O filmach zza oceanu
wtorek, 27 lutego 2007
Oskary są z Chicago

Skoro powiedziałam “a”, muszę także powiedzieć „b” i skonfrontować moje oskarowe przepowiednie  z tym, co oglądaliśmy w ostatnią niedzielę. Obstawiłam 20 na 24 istniejące kategorie i prawidłowo wytypowałam zwyciężców w dziewięciu, a źle w jedenastu. No, nie ma powodów do dumy, ale na usprawiedliwienie dodam, że pisałam po nominacjach w porannym amoku, nie mając czasu na dogłębne zastanowienie się nad oczywistym faktem, że Whitaker zgarnie statuetkę za główną rolę męską. Ale po kolei. Przepowiedziałam, że Scorsese w końcu dostanie tego upragnionego Oskara, zanim Akademia rzuci mu ochłap w postaci nagrody za całokształt. Pomyliłam się co do najlepszego filmu, sądząc, że będzie to „Babel”. I dobrze, że się pomyliłam, bo „Little Miss Sunshine” była lepsza. Oskar dla „The Departed” uważam, jak to wielokrotnie wczoraj powiedziałam lub napisałam, za nieporozumienie. Film jest najlepiej wyreżyserowany, trzymający w napięciu, ale poza czystą wartościa rozrywkową nie jest specjalnie wybitny. Szkoda mi „Małej Miss”.

Co do Hellen Mirren to chyba tylko naiwni wierzyli, że ktoś inny może to zgarnąć. Punkt dla mnie. Whitakera nie obstawiłam, kibicując DiKarpio. Not yet, Leo, not yet. Chwała Bogu, że Eddie Murphy nie dostał nagrody, bo to już byłaby absolutna parodia. Jennifer Hudson przewidziałam, Alana Arkina niekoniecznie, choć ten Oskar akurat bardzo mnie ucieszył. Dałam ciała obstawiając „Pan’s Labirynth” i „Cars” odpowiednio jako najlepszy film nieanglojęzyczny i animowany. Zwycięstwo niemieckiego filmu oraz pingwinów było niespodzianką. „Niewygodną prawdę” Ala Gora wytypowałam jako najlepszy dokument. Poległam na „Dreamgirls” myśląc, że dostaną Okary za najlepszą piosenkę, kostiumy i scenografię. A tymczasem wygrała Melissa z hymnem ekologicznym „I need to wake up”, a w dwóch pozostałych kategoriach  „Pan’s Labirynth” i „Maria Antonina”. „Pan’s Labirynth” dostał nagrodę za zdjęcia (mój typ). Wytypowałam, że najlepszą ścieżkę dźwiękową ma „Babel”, a najlepsze efekty „Piraci z Karaibów”. Akademia myślała tak samo. Zgadłam, że scenariusz adaptowany z „The Departed” zostanie uznany za najlepszy, ale nie przewidziałam, że za oryginalny „Little Miss Sunshine”. Obstawiłam, że  „Listy z Iwo Jimy” dostaną Oskara za najlepszy dźwięk i tak się stało, ale pomyliłam się sądząc, że wygrają też za montaż dźwięku. Tu najlepsze były „Dreamgirls”. Za tradycyjny montaż Oskara dostał „The Departed”, podczas gdy ja ni z gruchy ni z pietruchy myślałam, że będzie to „United 93”. Od myślenia to tylko głowa boli, jak to mawiał Pawlak.

Uff. A że Oskary są z Chicago? No oczywiście, że są. Produkuje je od 1983 roku fabryka R.S. Owens w północno-zachodniej części miasta. Co roku Akademia Filmowa przekazuje producentowi dwa bilety na ceremonię rozdania, a ten dorzuca trzy tysiące dolarów na samolot, hotel i odpowiedni strój dla wytypowanego pracownika.  Po więcej szczegółów proszę kliknąć na Oskara. And the Oscar goes to...

 

poniedziałek, 26 lutego 2007
Babel

„Babel”. Reżyseria Alejandro González Inárritu. W rolach głównych: Brad Pitt, Cate Blanchett, Gael García Bernal, Adriana Barraza.

Rzutem na taśmę przed rozdaniem Oskarów obejrzałam nominowany „Babel”. Gwiazdy więc zjeżdżały się na czerwony dywan do Kodak Theater, a ja nerwowo oglądałam film, aby skończyć przed rozpoczęciem ceremonii. O Oskarach będzie póżniej.

Gdy pierwsze zapowiedzi filmu pojawiły się w kinach i TV parę miesięcy temu nie miałam specjalnej ochoty, aby wybrać się do kina, zapewne z powodu nachalnych dość prób wmówienia mi, że to najlepsze dzieło w tym roku. Zawsze nastraja mnie to negatywnie. Poczekałam więc na DVD. No ale do rzeczy. Alejandro González Inárritu opowiedział w swoim filmie trzy zazębiające się historie, choć każda z nich dzieje się z daleka od poprzedniej i każda jest opowiedziana innym językiem. Wieża Babel w końcu, ten nasz świat.

Maroko. Dwa bracia bawiąc się sztucerem ojca strzelają w kierunku autobusu poważnie raniąc amerykańską turystkę Susan (Cate Blanchett) podróżującą z mężem Richardem (Brad Pitt). Akcja ratunkowa zostaje utrudniona i staje się wręcz mission impossible, gdyż władze amerykańskie nie mając wystarczających danych o przebiegu zdarzenia zakładają, że był to zamch terrorystyczny i nie chcą skorzystać z marokańskiej pomocy. San Diego. Amelia, meksykańska opiekunka dzieci Susna i Richarda wybiera się na ślub syna w Meksyku, gdy dowiaduje się, że osoba, która miała przejąć opiekę nad dziećmi nie przyjedzie. Zabiera więc dzieci ze sobą i rusza do Meksyku. Tokio. W głośnym i tętniącym mieście, nastoletnia Chieko zmaga się z własną gluchotą, dojrzewaniem seksulanym i traumą po śmierci matki, miotając się rozpaczliwie między rówieśnikami a dorosłymi.

Podobał mi się subtelny sposób, w jaki reżyser powiązał historie oraz przedstawienie roli przypadku. Przypadkowy strzał marokańskiego chłopca, który zdawać by sie mogło dotyczy tylko postrzelonej turystki i jej męża, początkuje szereg konsekwencji dla osób pozornie z nim nie związanych. Ludzie wikłani w ciąg zdarzeń, od których nie ma odwrotu wykazują się egoizmem, głupotą, brakiem logicznego myślenia i niektórzy z nich płacą za to wysoką cenę. Chieko, zagubiona między własną seksualnością, brakiem matki oraz byciem głuchoniemą szuka akceptacji wśród swoich rówieśników oraz dorosłych pijąc alkohol i inicjując kontakty seksualne. Amelia traci dorobek swojego życia. Tak naprawdę tylko Susan wychodzi z opresji cało. Trudno jednak było pogodzić mi się z faktem, że dla większości historii i bohaterów reżyser przygotował zakończenie, adekwatne do opowiedzianej historii, natomiast pominął marokańskiego chłopca, który postrzelił Susan. Jego historia pozostaje w zawieszeniu, niedokończona. Co się z nim stało? Jego rodzinę dotknęła tragedia wynikająca z jego czynu, ale co dalej? Czy dlatego, że dziecinny wybryk uruchomił ciąg wydarzeń, los chłopca jest przesądzony? Nie podobało mi się, że reżyser pozostawił tę kwestię niewykończoną, obarczając dziecko odpowiedzialnością za coś, co chłopiec zrobił bez krzty świadomości, jakie może to pociągnąć konsekwencje.

Warto obejrzeć, ale z pewnością nie zaliczyłabym filmu do kategorii „must-see”. Poprawnie, porządnie, mądrze i z uczuciem. Tylko błysku nie było.

18:45, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 lutego 2007
This Film Is Not Yet Rated

„This Film Is Not Yet Rated”. Reżyseria Kirby Dick. Dokument.

Bardzo ciekawy dokument o organizacji kryjącej się pod skrótem MPAA, co oznacza Motion Picture Association of America, która zajmuje się przydzielaniem każdemu filmowi na amerykańskich ekranach kategorii wiekowej. Filmy dostępne w kinach mogą zostać zakwalifikowane do pięciu kategorii:

  • G (general audiences), czyli dostępne dla wszystkich,

  • PG (parental guidance suggested): niektóre z treści mogą być nieodpowiednie dla dzieci, ale generalnie nie ma tam poważniejszych treści zagrażających dziecku

  • PG-13 (parents strongly cautioned): tutaj zaczynają się problemy – pojawiają się słowa nieopowiednie dla nastolatków, strzelaniny, golizny nie ma

  • R (restricted): dosadny język, przemoc, sceny erotyczne; dozwolone dla młodzieży pod kontrolą rodziców

  • NC-17 (no one 17 and under admitted): nikt poniżej 17 roku życia nie może zostać wpuszczony na salę kinową. Koniec i kropka.

Kirby Dick postanowił zająć się dość tajemniczą organizacją, która blisko 40 lat temu zastąpiła cenzorski system oceniania filmów oparty na słynnym kodeksie Haysa, gdzie każdy dłuższy pocałunek był wycinany z filmu, o scenach erotycznych nie wspominając. Zamiast cenzury wprowadzono system kategorii wiekowych, który miał informować rodziców, czego mogą spodziewać się po filmie, na który wybiera się ich nastoletnia córka. Reżyser zakwestionował sposób i wytyczne, jakimi kieruje się MPAA przy ocenianiu filmów oraz przeprowadził śledztwo na temat osób zasiadających w radzie kwalifikacyjnej. Tożsamość bowiem tychże osób jest tajna niczym akta CIA i nikt nic nie wie na ich temat. Według założeń organizacji ma to uchronić pracowników przed naciskami ze strony producentów i twórców. Wiadomo o nich tylko tyle, że mają dzieci w wieku od 5 do 17 lat, czyli te, których ten ranking najbardziej dotyczy oraz, że okres ich kadencji w radzie waha się pomiędzy 3 a 5 lat. Dick wynajął prywatnego detektywa do sprawdzenia kim są ci ludzie. Większość nie spełniała podanych warunków, będąc w radzie przez znacznie dłuższy czas i w posiadaniu dzieci w wieku co najmniej studenckim.

System MPAA był wielokrotnie krytykowany. Naczelny krytyk filmowy w USA Roger Ebert, piszący własną kolumnę w Chicago Sun Times podkreślał nie raz, że MPAA kwalifikuje filmy do kategorii „R” głównie ze względu na sceny erotycznę i goliznę na ekranie, a nie ze względu na przemoc. Reżyser „This Film Is Not Yet Rated” podparł się faktami, które mówią czarno na białym, że cztery razy więcej filmów z seksem dostaje kategorię „R” niż te ze strzelaninami i krwią bryzgającą dokoła. Pod celownikiem znalazły się także filmy z elementami homoseksualizmu. Na dowód Dick przytacza sceny masturbacji oraz scen erotycznych z kilku filmów – te w wykonaniu pań i panów dostają „R”, a te między tą samą płcią kategorię „NC-17”, która praktycznie skazuje film na niebyt, gdyż studia filmowe odmawiają promowania tych opatrzonych taką kategorią, a kina nie chcą ich wyświetlać. Reżyser rozmawia m.in. z aktorką Marią Bello, której udział w scenie erotycznej, gdzie przez sekundę widać jej włosy łonowe zakwalifikował film „The Cooler” do kategorii „NC-17” oraz z reżyserami, którzy musieli zmagać się z MPAA.

Reżyserzy filmów z nieopodowiednią według twórcy kategorią, mogą odwołać  się od decyzji rady kwalifikującej MPAA. Aby rada zmieniła zdanie, reżyser musi przemontować film, wyrzucić co pikantniejsze szczegóły i liczyć na przychylność rady. Kirby Dick zadał sobie niemało trudu, aby dowiedzieć się kto zasiada w radzie odwoławczej i wyniki okazały się szokujące. Oprócz czynnika kościelnego (?!), rada odwoławcza to głównie osobu z managementu firm zarządzających kinami oraz z największych firm produkujących filmy (m.in. Fox).

Na koniec Kirby Dick wysłał „This Film Is Not Yet Rated” do MPAA, aby przyznała mu kategorię. Bez większej niespodzianki film dostał „NC-17” ze względu na sceny erotyczne z filmów ilustrujące treści, które kwalifikują film jako „R” bądź” „NC-17”. Europejczyków podejście Amerykanów do seksualizmu w filmie śmieszy. Bardziej istotne jest dla nich, aby dwunastolatek nie zobaczył w kinie kobiecej piersi, która go wykarmiła niż zaprzestanie pokazywania temu samemu dwunastolatkowi scen z Jamesa Bonda (PG-13), w których jeśli tylko nie ma krwi na ekranie, zabijanie na pęczki wydaje się usprawiedliwione. Gdybym miała wybierać, czy moje dzieci zobaczą piersi Marii Bello czy sieczkę z karabinów maszynowych wolałabym, aby zobaczyły kobiecy biust, a nie nauczyły się, że strzelanie z maszynówek to fajna zabawa. MPAA zdaje się być odmiennego zdania.

00:06, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 lutego 2007
Doskonały świat

„Doskonały świat” („A Perfect World”). Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Kevin Costner, Clint Eastwood, Laura Dern.

Gdy pierwszy raz widziałam “Doskonały świat”, było to mniej więcej w 1995 roku. Z filmu najlepiej zapamiętałam soczysty kolor pól kukurydzy oraz zieleń z ostatnich scen filmu. Dopiero, gdy obejrzałam go ponownie, dostrzegłam znacznie więcej niż tylko kolorystykę oraz Kevina Costnera w roli głównej. Wspomniałam kiedyś, że „Doskonały świat” wydaje mi się najbardziej niedocenionym filmem w filmografii Eastwooda, a przynajmniej w dorobku ostatnich 15 lat. Gdzieś przemknął on niepostrzeżenie i teraz wszyscy pamiętają Clintowi albo „Bez przebaczenia” albo „Million Dollar Baby”.

„Doskonały świat” zaczyna się od ucieczki dwóch skazańców z więzienia. Już w pierwszych chwilach rozpoznajemy, że mamy do czynienia z kryminalistami z krwi i kości oraz że panowie nie lubią się nawzajem. W noc ucieczki, w wyniku przypadkowych wydarzeń porywają kilkuletniego chłopca i razem z nim rozpoczynają ucieczkę przed ścigającą ich zewsząd policją, której przewodzi nie kto inny, tylko sam Clint jako Red Garnett. Garnett, w dość niejasnych okolicznościach przyczynił się kilkanaście lat wcześniej do osadzenia jednego z uciekinierów Butcha Haynesa (Costner) w poprawczaku. Myśl nie daje mu spokoju i drąży ją oddelegowana przez gubernatora Teksasu młoda pani kryminolog Sally Gerber (Laura Dern), która przyłącza się do pościgu wraz z Redem.

Haynes zostaje sam z chłopcem (co stało się z drugim skazańcem można się domyślać albo zobaczyć na filmie). Jesienią 1963 roku, tuż przed zabójstwem Kennedy’ego w Dallas przemierzają Teksas, a celem Butcha jest Alaska, gdzie przebywa jego ojciec. Z dyskusji między Sally a Redem dowiadujemy się, że Robert, bo tak brzmi prawdziwe imię Butcha, miał niełatwe dzieciństwo: nieobecny ojciec, matka prostytutka i Nowy Orlean jako miejsce dorastania. Jako nastolatek zabił człowieka w obronie matki. Szeroki portret psychologiczny Butcha pokazuje, jak rodzi się agresja. Jej źródłem nie jest charakter człowieka, ale warunki, które go ukształtowały: dzieciństwo lub raczej jego brak, brak związku emocjonalnego z rodzicami i patologiczne środowisko. Więź, jaką Haynes nawiązuje z Phillipem jest więzią niemal ojcowską. Haynes wzbudza sympatię i gotowi jesteśmy wybaczyć mu jego sukinsyństwa patrząc, jak pozwala chłopcu wychowanego w rygorystycznej rodzinie świadków Jehowy spełniać marzenia. Phillip wychowywał się także bez ojca; Butch z podobnymi doświadczeniami z dzieciństwa zastępuje chłopcu ojca w tej nieplanowanej podróży.

Co czyni ten film jednym z najlepszych w dorobku Eastwooda, a w mojej opinii lepszym niż oskarowy „Bez przebaczenia” jest prawda o dzisiejszym świecie. Gdyby był doskonały, żadna z sytuacji z filmu nie wydarzyłaby się – nikt nie zostałby pokrzywdzony, zabity lub nie miał przetrąconego kręgosłupa moralnego. Gdyby Butch Haynes dorastał w kochającej rodzinie i nie doświadczał przemocy każdego dnia, nie wyrósłby na przestępcę. Jest to prawda tak banalna, że aż śmiesznie brzmi, ale zło, którym nasiąka dziecko procentuje potem w jego dorosłym życiu. W niezwykle emocjonalnej scenie, w której spotkany przypadkowo farmer bije swojego wnuka, Haynes pokazuje swoje drugie ja, które być może nigdy by się nie narodziło, gdyby jego dzieciństwo potoczyło się inaczej. Ale nie żyjemy w idealnym świecie.

Oprócz fabuły i przepięknych kolorów, nieczęsto spotykanych w filmach Clinta, na uwagę zasługuje Kevin Costner w swojej najlepszej bez dwóch zdań roli. Wielka szkoda, że aktor z takimi możliwościami zupełnie zmarnował sobie karierę gniotami, jak „Wodny świat” czy „Robin Hood”. W idealnym świecie miałby więcej ról, jak ta u Clinta.

piątek, 16 lutego 2007
Gorączka złota

„Gorączka złota” („The Gold Rush”). Reżyseria Charlie Chaplin.

Chicago zasypane po kolana śniegiem, teraz wprawdzie bardziej przypominającym rozciapaną maź na chodnikach niż biały puch. Myśląc jaki by tu film pasował do pogody, oprócz serialu „Ostry dyżur” wielokrotnie filmowanego w zimowej chicagowskiej scenerii, przypomniał mi się jeden z moich ulubionych niemych filmów „Gorączka złota” Charliego Chaplina. Choć akcja nie dzieje się w Chicago, to śniegu w filmie nie brakuje. Tramp Charlie rusza do mitycznego Klondike w poszukiwaniu złota. Chroniąc się przed śnieżną zawieruchą, znajduje schronienie w opuszczonej chacie, która okazuje się być także siedzibą dla groźnego przestępcy Blacka Larsena. Wkrótce dołącza do nich poszukiwacz złota Big Jim. Gdy panowie nie mają co jeść, losują, który z nich pójdzie na poszukiwanie jedzenia. Los wybiera Larsena, który w czasie wędrówki zostaje przyłapany przez policjantów, zabija ich, a następnie odkrywa złoto Dużego Jima. Oczywiście nie planuje już wrócić do chaty.

W tym czasie Charlie i Jim świętują Thanksgiving. Tutaj proszę obejrzeć filmik, bo będzie on zdecydowanie bardziej wymowny niż moja pisanina. Do historii przeszła także scena z bułeczkami, gdy Charlie śni o tym, jak zabawialby znajome panie.  W tym filmie jest zresztą więcej scen, które zapisały się w filmografii. Lubię Chaplina, bo łączył w swoich filmach komizm z sentymentalizmem oraz szlachetnymi chciałoby się powiedzieć emocjami. Ile razy zdarzyło mi się lać łzy na „Brzdącu” zabieranym do sierocińca albo w „Światłach wielkiego miasta”, gdy niewidoma kwiaciarka nie miała pieniędzy na czynsz. Choć zapewne znacznie częściej płakałam ze śmiechu. Nie wiem, czy jest dziś reżyser, który misję rozbawiania widzów, a jednocześnie przekazania im prostych życiowych prawd wypełnia tak sumiennie, jak to robił Chaplin. Komizm w jego filmach był nie tylko rozrywką, ale niemal zawsze miał drugi, nieco głębszy wymiar poszukiwania dobra w drugim czlowieku.

No, ale przecież miało być o śniegu.

 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy