O filmach zza oceanu
czwartek, 31 stycznia 2008
La Vie en rose.
Reżyseria Oliver Dahan. W roli głównej Marion Cotillard.


Filmowa biografia Edith Piaf jest niezaprzeczalnym popisem Marion Cotillard, która wyglądała i zagrała po prostu fenomenalnie, nie tylko dzięki fantastycznemu makijażowi (warto zerknąć do bonusów na dvd i zobaczyć, że aktorka w rzeczywistości to młoda i delikatna osóbka). Niesamowita jest jej gestykulacja, tak bardzo przypominająca sceniczne gesty Piaf oraz umiejętność naśladowania charakterystycznego głosu piosenkarki. Historia życia największej damy francuskiej piosenki jest tragiczna,
jak na prawdziwą artystkę przystało. Porzucona w dzieciństwie najpierw przez matkę, potem przez ojca, wychowana w burdelu przez babkę, skończyłaby zapewne na ulicy jak jej rodzicielka, gdyby nie właściciel jednego z kabaretów, który usłyszał ją śpiewającą na paryskim bruku. Od tego momentu zaczęła się wielka kariera Piaf, przeplatana skłonnością piosenkarki do alkoholu, późniejszym uzależnieniem od morfiny, artretyzmem, śmiercią własnego dziecka oraz swoją własną w wieku zaledwie 47 lat.

Film jest dobry, ale nie specjalnie wybitny, bo ile biografii artystów pochodzących z nędzy i wybijających się na szczyt widzieliśmy? Że wspomnę tylko dwie najgłośniejsze z ostatnich lat – Raya Charlesa i Johnnego Casha. Ten sam schemat powiela również biografia Piaf. Biedne dzieciństwo, nałogi, nieszczęśliwa miłość, przedwczesna śmierć. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek sfilmowano biografię kogoś, kto dorastał w dobrobycie, z kochającymi rodzicami i trzema posiłkami dziennie (pewnie tak, ale nie przypominam sobie). No ale to w sumie cecha filmów biograficznych, że są przewidywalne, więc nie będę się bardzo czepiać „En Vie la rose”, zwłaszcza że nie ma w kinie az tylu dobrych biografii wielkich kobiet z brawurowo zagranymi rolami. Warto, choćby dla wspaniałych i ponadczasowych piosenek Piaf.

Z pięciu nominowanych do Oskara za najlepszą rolę żeńską pań widziałam na razie trzy (Cotillard, Ellen Page i Julie Christie) i póki co, to francuska aktorka w mojej opinii stworzyła oskarową kreację. Ciekawe, czy Akademia będzie podobnego zdania.

Tytułową piosenkę w wykonaiu Piaf można usłyszeć i zobaczyć tutaj http://www.youtube.com/watch?v=2-sUzR71wpQ 

20:35, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (12) »
wtorek, 29 stycznia 2008
Aż poleje się krew
Reżyseria Paul Thomas Anderson. W roli głównej Daniel Day-Lewis. W Polsce od 28 marca.


Roger Ebert porównał “Aż poleje się krew” do “Obywatela Kane’a”, ale bez Rosebud, czyli słynnego słowa, wypowiedzianego przez bohatera filmu Orsona Wellesa i będącego synonimem tęsknoty za beztroskimi latami dzieciństwa. To bardzo celna uwaga, która w pełni oddaje charakter Daniela Plainview, głównego bohatera filmu Paula Andersona. Plainview, którego poznajemy, gdy ze złamaną nogą czołga się z kopalni srebra do punktu sprzedaży, aby spieniężyć surowiec i zacząć własny biznes naftowy, to człowiek, który nie ogląda się za siebie, a do upatrzonego celu idzie po przysłowiowych trupach. Plainview nie ma żony, przyjaciół, a ludzi wokół siebie traktuje instrumentalnie, nie wyłączając swojego adoptowanego syna. Liczy się dla niego tylko kupowanie gruntów pod kolejne szyby naftowe, a obietnice, ktore składa są często bez pokrycia.

“Aż poleje się krew” nie jest więc tylko filmem o początkach przemysłu naftowego w Ameryce, ale przede wszystkim opowieścią o człowieku, który w swoim dążeniu do bogactwa zatracił wszelkie ludzkie uczucia. Widać, jak główny bohater chyli się ku moralnemu upadkowi, a końcowe sceny filmy, gdy widzimy Daniela w wystawnej rezydencji, znudzonego życiem, bogactwem i pracą stanowią idealne zakończenie. Milioner mieszka niemal sam, niczym bohater „Obywatela Kane’a”, spędzając czas na idiotycznych zabawach oraz piciu na umór. Wtedy pojawia się jego nemesis, młody ksiądz Eli Sunday, z którym Plainview zna się z czasów, gdy budował szyby na ziemi ojca Sundaya. Sunday chciał, aby pieniądze za ziemię jego ojca posłużyły na rozbudowę kościoła Third Revelation, któremu młody ksiądz przewodniczył. Losy Daniela i Eli zostaną splątane nicią splecioną z wiary, upokorzenia, pieniędzy i chciwości, aby rozplątać się w finale. Finale, którego końcowe słowa są po prostu genialne. Ostatnim filmem,który widziałam i gdzie wybór ostatnich słów wydał mi się tak trafny było „Życie na podsłuchu”. W „Aż poleje się krew” końcówka jest chyba nawet lepsza.

Niesamowita w filmie jest muzyka, którą określiłabym jako psychodeliczną, industrialną i bardzo niepokojącą, a wręcz czasami grającą na nerwach. Największym atutem “Aż poleje się krew” jest jednak Daniel Day-Lewis. To on dźwiga cały ciężar filmu i stanowi jego główny punkt. Myślę, że ma ogromne szanse na Oskara, gdyż żaden z konkurentów (a widziałam filmy wszystkich nominowanych panów) nie stworzył kreacji tak złożonej i tak dominującej na ekranie. Clooney w „Michaelu Claytonie” został „odciążony” przez Toma Wilkinsona i Tildę Swinton. Mortensen w „Eastern Promises” podobnie. Pozostaje Tommy Lee Jones w „In the Valley of Eliah” – trzeba przyznać, że w kapitalnej, wyważonej kreacji – oraz Johnny Depp, ale on, jak wiadomo, nie ma szczęścia do Oskarów.

Jedyne, co przeszkadzało mi w odbiorze filmu to czas jego trwania. Jest to stwierdzenie dość trywialne, przyznaję, bo udane filmy nawet jeśli są długie, to i tak dobrze się je ogląda, ale bez wielu scen można było by się obyć. Epopeja z życia pioniera przemysłu nafciarskiego nie musiała aż tak dokładnie podążać za kilkudziesięcioma latami z jego życia przedstawionymi w filmie. W moim odczuciu brakuje temu obrazowi dynamiki, a na ekranie widać dłużyzny.

Czy „“Aż poleje się krew” wygra statuetkę za najlepszy film? Nie będę kibicować, bo wolę „Michaela Claytona” i „No Country for Old Men”, ale ma spore szanse. Jest to film mierzący się z American dream, opowiadający o pionierskich czasach przemysłu naftowego, z gatunku, które za oceanem uważa się za kino ambitne, oraz – sądząc z zapchanej do ostatniego fotela sali kinowej – również kasowy, co również ma niemałe znaczenie przy wyborze najlepszego obrazu roku. Wolę już, aby wygrał film Andersona niż „Juno”.

Moje recenzje pozostałych filmów nominowanych w kategorii „Najlepszy film” (kliknij na tytul): Pokuta, Juno, Michael Clayton i No Country for Old Men

piątek, 25 stycznia 2008
Filmy z szuflady

Mam listę filmów, które – jak to określam – chodzą za mną. Z przeróżnych przyczyn nie udaje mi się ich obejrzeć, bądź oglądam je po wielu latach od premiery. Dotyczy to zarówno kina bardziej ambitnego, jak i typowo rozrywkowego. „Mission Impossible” na przykład obejrzałam dopiero w tym roku. Podobnie było z „Przełamując fale”, czy ostatnio „Delicatessen”. Na liście nadal mam „Hotel Rwanda”, który wypożyczałam dwa razy i za każdym razem odsyłałam bez obejrzenia, bo nie miałam nastroju na tak poważną tematykę. „Grizzly Man” Herzoga leżał w domu z miesiąc, wrócił do Netflixu, aż w końcu nagrałam go z telewizji, bo akurat był na Animal Planet, ale nadal nie obejrzałam. I tak bym pewnie mogła jeszcze długo. Macie takie filmy? 

wtorek, 22 stycznia 2008
Heath Ledger

Matko, właśnie przeczytałam, że Heath Ledger nie żyje. A tak czekałam na jego wersję Jokera w „Dark Knight”. Roli z „Brokeback Mountain” nie zapomnę, podobnie jak tragicznej postaci z „Monster’s Ball”. Miał tylko 28 lat i życie przed sobą, które spieprzył sobie jakimiś prochami na sen.

czwartek, 17 stycznia 2008
Veronica Guerin

Reżyseria Joel Schumacher. W roli głównej Cate Blanchett.


Veronica Guerin to irlandzka dziennikarka, która w latach 90. zasłynęła bezkompromisowymi artykułami demaskującymi narkotykowych bossów. Irlandia znajdowała się w głębokim kryzysie i zapotrzebowanie na narkotyki trafiło na podatny grunt, głównie do młodzieży. W ciągu krótkiego czasu gwałtownie wzrosła ilość wypadków śmiertelnych z przedawkowania, przestępczość oraz prostytucja. Guerin opublikowała szereg artykułów opisujących kryminalny proceder, narażając się tym samym narkotykowym baronom. Jej postawa doprowadziła w rezultacie do wielu zmian legislacyjnych, które zapoczątkowały walkę z narkotykami.

Film Joela Schumachera to przejmujący obraz kobiety, profesjonalistki w swoim zawodzie, która zmaga się z dziennikarskim obowiązkiem pisania prawdy mimo zagrożenia własnego życia, chęcią zaprowadzenia gangsterów przed oblicze sądu a winą wobec zaniedbywanej rodziny. O ile nie kwestionuję szlachetności intencji Guerin, to oglądając film nie sposób nie zauważyć, jak wiele razy bohaterka szarżowała z niepotrzebną brawurą, np. gdy pojechała do prywatnej posiadłości głównego bossa mafii narkotykowej, aby zrobić z nim wywiad. Nasunęło mi się pytanie o granice zawodu dziennikarza, pasję w dążeniu do prawdy a chęć napisania artykułu, czy zwyczajną głupotę. Jak informują napisy na koniec filmu, od czasu wydarzeń w Irlandii zginęło na świecie prawie 200 dziennikarzy. Liczbę tę można zapewne śmiało powiększyć o smutny dorobek od czasu premiery filmu w 2003. Można oczywiście odwrócić kota ogonem i powiedzieć, że gdyby nie dziennikarska determinacja, Irlandia dziś nie była europejskim tygrysem, na jaw nie wyszłaby afera Watergate, czy nie sięgając daleko sprawa „łowców skór”. Sposób w jaki Schumacher przedstawił Guerin (nie odbierając jej heroizmu, bohaterstwa i odwagi) zostawił mnie z wrażeniem, że bohaterka nie umiała znaleźć granicy między pracą a niebezpieczeństwem, jakie ona niosła.

Rolę charyzmatycznej dziennikarki reżyser powierzył jednej z najlepszych aktorek ostatnich lat Cate Blanchett. Blanchett zdaje się nie mieć słabych ról. Każda postać, którą odtwarza zdaje się wyrazista i prawdziwa. Stopień uosobienia aktorki z odgrywaną postacią jest imponujący. W przypadku Guerin doszło jeszcze fizyczne podobieństwo do dziennikarki. Zaowocowało to wspaniałą rolą Blanchett w bardzo dobrym filmie o nieznanym mi wcześniej momencie historii Irlandii. Odradzam Wikipedię i IMDB przed obejrzeniem, gdyż nie warto psuć sobie seansu tego przejmującego dramatu niepotrzebną wiedzą.

22:03, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy