O filmach zza oceanu
wtorek, 28 listopada 2006
The Blues Brothers

„The Blues Brothers”. Reżyseria John Landis. W rolach głównych: Dan Aykroyd i John Belushi.

Mieszkać w Chicago (albo w Stanach w ogóle) i nie znać tego filmu, to jak mieszkać w Polsce i nie wiedzieć co to „Miś”. Co ja tu mogę mądrego i odkrywczego napisać o filmie, o którym chyba napisano już wszystko? Rewelacyjne kreacje Dana Aykroyda i Johna Belushi oraz plejada muzycznych sław z Jamesem Brownem, Arethą Franklin i Rayem Charlesem na czele są znakiem rozpoznawczym filmu, a cytat „We're on a mission from God” obrósł legendą nie mniejszą niż sam film.

Przypomnę z grubsza o co biega. Bracia Blues wychodzą z pierdla i odwiedzają przytułek, w którym się wychowali. Okazuje się, ze „pingwiny” (tak bracia określają prowadzące sierociniec zakonnice) są w tarapatach finansowych i muszą zapłacić pięć kawałków podatków. Bracia na takie dictum postanawiają więc reaktywować swój dawny zespół rock’n’rollowy i z „misją od Boga” ruszyć w trasę, aby zarobić te pięć tysiaków. No, a potem następuje ciąg niezapomnianych zdarzeń, z których wspomnę tylko kilka, bo inaczej musiałbym założyć nowego bloga poświęconego wyczynom braci Blues: ucieczka przed policją po centrum handlowym, była narzeczona Jake’a (Belushi) ścigająca go bądź z bazooką na ramieniu bądź z karabinem maszynowym, wkurzeni naziści polujący na obu braci, finał trasy koncertowej pod obstawą policji i popis wokalno-taneczy Elwooda i Jake’a,  jedna z najlepszych sekwencji pościgów samochodowych w historii kina, gdy bracia gnają na złamanie karku do chicagowskiego City Hall, a za nimi dziki tłum policjantów oraz wielki finał w pierdlu.

Większość miejsc w Chicago, gdzie kręcono „Blues Brothers” czasy świetności ma już za sobą. Centrum handlowe, które zostało zdemolowane na potrzeby filmu zostało niedługo potem zamknięte. Restauracja, gdzie śpiewała Aretha Franklin też świeci pustkami. Na szczęście City Hall i wspaniała rzeźba projektu Picassa (na marginesie: oryginał do zobaczenia w Art Institute of Chicago) mają się dobrze. John Belushi zmarł prawdziwie aktorską śmiercią z przedawkowania narkotyków, a Dan Aykroyd nakręcił drugą cześć przygód braci, ale już bez większego powodzenia.

Jeden z moich ulubionych cytatów (rozpoczynający finałową szaleńczą jazdę do Chicago z setką glin na ogonie):

Elwood: It's 106 miles to Chicago, we've got a full tank of gas, half a pack of cigarettes, it's dark and we're wearing sunglasses.
Jake: Hit it.

Macie ulubioną scenę z “The Blues Brothers”?

środa, 22 listopada 2006
Na Święto Dziękczynienia

„Planes, Trains and Automobiles”. Reżyseria John Hughes. W rolach głównych: Steve Martin i John Candy.

W przeddzień Święta Dziękczynienia, nasuwa mi się na myśl komedia „Planes, Trains and Automobiles” ze Stevem Martinem i Johnem Candym w rolach głównych. Obaj planują dostać się z Nowego Jorku do Chicago dzień przed „indykiem”, ale gdy okazuje się, że samoloty zostały odwołane, los łączy nieznajomych i razem wyruszają w podróż do Chicago, używając wszelkich możliwych środków transportu. Bohaterowie są zestawieni na zasadzie przeciwieństw – Martin gra neurotycznego biznesmena, którego najlepiej opisałby zwrot „pain in the ass”, podczas gdy Candy, sprzedawca kółek do zasłon prysznicowych jest wyluzowanym i optymistycznym typem, którego nikt i nic nie jest w stanie zrazić.

Wybór Steva Martina i Johna Candy’ego był strzałem w dziesiątkę; zresztą wybór świętej pamięci Candy’ego do jakiejkolwiek komedii z jego udziałem był decyzją ze wszechmiar słuszną. Jako próbka tego, co dzieje się przez 90 minut, poniższa scena.

Ciekawostka: film dostał kategorię „R” ze względu na zastosowanie słowa „fuck” (przepraszam za dosłowny cytat), które w jednej ze scen Steve Martin wypowiedział dziewiętnaście razy w ciągu minuty. Szczególnie zainteresowanych tą sceną  (histerycznie śmieszną mimo sypiących się średnio co trzy sekundy przekleństw) oraz innym odsyłam do filmu i ruszam w drogę na swojego indyka licząc, że samochód będzie moim jedynym środkiem transportu.

wtorek, 21 listopada 2006
United 93

„United 93”. Reżyseria Paul Greengrass.

Dziś rano miałam dość burzliwą dyskusję z mężem na temat „United 93”. Bowiem od momentu, gdy film wszedł na ekrany kin, mąż konsekwentnie odmawiał zobaczenia tego filmu. Ale że jakoś nie wdawałam się z nim w rozmowę dlaczego nie chce, więc temat gdzieś utknął aż do dzisiejszego ranka. Myślałam, że odmawia, bo nie chce widzieć i słyszeć pełnych patosu przemów padających z ekranu, powiewającego gwieździstego sztandaru i całej tej patriotycznej otoczki, którą film mógłby być nafaszerowany.

Rano podzieliłam się z nim moimi spostrzeżeniami po tym, jak obejrzałam „United 93” wczoraj na dvd. Film jest zaskakująco dobry, co gdzieś tam obijało mi się o uszy i oczy w recenzjach i opiniach znajomych. Szczerze mówiąc, sądziłam, że to takie gadanie, bo Amerykanie nie odważą się o „takim” temacie mówić źle. Tymczasem nie mieli żadnych powodów, bo „United 93” jest rzetelnym zapisem tego, co działo się 11 września 2001 r. na pokładzie tegoż samolotu oraz w wieżach kontrolnych monitorujących ruch samolotów nad terytorium USA. Oglądamy zwykły dzień na lotniskach i codzienną pracę dziesiątek osób kontrolujących przestrzeń lotniczą. Wszystko wygląda tak normalnie, że nawet, gdy pojawiają się pierwsze sygnały o porwaniu samolotu (a później samolotów), ja jako widz przez dłuższy czas nie zarejestrowałam, że chodziło o samoloty, które później rozbiją się o wieże World Trade Center. Dowodzi to, że albo moje szare komórki za bardzo się nie wytężały procesem myślowym albo że film jest tak dobrze skonstruowany, że widz nie przeczuwa nadciągającej katastrofy, tak jak nikt jej nie przewidywał 11 września. Pozostańmy przy tej drugiej opcji.

Nie ma powiewających sztandarów, łzawych przemów, jest przerażenie ludzi na ziemi i tych w powietrzu, gdy dowiadują się co stało się z WTC i Pentagonem. Nie wiadomo do końca co zdarzyło się na pokładzie lotu 93 z Newark do San Francisco. Wiadomo, że paseżerowie przeciwstawili się porywaczom. Wiadomo, że samolot ten jako jedyny z czterech, które zostały porwane tego dnia nie osiągnął zamierzonego celu, którym był Kapitol. I to jest film o ludziach na pokładzie tego samolotu, tak anonimowych, jak anonimowi mogą być pasażerowie, z którymi większości z nas zdarzyło się kiedykolwiek lecieć. Żadnych hollywoodzkich nazwisk, żadnych historii o wybranej grupie pasażerów, ich życiu, pracy, rodzinach.

Wracając do męża. Nie patriotyczny wymiar filmu mu przeszkadzał. Jego zdaniem, robienie filmu o tak wielkiej tragedii jest żerowaniem na ludzkiej śmierci i obraz powstał zbyt wcześnie. Zasadniczo, teoria męża jest taka, że dzień po tragedii 9/11, Hollywood powiedziało, że zarobi fortunę na tym, co się stało, a że nie można było nakręcić takiego filmu tuż po, więc odczekano pięć lat. Oczywiście, w filmie nie ma fajerwerków, zamiast tego jest rzetelna relacja, bo nikt by nie kupił filmu utrzymanego w tonie kina akcji z samolotami z impetem wbijającymi się w wieże, z efektami specjalnymi, które wszystkich przyprawiłyby o dreszcze i wbiły w kinowy fotel. Zamiast tego, mamy kameralny „United 93” wyreżyserowany przez małoznanego Paula Greengrassa. Co nie zmienia faktu, że mąż filmu nie zamierza obejrzeć, bo jest osobiście urażony, że Hollywood tłucze kasę na największej tragedii w historii Ameryki.

Tyle mąż. Ja nie uważam, że jest za wcześnie na ten film. Taki obraz wcześniej czy później i tak by powstał, a nie wierzę, że twórcy zdobyliby się na przekazanie wpływów rodzinom ofiar, aby uwiarygodnić, że robią ten obraz nie dla pieniędzy, a z czystej chęci uhonorowania tych, którzy zginęli w samolotach, WTC i Pentagonie. Dlatego ciekawa jestem, jak do tematu podszedł czołowy skandalista hollywoodzki Oliver Stone w „World Trade Center”. Już sam fakt obsadzenia Nicolasa Cage’a, bądź co bądź aktora opromienionego sławą i Oskarem, wydaje mi się ciut podejrzany i obliczony na zysk, ale nie będę wysnuwać pochopnych wniosków. Wrzucam „WTC” do Netflixa. A „United 93” daję kategorię „Koniecznie” za brak hollywoodzkiego podejścia do tematu i uczciwie, bez patosu zrobiony film o  wydarzeniach tamtego wrześniowego dnia.

poniedziałek, 20 listopada 2006
Borat

Borat: Cultural Learnings of America for Make Benefit Glorious Nation of Kazakhstan. Reżyseria: Larry Charles. W roli głównej Sacha Baron Cohen.

Poszłam więc zobaczyć film, o którym od kilku tygodni mówi cała Ameryka, a zewsząd słychać pytanie „czy widziałeś/aś już „Borata?” oraz mniej lub bardziej wyświechtane komunały o komedii wszechczasów albo co najmniej roku. Niewątpliwie reklama robi swoje, bo gdy wybrałam się na „Borata” dzień po premierze, bilety były wyprzedane do cna, czego nawet najstarsi górale nie pamiętają. W ostatnią sobotę miałam więcej szczęścia i zasiadłam w oparach popcornu z młodzieżą w wieku niepozwalającym jej jeszcze na samodzielny zakup Buda czy Millera.

„Borat” interesował mnie, bo chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście film jest tak politycznie niepoprawny, jak głosi wieść gminna. Otóż jest. Począwszy od pierwszych scen, gdy Borat (twórca postaci Sacha Cohen) przedstawia swoją wioskę i rodzinę, poprzez cały pobyt bohatera w Juesej, film jest niepoprawny, momentami na granicy dobrego smaku, a czasami poza jego granicami. Do miana niepoprawnego przyczyniła się niezbicie seria żartów o Żydach. Już na początku filmu Borat wyjaśnia, że w jego wiosce zamiast pędzenia byków, odbywa się pędzenie Żydów, a dokładniej wielkich kukieł Mr. Jew i Mrs. Jew. Gdy Borat zatrzymuje się w bed&breakfast, odkrywa, że właściciele są Żydami, a widząc karaluchy w swoim pokoju, myśli, że to przeistoczeni w nie Żydzi, rzuca w nich jednodolarówkami, chcąc ich przekupić. Dostaje się gejom, politykom, kościołowi, Afro-Amerykanom i zasadom moralnym społeczeństwa amerykańskiego. I chwała Cohenowi za to, że zrobił film na przekór utartym schematom, że nie bał się zaatakować „świętych krów” i że wyśmiał Amerykanów od góry do dołu.

Najmocniejszą stroną filmu jest jego koncept. Otóż część przypomina nieco filmiki z „Ukrytej kamery”, gdy bohaterowie nie wiedzą, że są filmowani. Borat, podróżując po Juesej jako kazachstański dokumentalista, nie informuje swoich rozmówców, że są częścią innego, całkiem innego projektu. Wiele scen jest improwizowanych i ich komizm opiera się na nieświadomości uczestników. Sceny, które znalazły się w scenariuszu nie mają już tej świeżości. Po wyjściu z kina, wszystko, co powiedziałam o „Boracie”, to „okay”. W wielu miejscach humor jest na poziomie, który tylko chłopcy z high school mogą docenić. Całość nie wbiła mnie w fotel ani nie wryła w pamięć, choć uśmiałam się porządnie. Może po prostu oczekiwania były za duże.

Daję kategorię „dobre”, bo do „kiepskich” jednak „Borat” się nie zalicza. A jeśli kolega Marxx (pozdrawiam) uzna, że i tym razem recenzja za poważna, to może dlatego, że tym razem film był tylko średni.

PS.  Jako próbka humoru Borata, wywiad z głównym bohaterem przeprowadzony przez szacownego Guardiana.

21:07, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
środa, 08 listopada 2006
The Birdcage

“The Birdcage”. Reżyseria Mike Nichols. W rolach głównych: Robin Williams, Nathan Lane, Gene Hackman, Dianne Wiest, Calista Flockhart.

Jedząc wczoraj kolację i pstrykając po kanałach TV, natknęłam się na jedną z moich ulubionych komedii. „The Birdcage” to aktorski popis Robina Willimasa oraz Nathana Lane’a.  Zwłaszcza Lane w przerysowanym portrecie „cioty” (przepraszam, ale nie ma lepszego słowa na określenie tej postaci) staje na wyżynach komedii i farsy. Oto mamy parę podstarzałych gejów mieszkających wygodnie i luksusowo w Miami. Armand (Williams) prowadzi klub nocny (tytułowa „Klatka dla ptaków”), którego główną gwiazdą jest Starina, czyli wieloletni partner Armanda Albert (Lane). Spokój domowego ogniska prowadzonego przez ekscentrycznego służącego (komiczny Hank Azaria) zakłóca syn Alberta Val (owoc namiętnej heteroseksualanej nocy dwadzieścia lat wcześniej), który oświadcza, że zamierza się żenić.

Problem polega na tym, że wybranką Vala jest córka amerykańskiego senatora i szychy we władzach „Moral Order”, czyli jak nazwa wskazuje, organizacji czuwającej nad morlanym porządkiem rzeczy. Jak to jest, że senatorowie w filmach to albo prawicowi szaleńcy albo przekupni dranie? Ot, kolejny schemat Hollywoodu, podobnie jak numer telefonu zaczynający się w każdym chyba amerykańskim filmie od 555. Kiedyś to prześwietlę.

„Klatka dla ptaków” jest prześwietną satyrą obnażającą zakłamanie społeczeństwa oraz nawarstwione uprzedzenia, które często nie mają racjonalnego podłoża. Wszyscy tkwimy w jakichś schematach i wystarczy inna maska albo jej brak, a stajemy się kimś innym. Moją absolutnie ulubioną sceną, jest ta, w której Williams oducza Lane’a pedalskich zachowań i stara się z niego zrobić twardziela w stylu Johna Wayna. Niestety, przeszukałam YouTube i nie znalazłam tego kawałka. Zamiast - Robin Willims dający choreograficzne rady. Kto nie widział, do wypożyczalni marsz!

22:29, aniabuzuk , Ulubione
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy