdecydowanie dobre. 

23:05, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (12) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy