O filmach zza oceanu
piątek, 29 lutego 2008
Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Reżyseria Andrew Dominik. W rolach głównych: Brad Pitt i Casey Affleck.



Długie, jakże przyjemne zaskoczenie. Film, przed którym broniłam się, zrażona paroma przydługimi filmami z ostatnich miesięcy, w czasie oglądania których tyłek przyrósł mi do kinowego hotela. W domowym zaciszu, 160 minut „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” upływa niespodziewanie szybko przy dźwiękach muzyki Nicka Cave’a, surowych zdjęciach Rogera Deakinsa („No Country for Old Men”) i bardzo dobrym aktorstwie Brada Pitta i Casey’a Afflecka.

I zacznę właśnie od obsady. Obsadzenie Brada Pitta, czołowego gwiazdora Hollywoodu, za którym piszczą panny na całym świecie, w roli dziewiętnastowiecznego bohatera, o którym pisano książki, a postać obrosła legendą, było strzałem w dziesiątkę. Pitt zagrał bardzo oszczędnie. Stracił chłopięcy urok, który nieodmiennie epatował w wielu swoich wcześniejszych filmach i udało mu się przejść od bycia Bradem Pittem do odtwarzanej postaci. Jeden z lepszych występów tego aktora. W roli Roberta Forda wystąpił Casey Affleck, brat Bena. No żesz kurczę, trzeba mieć głowę na karku, aby do roli fana i niespełnionego gangstera, zapatrzonego w Jamesa, zaangażować Afflecka, prywatnie brata młodszego i znacznie bardziej znanego Bena. Affleck był świetny, po prostu świetny. Dobry rok dla tego aktora, po udanym występie w reżyserskim debiucie brata „Gone Baby Gone” (w Polsce pod kretyńskim tytułem „Gdzie jesteś, Amando”).

Jeśli pomyśleć o morderstwie Johna Lennona, czy szaleńcu, który dla Jodie Foster chciał zabić prezydenta Reagana, to łatwo znaleźć w filmie Dominika analogie do współczesnego świata, w którym celebryci to bogowie ekranu i prasy, każdy ich krok jest śledzony przez dziesiątki fotografów i obrastają tabloidową legendą. Reżyser „Zabójstwa” Andrew Dominik („Chopper”) wyreżyserował oniryczną opowieść o bohaterze i jego przeznaczeniu, osadzoną w westernowej scenerii. Szare, pozbawione koloru zdjęcia zdają się podkreślać samotność Jamesa, cierpiącego na bezsenność, depresję i omamy, wszędzie wietrzącego podstęp, a swoim wrogom strzelającego w plecy. Ford zaś chołubi bohatera tanich książek, którymi zaczytywał się w dzieciństwie i doszukuje się podobieństw między sobą a Jamesem. W fascynacji idolem, zdaje się być coś więcej niż podziw dla bohatera dziecięcych lat. Oddaje to najlepiej jedna z bardziej pamiętnych kwestii, którą wypowiada siedzący w wannie James Do you want to me like me or do you want to be me? W przesiąkniętej erotyzmem scenie kąpieli, przyglądający się Jamesowi Ford, zdaje się być zauroczony Jamesem nie tylko jako legendą Dzikiego Zachodu, ale również jako mężczyzną. Czy było tak naprawdę, niewiadomo. Reżyser nie każe Pittowi zapytać wprost Do you want to be WITH me?, a ledwo dostrzegalnie szkicuje element homoseksualnej fascynacji.

W przypadku tego filmu, czas trwania jest jego sprzymierzeńcem, gdyż pozwala widzom zanurzyć się w świat bohaterów, poznać motywy ich działania oraz emocje. Nie jest to film przeznaczony dla osób, którzy oczekują szybkich rozstrzygnięć na ekranie. Znając zakończenie zanim jeszcze zacznie się film, zgadzamy się na filmową podróż w zmrożoną prerię, prowadzoną przez narratora podwójną elegię Jesse’ego Jamesa i człowieka, który go zabił.

21:37, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Oskary schodzą na psy

Niech sobie Daniel Day-Lewis i Javier Bardem wygrywają w swoich kategoriach (zasłużenie, przyznaję) i odzierają oskarowy spektakl z jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Niech w kategorii najlepszej piosenki nominowane są trzy ulepione z waty cukrowej utwory z tego samego, ociekającego lukrem filmu Disney’a. Mało mnie to obchodzi. Przeżyję nawet żenujące wystąpienie żołnierzy z Iraku. No ale jeśli Oskara za najlepszy scenariusz dostaje jakaś pinda, o której nikt nie słyszał jeszcze trzy miesiące temu i zabiera nagrodę scenariuszom o niebo lepszym niż „Juno”, to jestem wkurzona. To nie był najlepszy scenariusz!  Grrrr....

Dobrze chociaż, że Coenowie zasłużenie wygrali. I cieszy mnie Oskar dla Marion Cotillard. I chwała Bogu, że ktoś się ocknął i pozwolił wrócić Markecie Irglovej na scenę i powiedzieć kilka słów. 

środa, 20 lutego 2008
No End in Sight
Reżyseria Charles Ferguson. Dokument.



Ten nominowany do Oskara za najlepszy dokument film rozkłada na czynniki pierwsze amerykańską inwazję na Irak i pokazuje, co działo się za kulisami Białego Domu oraz Pentagonu. „No End in Sight” obnaża, jak nieudolnie i nieprofesjonalnie przygotowana była wojna z Irakiem począwszy do braku powiązań Sadama Husseina z Al-Quiedą, niewystarczającej ilości czasu na przygotowanie tak ogromnej akcji wojskowej, przez brak należytego wyposażenia amerykańskich wojsk, przez absolutnie nierozważne decyzje w czasie okupacji, aż po czasy dzisiejsze, gdy poza zdymisjonowaniem Rumsfelda, jak mówi tytuł, nie widać końca.

Cały film składa się z prawie wyłącznie z wywiadów z osobami bezpośrednio powiązanymi z interwencją w Iraku. O wojnie opowiadają ludzie z bushowskiej administracji, którzy w trakcie kilkuletniej okupacji Iraku zdążyli odkryć, że jest ona prowadzona bez merytorycznego przygotowania i zaplecza. Większość osób bezpośrednio odpowiedzialnych za inwazję nie miała żadnego doświadczenia wojskowego, dyplomatycznego, lingwistycznego ani w zarządzaniu dwudziestopięciomilionowym okupowanym krajem. O decyzjach podejmowanych w Waszyngtonie Bush często nie wiedział, bądź, gdy dostarczano mu analizy, zwyczajnie ich nie czytał. Rozwiązania stosowane w Iraku po upadku Bagdadu nie były konsultowane ze specjalistami przebywającymi na miejscu, a większość urzędników podejmujących strategiczne decyzje nigdy nie postawiła stopy na irackiej ziemi.

Filmowy debiut Charlesa Fergusona, matematyka i doktora z MIT oraz innych szacownych amerykańskich uczelni, jest dokumentem w jego najczystszej postaci. Od fajerwerków, do których przyzwyczaił widzów pierwszy dokumentalista-skandalista ostatnich lat Michael Moore, dzielą go lata świetlne, ale bynajmniej nie czyni go w jakikolwiek sposób gorszym. Prosta forma filmu, oparta głównie na wywiadach oraz narracji, nie odciąga uwagi od zasadniczej treści, która podana jest w bardzo wyważony sposób. Najciekawsze moim zdaniem w filmie jest to, że pokazuje prawdę, której nigdy nie zobaczymy na ekranach telewizorów. Jest ona głęboko ukryta w dokumentach Białego Domu, Pentagonu oraz chyba przede wszystkim w sumieniach tych, którzy podjęli decyzję o inwazji. Ale o tym, co oni sądzą z filmu się nie dowiemy, gdyż większość odmówiła udziału w filmie.

Kilka lat temu, gdy Ameryka rozpoczęła inwazję, wspomniany już Michael Moore po odebraniu Oskara za „Bowling for Columbine” krzyczał ze sceny, że Bush powinien się wstydzić. Był to mały oskarowy skandal, a Moore nie miał najlepszej prasy po tym wystąpieniu. Dziś, u progu kolejnego rozdania Oskarów, w kategorii najlepszego dokumentu, oprócz „No End in Sight” nominowany jest film o weteranach wojny irackiej oraz o afgańskim taksówkarzu pobitym na śmierć przez amerykańskie wojska. Na festiwalu w Berlinie pokazano dokument o (nie)sławnym więzieniu Abu Gharaib i torturach. Widać, że filmowcy zaczynają mówić na tematy jeszcze do niedawna niewygodne. Pytanie tylko brzmi, czy ich głos dotrze do tych, o których te filmy traktują, czy też odbije się echem jedynie wśród amatorów dobrego dokumentu.

20:57, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 lutego 2008
Czy dostał(a)byś Oskara?

Krótki (tylko 10 pytań) test na to, czy nadajesz się na zwycięzcę i czy do Ciebie powędrowałby wujek Oskar po pełnym suspensu zdaniu ...and the Oscar goes to... Mi wyszło, że mam ciągle za mokro za uszami, (you're still too wet behind the ears) znaczy się, że jeszcze muszę popracować nad talentem.

Quiz jest TUTAJ.
środa, 13 lutego 2008
Wojna Charliego Wilsona

Reżyseria Mike Nichols. W rolach głównych: Tom Hanks, Julia Roberts i Philip Seymour Hoffman. W Polsce od 22 lutego.



Wyszłam z kina przybita. Próbowano mi wmówić, że pod płaszczykiem czynienia dobra można sobie uprawiać wojenkę na szczytach władzy i jeszcze dostawać za to medale. Taki film mógł powstać tylko w Ameryce albo w byłym Związku Radzieckim.

Tytułowy Charlie Wilson jest postacią autentyczną. Teksański kongresman zasłynął rozrywkowym trybem życia oraz biurem, w którym zatrudniał sekretarki na podstawie głębokości dekoltu lub stopnia opięcia spódnicy na tyłku. Przynajmniej tak pokazał to reżyser Mike Nichols (reżyser m.in. uwielbianej przeze mnie „Klatki dla ptaków”), a ja szczerze mówiąc nie mam ochoty sprawdzać, czy było tak naprawdę. W każdym bądź razie, pewnego razu kongresman Wilson siedząc w bulgoczącym jacuzzi z półnagimi paniami przy boku zobaczył w telewizji obrazy z najechanego właśnie przez Rosjan Afganistanu. Przejął się nimi mocno, a wkrótce okazało się, że Afganistan leży na sercu jego dobrej znajomej z Teksasu, prominentnej i znanej na salonach Joanne Herring (Julia Roberts). Od słowa do słowa, od czynu do czynu, Wilson na własne oczy zobaczył pakistański obóz uchodźców z Afganistanu i jest to najbardziej poruszający moment filmu, gdy kamera pokazuje kilkuletnie dzieci bez rąk, urwanych przez miny. Wilson zaczyna lobbować w Kongresie na rzecz wsparcia finansowego i przede wszystkim zbrojnego dla partyzantki afgańskiej. W krótkim czasie Afgańczycy dostają profesjonalny sprzęt do zestrzeliwania radzieckich helikopterów, które dziesiątkują afgańskie wsie. Na ekranie zaś pojawią się szybko rosnące cyferki zestrzelonych śmigłowców, roześmiane twarze partyzantów oraz rozpierniczone w drzazgi radzieckie maszyny.

W kinie ludzie śmieją się pod nosami, a mi wcale nie jest do śmiechu. Wychodzi na to - i Ameryki tu nie odkrywam - że wojnę może uprawiać sobie siedzący w zaciszu swojego gabinetu prominent z USA, a tysiące kilometrów stamtąd ludzie zabijają się wzajemnie. W tak zwanej słusznej sprawie, bo w końcu Afgańczycy walczyli z okupantem, ale na mnie zrobiło to bardzo przygnębiające wrażenie.

Być może działania Wilsona były szlachetne, ale sposób w jaki przedstawił je reżyser zupełnie nie przypadł mi do gustu. Poszłam na „Wojnę Charliego Wilsona’ głównie, aby obejrzeć Philipa Seymoura Hoffmana nominowanego do nagrody Akademii Filmowej za drugoplanową rolę agenta CIA, wspierającego działania Wilsona. Hoffman był w porządku, choć nominacja do Oskara jest nieco na wyrost, ale tylko on, oraz jak zwykle dobry Tom Hanks ratują ten film przed kategorią „kiepskie”.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy