O filmach zza oceanu
poniedziałek, 22 lutego 2010
The Hurt Locker

The Hurt Locker. Reżyseria Kathryn Bigelow. W roli głównej: Jeremy Renner. W Polsce na dvd.


W pogoni za adrenaliną ludzie robią różne rzeczy: skaczą na bungee, spływają w pontonach po górskich rzekach, grają w paintball, wspinają się na Mount Everest albo pływają z rekinami. Niektórzy wolą szukać wrażeń na wojennym froncie. Jednym z nich jest sierżant William James, oddelegowany do jednostki saperskiej w Iraku, od pierwszych minut na ekranie typowy badass, amerykański kowboj i człowiek nie mający nic do stracenia. Naraża siebie, naraża swoich ludzi. Jego brawura i arogancja podparta jest jednak doświadczeniem starego wygi wojennego, który z niejednej menażki jadł zupę. Wojna, jak ją pokazuje Bigelow, to narkotyk. Sierżant James trzyma pod łóżkiem pozostałości bomb, które rozbroił. Bomb, które mogły go zabić. Nie umie albo nie chce się ich pozbyć. Trzyma je, bo jest uzależniony od ich rozbrajania i adrenaliny, jaka temu towarzyszy, bo jest to coś, co kocha perwersyjnie, na przekór zdrowemu rozsądkowi.

Film Bigelow to majstersztyk gatunku z kapitalnymi zdjęciami utrzymanymi w pustynnej kolorystyce, świetnym aktorstwem (Jeremy Renner to odkrycie sezonu) i niebanalnym scenariuszem, w którym niby toczy się akcja, ale tak naprawdę nie zmierza ona do zdefiniowanego celu. Wielkie słowa uznania dla reżyserki, która świetnie pokazała prace oddziału saperskiego niewiedzącego, gdzie i kiedy przyjdzie rozbrajać bomby. Kiedy sierżant James otwiera bagażnik samochodu wypełniony po brzegi bombami, które jak mówi mógłyby wysłać ich wszystkich do samego Pana Boga, widać napięcie, stres, pot spływający po czołach, kołatanie serca. Praktycznie każda scena, w której James rozbraja ładunki wybuchowe eksploduje z ekranu. Reżyserka od pierwszych minut filmu wciąga widza na front wojny w Iraku. W przeciwieństwie do wielu filmów z gatunku kina wojennego, w filmie Bigelow nie ma tak naprawdę wroga, typowego czarnego charakteru, z którym walczą bohaterowie. Scena na pustyni, gdy żołnierze dostają się pod ostrzał snajperski oddaje, moim zdaniem, to, czym jest wojna w dzisiejszych czasach - walką z niemal niewidzialnym wrogiem. To już dawno nie czasy, kiedy żołnierze walczyli na bagnety i rozpruwali się na polu bitwy. Można by rzec cynicznie, że wojna, podobnie jak dziesiątki innych zajęć, padła również ofiarą outsourcingu, gdzie wróg jest w zasadzie tylko wrogiem z nazwy i nie ma już twarzy człowieka.

Jedynym zarzutem, jak miałabym do filmu jest zakończenie, zbyt oczywiste. Można było ten film zamknąć sceną w supermarkecie zamiast pokazać oczywistą oczywistość. Troszkę mnie rozczarowało, że Bigelow musiała postawić aż tak mocną kropkę nad "i" i nie skończyła filmu wcześniej. No ale niech tam. Jak na razie, to najlepszy film, jaki widziałam w tym sezonie filmowym. Gdyby to ode mnie zależało, dałabym Oskara Rennerowi (a piszę to po zobaczeniu faworyzowanego Jeffa Bridgesa w "Crazy Heart") za kapitalną kreację. Nie muszę więc chyba też pisać dokładnie komu będę kibicować w pojedynku oskarowym na najlepszy film i reżyserię.

niedziela, 07 lutego 2010
Up in the Air

"W chmurach". Reżyseria Jason Reitman. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 26 lutego.


Męczę się z tą recenzją już od paru tygodni, bo film mi się podobał, na George'u Clooney'u jak zwykle miło zawiesić oko, ale jakoś niesporo mi przenieść wrażenia z ekranu na klawiaturę. Film Reitmana, podobnie jak dwa poprzednie ma szybką, błyskotliwą narrację, dobre dialogi i zręcznie balansuje na krawędzi komedii i dramatu, ale mimo iż "Up in the Air" jest najbardziej dojrzałym filmem Reitmana, to trochę zabrakło w nim świeżości jaką miało "Dziękujemy za palenie", a nawet "Juno". Podobno Jason Reitman chciał, aby "Up in the Air" było jego debiutem. Jak wiadomo, tak się nie stało, a film został odłożony na parę lat, co mu tylko na dobre wyszło, bo po ich upływie wstrzelił się idealnie w amerykański kryzys gospodarczy z masowymi zwolnieniami, najwyższym od rat bezrobociem i ogólną stagnacją.

Bohater najnowszego filmu to Ryan Bingham, którego poznajemy, gdy przygotowuje się do misji: pakuje idealnie poskładane koszule i podkoszulki, z gracją zapina bagaż, z wirtuozerią weterana lotnisk przechodzi przez bramki i zręcznie niby gracz w pokera przesuwa karty kredytowe i pokładowe w punktach check-in. Oto James Bond świata korporacji gotowy do wykonania brudnej roboty, jaką powierzają mu dyrektorzy firm, gdy nie mają przysłowiowych jaj, aby zwolnić pracownika. Dzwonią wtedy po Binghama, który zawodowo zajmuje się zwalnianiem ludzi. Na potrzeby swojej profesji Bingam stworzył kordon oddzielający go od świata: nie angażuje się w związki, nie chce mieć dzieci ani domu. Wystarcza mu hotelowy romans z atrakcyjną Alex, podobnie jak on podróżującą po całym kraju w interesach.

Ryan Bingham mieszka w samolotach i hotelach. Jego własne mieszkanie przypomina trzygwiazdkowy hotel, gdzie znajduje się wszystko, czego potrzebuje road warrior: kuchnia, łazienka, sypialnia, wszystko w bezosobowej aranżacji, dostosowanej do powszechnych gustów. Bingham spędza 3/4 roku poza domem, jeśli tak można nazwać miejsce z pustą lodówką i równie pustą szafą. Jego życiem wypełnia praca. Ona jest mu matką, żoną i kochanką. Dlatego Bingham przeżywa szok, gdy dowiaduje się, że dotychczasowy sposób pracy - latanie po całych Stanach, aby zwalniać pracowników - ulegnie radykalnej zmianie, a on sam zamiast kolekcjonować kolejne tysiące mil na karcie American Airlines, zostanie uziemiony w swoim nudnym mieszkaniu w jeszcze nudniejszym mieście Omaha.

Osoby, które w filmie zwalnia Bingham to ludzie, którzy naprawdę stracili pracę i zostały specjalnie zaangażowane do tego projektu. Widać w nich gorycz, rozczarowanie, dramat, wściekłość, bezradność. George Clooney jako ich nemesis jest profesjonalistą pełną gębą, z chłodną głową i wystudiowanymi do perfekcji formułkami. Dopiero podróż w towarzystwie Natalie, świeżo zatrudnionej absolwentki collegu, rozmowy z Alex i wesele siostry otwierają mu oczy na własne życie.

"Up in the Air" ogląda się dobrze i przyjemnie. Jednak po paru godzinach od seansu, nie mówiąc już o paru dniach, czy tygodniach, nie bardzo jest co pamiętać. Film ma nawiększy ciężar spośród dotychczasowych trzech filmów reżysera, jest też tematycznie najpoważniejszy, ale specjalnie nie zapadł mi w pamieć. Nie wydaje mi się jednak, aby w tym przypadku była to wada. Ot, po prostu "Up in the Air" jest filmem jednego wieczoru i w sumie warto mu ten wieczór poświęcić. Jason Reitman wyrasta zdecydowanie na frontmana młodych reżyserów. Facet ma cholernie dobrą rękę do scenariuszy, bo co film, to niezła historia, pokazana na ekranie równie udanie. Na pewno będę oglądać jego kolejne produkcje.

W odcinku następnym o tym, czy eksżona okazała się lepsza od eksmęża i co z tego może wyniknąć.

19:01, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (7) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy