O filmach zza oceanu
środa, 31 stycznia 2007
Oscar party

Po latach siedzenia przed telewizorem o trzeciej w nocy, mam teraz okazję oglądać rozdanie Oskarów w czasie bardziej normalnym i przy okazji przeklinać wszystkie reklamy oraz rozwlekłe mowy dziękczynne, dzięki którym transmisja trwa bez mała cztery godziny. Dwa lata temu zaprosiliśmy znajomych na wspólne oglądanie. Aby jednak nie przerodziło się to w nudną posiadówkę, wprowadziliśmy parę nowości. Na stronie ABC dostępne są karty do głosowania ze wszystkimi nominowanymi. Wydrukowaliśmy je i rozesłaliśmy do znajomych, aby wypełnili i przynieśli na imprezkę, a w trakcie transmisji ja sumiennie wpisywałam w rubryczki co kto zdobył, liczyłam na koniec i podliczałam każdego imprezowicza. Za największą liczbę poprawnych trafień była oczywiście nagroda. Dwa lata temu był to Oskar, bo cóżby innego? W zeszłym roku postanowiliśmy przybliżyć zwycięzcy uroki potencjalnej sławy i sprezentowaliśmy jej (bo wygrała moja koleżanka z pracy) czerwony chodnik, aby mogła ćwiczyć krok defiladowy przed paparazzi. Aby nikt nie czuł się poszkodowany, osoba z najmniejszą ilościa trafień musi wypić kieliszek polskiej wódki. Duszkiem. Konkurencja wzmaga apetyt, więc przygotowaliśmy filmowe menu, kojarzące się w jakiś sposób z nominowanymi filmami albo z aktorami z tychże filmów. Nie pamiętam już dobrze, bo trochę tych filmów było i żarcia też, ale na pewno zrobiliśmy:

  • dzbanek ognistej „bloody mary” -  „Harry Potter i czara ognia”,

  • micha zielonej sałaty – „Million Dollar Baby”,

  • ranch depp (dip) w hołdzie Johnnemu Deppowi,

  • „soul food” – „Ray” (nie pamiętam, co dokładnie ugotowaliśmy)

  • hot wings, czyli latające kurczaki – „Awiator”

  • bawarska kiełbasa z kiszoną kapustą - „Monachium”

  • fasola z wieprzowiną jako pokarm kowbojów - „Brokeback Mountain”

  • śródziemnomorsko-afrykańska sałatka z kuskusem – „Syriana”

  • sok pomarańczowy z wódką zwany “Pride & Predijuice” - “Pride & Prejudice”.

Mieliśmy też propozycję, aby porozbijać talerze o ściany ilustrując „Crash”, ale nie skorzystaliśmy. W tamtym roku impreza znacznie się rozrosła i mieliśmy dwa telewizory i dwie kanapy, ale w tym chyba wrócimy do pierwotnych rozmiarów, jeśli będziemy robić trzecie rozdanie. I tu pytanie do Was – co w tym roku powinno być nagrodą za wytypowanie wygranych filmów i aktorów? Był Oskar, był czerwony karpet, co teraz? Nie wiem, czy będziemy robić filmowe menu, bo to jest od cholery roboty, ale sugestie mile widziane. Do japońskich „Listów z Iwo Jimy” wiadomo co – sushi!

poniedziałek, 29 stycznia 2007
Letters from Iwo Jima

„Letters from Iwo Jima” („Listy z Iwo Jimy”; w polskich kinach od 9 marca). Reżyseria: Clint Eastwood. W rolach głównych: Ken Watanabe i Kazunari Ninomiya.

Ci, którzy nie widzieli “Flags of Our fathers” mogą spokojnie usiąść w kinowym fotelu, obejrzeć „Listy z Iwo Jimy” i z pewnością nie zgubią żadnego wątku, bo filmy choć powiązane miejscem akcji, mają inną treść i innych bohaterów. Jednak bardzo podobało mi się nawiązanie do pierwszego filmu na samym początku „Listów”. „Flagi” zakończyły się widokiem iwojimskiej plaży, a „Listy” w tym momencie zaczęły. Nie był to jedynie przypadek, czy estetyczna sztuczka zabierająca widzów z jednego filmu do drugiego. Motyw początku i końca jest silnie zaznaczony w obu filmach. O ile „Flagi” koncentrowały się na tym, co zdarzyło się po bitwie o Iwo Jimę, to najnowszy film zaczyna się tego, co było przed bitwą.

Drugi film z wojennego dyptyku Clinta Eastwooda jest spojrzeniem na bitwę o Iwo Jimę z perspektywy broniących jej Japończyków. Dowództwo japońskie od niemal początku wiedziało, że nie dostaną żadnego wsparcia z Japonii – flota, która mogła przeszkodzić wrogowi w zdobyciu wyspy, została zatopiona przez Amerykanów. Kopiąc doły na plaży wielu zwykłych, szeregowych żołnierzy poniekąd kopało sobie własny grób. Film koncentruje się na dwóch postaciach: szeregowego żołnierza Saigo oraz dowodzącego siłami japońskimi generała Kuribayashi (rewelacyjny Ken Watanabe – Akademio Filmowa, cóżeś uczyniła nie nominując go do Oskara!). Choć dalecy od siebie szarżą wojskową, ich losy splotą się nieraz w trakcie walki.

Jest to film brutalny i miejscami trudny do oglądania, ale czyż taka właśnie nie jest wojna – poszarpana ciałami żołnierzy, wykrwawiona i samotna? We „Flagach” oglądaliśmy desant amerykańskich żołnierzy na plaże Iwo Jimy, gdy biegli po czarnym piachu wyspy prosto pod ogień japońskich karabinów. W „Listach” widzimy ten sam strach w oczach Japończyków, gdy w przerażającej scenie wiedząc, że nie uda im się utrzymać wyspy, rozrywają się granatami, aby nie dostać się w ręce wroga. Zgodnie z kodeksem honorowym japońskiego żołnierza, walczy on do śmierci za ojczyznę i cesarza i jeśli nie zginie w walce, musi odebrać sobie życie.

Wojna jest bezsensownym zabijaniem. Nie ma w niej lepszych i gorszych, bo zarówno jedni, jak i drudzy dopuszczają się okrucieństw, co reżyser sumiennie pokazał w obu filmach. Co łączy ludzi przypadkowo zetkniętych ze sobą jest strach, ale i nadzieja na przetrwanie. Gdy jeden z japońskich oddziałów łapie amerykańskiego żołnierza, dowódca, mistrz olimpijski w skokach przez przeszkody oraz przyjaciel gwiazd Hollywoodu, każe opatrzeć jeńca i dać mu wody. Chłopak umiera od rany postrzałowej, a dowódca znajduje przy nim list od jego matki. Czyta go na głos swoim żołnierzom. Nie ma znaczenia, że napisała go amerykańska kobieta, istotne jest to, że jej słowa brzmią jakby napisała je każda matka do swojego syna. Listy z Iwo Jimy, czy pisane amerykańską czy japońską ręką, ślą to samo przesłanie o pragnieniu powrotu.

Podobnie, jak w przypadku „Flags of Our Fathers” polecam „Listy z Iwo Jimy” mimo dziejącego się na ekranie okrucieństwa, gdyż jest coś pięknego w sposobie, w jaki Eastwood opowiedział o 22,000 Japończyków walczących przeciwko Amerykanom.  Przeżyło ich tylko nieco ponad tysiąc.

piątek, 26 stycznia 2007
Rabbit-Proof Fence

„Rabbit-Proof Fence”. Reżyseria Phillip Noyce. W rolach głównych: Everlyn Sampi, Tianna Sansbury, Laura Monaghan i Kenneth Branagh.

Na początku XX wieku rząd Australii przyjął politykę izolowania aborygeńskich dzieci z mieszanych małżeństw od ich rodziców, jeśli byli oni rdzennymi mieszkańcami kontynentu. Dzieci w wieku od dwóch do czterech lat były umieszczane w specjalnych ośrodkach i przechodziły pranie mózgu. Nie pozwalano im mówić dialektem, chłopców przyuczano do pracy na roli, a dziewczęta do prac domowych i starano się wykorzenić ich jakiekolwiek związki z Aborygenami. Pokolenie dzieci, które zostały oderwane od swoich aborygeńskich rodziców określa się mianem „stolen generation”. Rząd praktykował separację dzieci od rodziców aż do 1969 roku.

Film Phillipa Noyce’s jest historią czternastoletniej Molly Craig, jej siostry i kuzynki, które brutalnie zabrane rodzicom i wywiezione tysiące kilometrów w głąb kraju, postanawiają uciec z ośrodka i wrócić do domu. Przewodnikiem w ich ucieczce jest tytułowy rabbit-proof fence, czyli płot w Zachodniej Australii chroniący pola uprawne przed królikami. Trasa, którą przemierzają dziewczynki liczy niemal 2,5 tysiąca kilometrów, a jej pokonanie zajęło im dziewięć tygodni. W ślad za dziewczynkami rusza pościg z polecenia A. O. Neville’a, szefa ds. Ochrony Aborygenów (Kenneth Branagh), który powiedział w 1937: "Are we going to have a population of 1 million blacks in the Commonwealth or are we going to merge them into our white community and eventually forget that there ever were any Aborigines in Australia?"

Molly i jej siostry wróciły do swojego domu w Jigalong. Kilka lat później zabrano ją ponownie w głąb kraju, tym razem z jej dwiema córkami Doris i Annabelle. Molly uciekła znowu, ale pozostawiła Doris w ośrodku. Druga z córek Annabelle, która towarzyszyła matce w ucieczce została jej zabrana kilka lat później i nigdy już jej nie zobaczyła. Minęło 21 lat, zanim Molly zobaczyła się z Doris, pozostawioną w sierocińcu.

Jest to film wstrząsający, przejmujący i do bólu prawdziwy. Jego premiera odbyła się w Jigalong, gdzie Molly mieszkała do śmierci w wieku 87 lat. Żałowała tylko jednej rzeczy w życiu – że nigdy nie zobaczyła swojej córki zabranej 60 lat wcześniej. Publiczna debata na temat „skradzionego pokolenia” rozpoczęła się w Australii dopiero pod koniec lat 80. W sumie nie jest to aż tak zadziwiające zważywszy na historię XX wieku: holocaust, gułagi i politykę apartheidu. Przypadający dziś Australia Day nazywany jest przez Aborygenów „Invasion Day” jako początek wyniszczania ich społeczności. 

środa, 24 stycznia 2007
Volver

„Volver”. Reżyseria Pedro Almodovar. W rolach głównych: Penelope Cruz, Carmen Maura i Lola Duenas.

Różnica między kinami w Europie a Ameryce jest taka, że w Europie wszystkie g...z Ameryki są wyświetlane w dzień po premierze w USA, a w Ameryce co lepsze filmy z Europy dochodzą tutaj po pół roku. Obejrzałam wreszcie „Volver” Almodovara. Dodam tylko, że film grany jest w dwóch kinach w Chicago, a jedno z tych kin to już nie Chicago. Zgroza, ale co robić.

„Volver” z akcentem bodajże na ostatnią sylabę jest hołdem Almodovara oddanym kobietom, które go wychowały i ukształtowały. Kobietom, które z właściwym sobie zdrowym rozsądkiem przyjmują co im los zzsyła i radzą sobie z zawirowaniami fortuny w swój własny sposób. Film opowiada o losach trzech pokoleń kobiet. Poznajemy Raimundę (Penelope Cruz), która utrzymuje dom i córkę Paulę. Mąż Raimundy właśnie stracił pracę i oddaje się stereotypowemu męskiemu zajęciu piwa i oglądaniu telewizji. Siostra Raimundy Sole jest fryzjerką, która prowadzi niecałkiem legalny zakład fryzjerski w swoim mieszkaniu. Poznamy też ich matkę oraz tajemnice, które skrywała przez lata, a także kuzynkę Raimundy Agustinę, która próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia swojej matki. Punktem wyjściowym filmu jest moment, gdy mąż Raimundy próbuje zgwałcić jej córkę, a ta w obronie własnej dźga go nożem, którego chyba sam Norman Bates by się nie powstydził.

Za większością mrocznych zdarzeń z życia bohaterek kryją się mężczyźni, których Almodovar może nie tyle, co piętnuje, ale czyni winnymi cierpień. Kobiety muszą radzić sobie bez nich i tylko dzięki  babskiej solidarności oraz szczerych rozmowach mogą znaleźć spokój ducha oraz własne miejsce na ziemi. Film jest przeplatającą się serią wydarzeń dramatycznych z bardziej optymistycznymi, w trakcie których odkrywamy, co kryje się za przeszłością.

To, co zawsze podobało mi się u Almodovara był kolor w jego filmach, doza absurdu oraz igrania z tożsamością bohaterów. „Volver” jest aż za poprawny. Brakowało mi almodowarowskich smaczków, które on, jak nikt inny potrafił przedstawić na ekranie wywołując i śmiech i konsternację i podziw (pamiętacie sztuczną waginę z „Porozmawiaj z nią”?). Byłoby oczywiście naiwnością myśleć, że artysta taki jak Pedro spocznie na laurach i będzie nam pokazywał te same sztuczki w każdym filmie. Oddając sprawiedliwość najnowszemu filmowi, było i nieżywe ciało i zbrodnia z przeszłości i niejasne powiązania rodzinne. Film jest piękny wizualnie – to zresztą dla mnie znak rozpoznawczy Almodovara, który z wielką mam wrażenie przyjemnością ubrał Penelope Cruz w całkiem zwariowane zestawy kolorystyczne, co jak myślę miało tylko podkreślić jej kobiecą figurę oraz sfilmował całość w soczystych barwach. Plakat zresztą mówi sam za siebie.

Przyznam, że nie podzielam opinii, że jest to najlepszy film Pedra. Być może jest to film najbardziej dojrzały i bardziej osadzony w rzeczywistości, ale chyba wolę Almodovara z  „Drżącego ciała” czy „Kiki”. Thumbs up anyway.

23:08, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Bez popcornu obstawia Oskary

Miałam oglądać nominacje z rana, ale zapomniałam i tuż przed wyjściem z domu rzuciłam okiem na Gazetę, a tam jak wół, że „Dreamgirls” mają osiem nominacji. Zatrzęsło mną, bo już oczyma wyobraźni widziałam powtórkę z „Chicago”, ale na szczęście już w pracy przeczytałam, że nominacji jest wprawdzie osiem, ale nie ma za najlepszy film czy reżyserię. Czyli jeszcze nie stracili rozumu na Zachodnim Wybrzeżu. Ale trzy nominacje w jednej kategorii (Najlepsza piosenka) to już jest zastanawiające. Niech im tam.

Powiedziałabym, że pewniaków w najważniejszych kategoriach nie ma. Nie wygra najnowszy Eastwood („Letters from Iwo Jima”), bo raz, że miał Oskara dwa lata temu za „Million Dollar Baby”, a dwa, że film jest niekasowy, a tego w Hollywood nie lubią. Choć nie widziałam, to obstawiłabym „Babel” jako najlepszy film. Gdyby to ode mnie zależało dałabym Oskara „Królowej”. Za reżyserię Oskara w końcu dostanie Scorsese, choć konkurenci są cholernie dobrzy. Eastwooda ponownie bym wykluczyła, ale już na Greengrassa za świetny „United 93” trzeba uważać.

Jak Helen Mirren nie dostanie Oskara, to nie wiem co. U panów będę kibicować DiKarpio, choć jestem wkurzona, że nie dostał nominacji za „The Departed’, tylko za słabszą rolę w „Blood Diamond”. Może wygrać, bo jego bohater, choć podłego charakteru, w końcu zrozumiał swoje czyny, a potem było co było (nie zdradzam tym, którzy nie widzieli). Lubią takie dramatyczne zakończenia w Hollywoodzie. W kategoriach drugoplanowych obstawiam Jennifer Hudson i Marka Wahlberga. Eddie Murphy rozbawił mnie w „Dreamgirls”, ale Wahlberg wgniótł w fotel. Miał chłopak „Good vibration”.

Najlepszym filmem nieangielskojęzycznym zostanie „Pan’s Labirynth”, a animowanym „Cars”. „Dreamgirls” wygrają Oskary za kostiumy, scenografię i dekoracje oraz najlepszą piosenkę za „Listen”. „An Inconvienient Truth” dostanie nagrodę za długometrażowy film dokumentalny. Oskar za scenariusz oryginalny przypadnie „Królowej”, a za adaptowany „The Departed”. „Pan’s Labirynth’ wygra zdjęcia, a „Letters from Iwo Jima” w dwóch kategoriach dźwiękowych: za montaż efektów dźwiękowych i dźwięk (tak się pewnie nie stanie, ale co tam, pożyczyć sobie mogę). Muzykę zgarnie „Babel”, najlepszy montaż „United 93”, a efekty specjalne druga część „Piratów z Karaibów”. Nie wiem, co tam jeszcze zostało, ale już mi się nie chce obstawiać. Zresztą i tak pewnie zmienię zdanie do czasu Oskarów. Co za cholerny dzień.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy