O filmach zza oceanu
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Brad Pitt i Cate Blanchett. W Polsce od 6 lutego.

Jest coś lekko odrażającego i przyprawiającego o gęsią skórkę w postaci siedmioletniego chłopca, o twarzy 80-letniego Brada Pitta, który bawi się żołnierzykami. Podobnie, jak ojciec tytułowego Benjamina Buttona, który porzucił go zaraz po urodzeniu, tak i ja czułam lekkie obrzydzenie patrząc na te hydrydę dziecka i starca. Zdecydowanie przyjemniej patrzy się na Pitta, gdy młodnieje, zwłaszcza gdy jeździ motocyklem i wygląda jak Marlon Brando. Piękne oblicze Pitta i obrobiona komputerowo twarz Cate Blanchett to jednak ciut za mało moim zdaniem, aby nagrodzić film aż 13 nominacjami. Wprawdzie, jak dowodzi historia "Tytanika", filmu przeciętnego, który skosił oskarowe żniwo, nominacje ani Oskary nie są wyznacznikiem jakości filmu, ale mimo wszystko wydawać by się mogło, że akademia wyróżnia filmy wartościowe i oryginalne. A "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" poza piękną i przyjemną dla oka historią nie wyróżnia się niczym aż tak nadzwyczajnym, aby zostać najlepszym filmem roku.

Brad Pitt w roli tytułowego Benjamina Buttona, który rodzi się jako stare, pomarszczone dziecko i dorasta młodniejąc, w wielu opiniach zagrał najlepszą rolę w karierze, z czym nie do końca się zgadzam. Pamiętam go ze znakomitego "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa prze tchórzliwego Roberta Forda", gdzie stworzył prawdziwą kreację. W filmie Finchera, połowa uznania za rolę należy się specom od charakteryzacji i efektów specjalnych, którzy znakomicie zrobili z aktora starca, pana w średnim wieku i młodego chłopaka. Nie to, że Pitt zagrał źle. Zagrał bardzo dobrze, ale nie była to rola wybitna, podobnie zresztą, jak rola Cate Blanchett, która była moim zdaniem wyjątkowo zimna emocjonalnie na ekranie. Piękne za to były zdjęcia i aż było mi szkoda, że nie pokazano więcej Nowego Orleanu, miasta bardzo fotogenicznego i przeze mnie bardzo lubianego. Wspaniale również dopracowano kostiumy i scenografię, zwłaszcza w domu opieki prowadzonym przez przybraną matkę Benjamina.

"Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" trwa ponad dwie i pół godziny. Na plus trzeba zapisać ekipie, że żadna z minut się nie dłuży, a narracja jest gładka, nieprzerywana niepotrzebnymi wtrąceniami i sprawia, że łatwo można zatopić się w świecie Benjamina Buttona. Pod koniec filmu zaczynają się jednak pewne niekonsekwencje scenariuszowe, ale nie będę spoilerować. Zresztą, druga część filmu znacznie "siada", jakby niemal w myśl maksymy, że zawsze przyjemniej jest gonić króliczka.

Ten film to spory duży zwrot w karierze reżyserkiej Davida Finchera, twórcy "Siedem", "Zodiaku" i "Podziemnego kręgu", którego poprzednie filmy były raczej drapieżne, a momentami bardzo brutalne. Tutaj Fincher pojawia się w wersji soft i szczerze powiem, że wolę go w dotychczasowych wcieleniach. "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" jest piękną historią, ale magii, o której wspominają krytycy i widzowie, za wiele się w nim nie dopatrzyłam. Trochę szkoda, ale dodaję do "Dobrych" za dobre chęci.
21:07, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (20) »
piątek, 23 stycznia 2009
Gran Torino

Gran Torino. Reżyseria Clint Eastwood. W roli głównej Clint Eastwood. W Polsce od 29 marca.

Po dzisiejszych nominacjach widać, że szanowna akademia nie doceniła najnowszego filmu Clinta "Gran Torino". Szczerze mówiąc, koło tyłka mi to lata (mam nadzieję, że jemu też), bo choć wiernie oglądam rozdanie hollywoodzkich nagród, to werdykty grona filmowego sprawiają czasem, że rzucam skarpetami w telewizor.

Na pisanie o Oskarach będzie jeszcze czas, na razie na tapecie mój - jakby ktoś jeszcze nie wiedział - ulubiony reżyser w swojej podobnoż ostatniej roli aktorskiej. Takiego Clinta, jak w "Gran Torino" lubię najbardziej - zadziornego, bezczelnego, bezkompromisowego, czasem niepotrzebnie upartego i zacietrzewionego. Uproszczeniem byłoby może nazwanie tej roli "Brudnym Harrym" na emeryturze, ale z drugiej strony poziom goryczy, jaki prezentuje Walt Kowalski przypomina mi jak żywo Harry'ego Callahana rozczarowanego biurokratyczną maszyną. Walt właśnie pożegnał swoją żonę. Kontakt z synami i ich rodzinami ogranicza się do kurtuazyjnych telefonów i wizyt. Kowalski, emerytowany pracownik fabryki Forda, weteran wojny w Korei żyje w okolicy zamieszkałej przez Azjatów, Afro-Amerykanów i Meksykanów. Jego niechęć do "kolorowych" zmienia się powoli, gdy poznaje mieszkającą obok azjatycką rodzinę.

Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny mógł zagrać tytułową rolę. Eastwood jako Walt jest klasą dla siebie. Nawet jeśli czasem scenariusz napisany jest zbyt grubą kreską (sceny w trakcie pogrzebu i po), to Eastwood sprawia, że postać Walta jest absolutnie wiarygodna. Dawno nie było na ekranie tak ziejącego jadem, złością i goryczą bohatera. Jego zupełnie niepoprawne polityczne dialogi, ciągłe przekręcania imion azjatyckich sąsiadów, przekleństwa sprawiają, że Walt Kowalski to jedna z bardziej interesujących i jednocześnie wkurzających postaci kina ostatnich lat. Oczywiście, moja opinia jest pewnie jeszcze bardziej subiektywna niż wszystkie inne na tym blogu, jeśli chodzi o Clinta, ale Eastwood jest jak wino, im starszy, tym lepszy.

W ciekawym momencie zrobił Eastwood ten film. Trzech największych producentów samochodów w Stanach przeżywa najgorszy kryzys w historii, a Eastwood reżyseruje film, który afirmuje legendarny wytwór amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, produkowany przez Forda Gran Torino (notabene, co za auto!). Film ten przychodzi również w momencie, gdy w Białym Domu zasiada pierwszy czarnoskóry prezydent. Czy przypadek? Może tak, może nie. "Gran Torino" pozbawiony jest patosu patriotycznych obrazów, ale jest to obraz na wskroś amerykański. Oprócz nostalgii za samochodami sprzed lat, jest w nim nawiązanie do tego, czym jest Ameryka dzisiaj. "Tygiel narodów", jak określa się Stany, to miejsce, gdzie na jednej ulicy mieszkają biali, czarni, Latynosi i Azjaci (prawie dokładnie, jak na mojej ulicy). Mieszka też na niej zapewne wielu "Waltów", młodszych lub starszych, mniej lub bardziej uprzedzonych, nazywającyh Meksykanów "karaluchami", a Azjatów "żółtkami", którzy patrzą na innych przez pryzmat rasowych i społecznych stereotypów. Eastwood nie naucza niczym ksiądz z ambony, nie moralizuje natrętnie i nie namawia do bicia się w piersi, ale pokazuje m.in., że bycie patriotą to nie tylko "Buy American, drive American, be proud American", ale również etos pracy, tolerancji i poszanowania wartości wyznawanych przez innych.

Jeśli to naprawdę ma być ostatnia aktorska rola Eastwooda, no to parafrazując - "Hail to the Chief". Thank you, Clint.
środa, 14 stycznia 2009
Slumdog Millionaire

Reżyseria Danny Boyle. W rolach głównych: Dev Patel i Freida Pinto. W Polsce 27 lutego.

Po ostatniej niedzieli "Slumdog Millionaire" Danny'ego Boyle'a stał się według wielu krytyków czarnym koniem nadchodzących Oskarów. Na razie nie znane są jeszcze nawet nominacje, więc może za wcześnie dzielić skórę na niedźwiedziu, ale myślę, że film Boyle'a znajdzie wśród tych nominowanych w kategorii najlepszego filmu roku. Jak na razie "Slumdog Millionaire" nie tylko cieszy się uznaniem krytyki, ale również popularnością wśród widzów, którzy prawie do ostatniego miejsca wypełnili salę kinową w niedzielę, gdy widziałam film (rzutem na taśmę tuż przed galą Złotych Globów).

Choć nie znam kina bollywoodzkiego i przyznam, że niespecjalnie mnie ono interesuje, to "Slumdog Millionaire" film reżysera "Trainspotting" określiłabym jako zachodnią wariację na temat Bollywoodu począwszy od zupełnie niesamowitej ferii kolorów, poprzez muzykę aż po historię, z lekka nieprawdopodobną, czyli dokładnie taką, jaką zdaje się oferuje kino z Indii. Fabuła może wydać się naciągana, ale nawet po kolejnych coraz bardziej nieprawdopodobnych wytłumaczeniach głównego bohatera dlaczego znał odpowiedzi na pytania w indyjskiej wersji programu "Milionerzy", byłam po wrażeniem płynności historii i pomysłowości twórców. "Slumdog Millionaire" być może nie ma wielkiej głębi i nie zostawił mnie z dziesiątkami egzystencjalnych pytań, ale nie sądzę też, aby było to celem filmu. Prędzej już obstawiłabym po prostu filmowy romans angielskiego reżysera z intrygującą nowelą indyjskiego pisarza, której bohaterem jest Jamal, chłopak ze slumsów biorący udział w popularnym teleturnieju. Gdy Jamal odpowiada na przedostatnie pytanie, zostaje po zakończeniu programu aresztowany po zarzutem oszukiwania. Pod przymusem policji zaczyna snuć opowieść o swoim życiu, tłumaczącą dlaczego zna odpowiedzi na teleturniejowe pytania.

Połączenie wciągającej fabuły, z bardzo dynamicznym montażem, hinduską muzyką, niesamowitymi kolorami i plenerami sprawiają, że "Slumdog Millionaire" jest jednym z bardziej oryginalnych filmów, jakie ostatnio widziałam. Ten film po prostu tętni, gna do przodu i nie zatrzymuje się. Ta bollywoodzka wariacja niesie ze sobą, co - wydaje mi się - charakteryzuje indyjskie kino: kolor, tragiczno-romantyczna historia miłosna, muzyka, przystojni aktorzy oraz coś ku pokrzepieniu serc, tak aby miliardy Hindusów, które co tydzień oglądają w kinach bollywoodzkie produkcje mogli wyjść z kina podniesieni na duchu, że oprócz ich slumsów, lepianek i biedy jest gdzieś lepszy świat. To Boyle'owi udało się znakomicie i mimo pewnej trywialności opowiedzianej historii tak własnie czułam sie, gdy wyszłam z kina. Ku pokrzepieniu serc.

PS. Czy ktoś kiedyś mi powie, kto tłumaczy tytuły filmów? No jak można zrobić z tego tytułu taką bełkotliwa polsko-angielską hybrydę (tytuł filmu w polskim tłumaczeniu brzmi "Slumdog. Milioner z ulicy"). Czy nie mógłby to być zwyczajnie "Milioner ze slumsów", żeby już nie komplikować?
00:06, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (13) »
czwartek, 08 stycznia 2009
Księżna

Reżyseria Saul Dibb. W rolach głównych: Keira Knightley i Ralph Fiennes. W Polsce za dwa dni.


Do filmów kostiumowych podchodzę z przymrużeniem oka, podobnie jak do epickich melodramatów w stylu "Tytanika", które oprócz wizualnej uciechy nie niosą zbyt wielu wartości. Dlatego z obejrzeniem "Księżnej" zwlekałam, mimo iż Keira Knightley spoglądała całkiem zachęcająco z plakatów. Randka w scenerii osiemnastowiecznej Anglii okazała się jednak całkiem przyjemna, a panna Knightley po raz kolejny udowadnia, że jej błyskawiczna kariera nie jest dziełem przypadku i kryje się za nią coś więcej niż tylko popularność z trylogii pirackiej.

Georgiana księżna Devonshire była podobnoż przodkinią księżnej Diany Spencer. Osobiście nie porównywałabym dwóch pań, gdyż mimo pewnej zbieżności w losach, żyły w zupełnie innych czasów i ograniczenia, jakim podlegała Diana nijak w sumie mają się do tego, co stało się udziałem Georgiany, ubranej nie tylko w wierzchni gorset, ale również gorset surowych zasad moralnych, które faworyzowały mężczyzn, kobiety sprowadzając do reprodukcji następców.

Epoka, w której żyła księżna Devonshire wybaczała dużo mężczyznom i niewiele kobietom i mimo iż Georgiana zdawała się mieć zapędy emancypacyjne, to nie osiągnęła na tym polu wielu sukcesów. Uwielbiana na salonach, inteligentna, elokwentna i empatyczna księżna została żoną człowieka, który nie dbając na słowa przysięgi małżeńskiej płodził nieślubne dzieci i miewał nieustanne romanse. Od żony wymagał posłuszeństwa i męskiego dziedzica. Ralph Fiennes, który uważam, że zawsze wypada lepiej w rolach drani niż romatycznych kochanków (jest w nich zupełnie nieprzekonujący), zdaje się być stworzony do zagrania tej roli. Jako zimny, wyrachowany Duke dba tylko o swój interes (dosłownie i w przenośni). Jego związek z Georgianą to transakcja wiązana, gdzie on zapewnie bogactwo i pozycję społeczną, a ona ma dać mu wymarzonego syna. Gdy na horyzoncie pojawia się jego kochanka oraz kochanek księżnej, układ traci stabilność, a epoka, zasady i bezwględny charakter Duke'a sprowadzają Georgianę do roli pionka i ofiary.

Oglądając ten film pozostaje się cieszyć, głównie kobietom, że w cywilizowanym świecie mają dziś prawo wyboru do tego, jak wyglądać ma ich życie osobiste. Księżna Devonshire takiego nie miała, a jej daleka krewna Diana mimo tragizmu swojej historii nigdy nie doświadczyła traumy Georgiany.

Jak to w filmie kostiumowym, stroje są przepiękne, a Keira wygląda w nich oszałamiająco. Gra również bardzo dobrze, choć z duetu Knightley-Fiennes bardziej przekonywujący był Fiennes, ale jak już wspomniałam, bardzo lubię go w rolach łajdaków. Do obejrzenia.
00:31, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (13) »
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy