|
O filmach zza oceanu
niedziela, 07 lutego 2010
Up in the Air
"W chmurach". Reżyseria Jason Reitman. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 26 lutego.
Bohater najnowszego filmu to Ryan Bingham, którego poznajemy, gdy przygotowuje się do misji: pakuje idealnie poskładane koszule i podkoszulki, z gracją zapina bagaż, z wirtuozerią weterana lotnisk przechodzi przez bramki i zręcznie niby gracz w pokera przesuwa karty kredytowe i pokładowe w punktach check-in. Oto James Bond świata korporacji gotowy do wykonania brudnej roboty, jaką powierzają mu dyrektorzy firm, gdy nie mają przysłowiowych jaj, aby zwolnić pracownika. Dzwonią wtedy po Binghama, który zawodowo zajmuje się zwalnianiem ludzi. Na potrzeby swojej profesji Bingam stworzył kordon oddzielający go od świata: nie angażuje się w związki, nie chce mieć dzieci ani domu. Wystarcza mu hotelowy romans z atrakcyjną Alex, podobnie jak on podróżującą po całym kraju w interesach. Ryan Bingham mieszka w samolotach i hotelach. Jego własne mieszkanie przypomina trzygwiazdkowy hotel, gdzie znajduje się wszystko, czego potrzebuje road warrior: kuchnia, łazienka, sypialnia, wszystko w bezosobowej aranżacji, dostosowanej do powszechnych gustów. Bingham spędza 3/4 roku poza domem, jeśli tak można nazwać miejsce z pustą lodówką i równie pustą szafą. Jego życiem wypełnia praca. Ona jest mu matką, żoną i kochanką. Dlatego Bingham przeżywa szok, gdy dowiaduje się, że dotychczasowy sposób pracy - latanie po całych Stanach, aby zwalniać pracowników - ulegnie radykalnej zmianie, a on sam zamiast kolekcjonować kolejne tysiące mil na karcie American Airlines, zostanie uziemiony w swoim nudnym mieszkaniu w jeszcze nudniejszym mieście Omaha. Osoby, które w filmie zwalnia Bingham to ludzie, którzy naprawdę stracili pracę i zostały specjalnie zaangażowane do tego projektu. Widać w nich gorycz, rozczarowanie, dramat, wściekłość, bezradność. George Clooney jako ich nemesis jest profesjonalistą pełną gębą, z chłodną głową i wystudiowanymi do perfekcji formułkami. Dopiero podróż w towarzystwie Natalie, świeżo zatrudnionej absolwentki collegu, rozmowy z Alex i wesele siostry otwierają mu oczy na własne życie. "Up in the Air" ogląda się dobrze i przyjemnie. Jednak po paru godzinach od seansu, nie mówiąc już o paru dniach, czy tygodniach, nie bardzo jest co pamiętać. Film ma nawiększy ciężar spośród dotychczasowych trzech filmów reżysera, jest też tematycznie najpoważniejszy, ale specjalnie nie zapadł mi w pamieć. Nie wydaje mi się jednak, aby w tym przypadku była to wada. Ot, po prostu "Up in the Air" jest filmem jednego wieczoru i w sumie warto mu ten wieczór poświęcić. Jason Reitman wyrasta zdecydowanie na frontmana młodych reżyserów. Facet ma cholernie dobrą rękę do scenariuszy, bo co film, to niezła historia, pokazana na ekranie równie udanie. Na pewno będę oglądać jego kolejne produkcje. W odcinku następnym o tym, czy eksżona okazała się lepsza od eksmęża i co z tego może wyniknąć.
czwartek, 28 stycznia 2010
Avatar
Reżyseria James Cameron. W rolach głównych: Sam Worthington i Sigourney Weaver.
Tak, tak, wszyscy już widzieli, a po wszelakich blogach i gazetach całego świata zdążyły się przetoczyć dyskusje za i przeciw, sam film zatopił finansowo "Titanica" i stał się najbardziej dochodowym obrazem w historii kina, a ja jeszcze przedwczoraj pisałam u Krzysztofa, że się nie wybieram, po czym wczoraj, korzystając z wolnych trzech godzin, zapakowałam się w Baśkę no i pojechałam obejrzeć. Nie będzie to wielce merytoryczna recenzja, a raczej parę luźnych uwag. Potwierdziło się to, co w sumie wyczytałam w recenzjach: fabuła leży i kwiczy, a najlepszym elementem filmu jest fauna i flora na Pandorze. Scenariusz jest na poziomie dla dziesięciolatków i gdyby nie parę morderstw na ekranie, "Avatar" spokojnie mógłby iść w wersji b/o, bo naiwne przesłanie, że jak przychodzi co do czego, to mother nature strikes back, chyba tylko dzieci w tym wieku by świadomie kupiły. Oczywiście, traktując "Avatar" jako kino rozrywkowe i odmóżdżacz na weekend (bo dla mnie nie jest niczym innym) da się przeżyć tę słabość fabuły i skupić się li tylko na tym, co oglądamy, a nie przeżywamy duchowo. Wizualnie jest lepiej niż fabularnie, ale powiem szczerze - i nie piszę tego, żeby być złośliwa - cały ten trójwymiar mnie jakoś nie powalił ani nie zachwycił. Może jestem mało wrażliwa albo brak mi wyobraźni przestrzennej, ale ja nie widzę o co to wielkie halo z tym 3D? No widzę, że przestrzennie, że trójwymiarowo, ale nie bardzo mnie to w fotel wcisnęło. W fotel to mnie wcisnął zwiastun burtonowskiej "Alicji w krainie czarów" w 3D i tego filmu nie mogę się już doczekać. Największe wrażenie zrobiła na mnie fauna i flora Pandory. Tu rzeczywiście twórcom należą się brawa za kreatywność, bo las Pandory był bajecznie kolorowy, zaskakujący i zapierający dech w niektórych momentach. Nieźle też poszło Cameronowi z bronią generacji XXII wieku - samoloty, roboty, helikoptery były przyjemnie futurystyczne. I gdyby Cameron wziął te wszystkie zabawki i zamiast naiwnej bajki zrobił na ekranie rozpierduchę, taką jak w "Terminatorach", to ja bym chyba kupiła ten film szybciej. Choć nie lubię przemocy na ekranie, jak Boga kocham, wolałabym, żeby "Avatar" był filmem akcji, gdzie Sky People rozpierdzielaliby w drebiezgi Na'vi, krew się lała, a akcja napakowana by była wybuchami, pościgami i suspensem z "Terminatorów". No ale nie, musiało być słodko, z zespołowymi śpiewami, magią, mocą sprawczą przyrody i obowiązkowym romansidłem w tle. Leona Lewis, śpiewająca na koniec filmu, brzmiała złudząco podobnie do titanicowej Celiny. Ckliwie do potęgi. Dla mnie "Avatar" nie był żadnym przełomem w kinie. Być może utorował drogę do produkcji większej ilości filmów w 3D. Być może to jest przyszłość kina. Mam nadzieję, że za wizualną zabawą pójdą też lepsze scenariusze i lepsze aktorstwo, bo żaden z aktorów z "Avatara" specjalnie się chyba nie spracował na planie. Aha, i jeśli "Avatar" zgarnie Oskara za najlepszy film roku, to będzie to chyba ostatni rok, gdy oglądam rozdanie tych nagród na żywo. Niestety, obawiam się, że Cameron może dostać nagrodę za reżyserię, która chyba bardziej należałaby się tej gwardii specjalistów, która wygenerowała cudeńka na Pandorze. No to "Avatar" odbębniony z filmowo-blogerskiego obowiązku. W odcinku następnym Jason Reitman i George Clooney w chmurach.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Invictus
Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Morgan Freeman i Matt Damon. W Polsce od 26 lutego.
Podobno sam Mandela powiedział, że jedynym aktorem, który może zagrać jego postać jest Morgan Freeman, toteż wybór tego aktora jako odtwórcy roli głównej wydaje się oczywisty nie tylko z powodu osobistych preferencji południowo-afrykańskiego bohatera. Eastwood i Freeman zrobili razem "Million Dollar Baby", a Freeman po tej współpracy zabrał do domu Oskara. Podejrzewam więc, że castingu na rolę Mandeli w ogóle nie było. Film nie jest biografią Mandeli, a jedynie rysem biograficznym skupionym wokół mistrzostw świata w rugby, które w 1995 roku odbywały się w RPA. Mandela sprytnie i dyplomatycznie wykorzystał okazję, aby przekuć sportowe nadzieje związane z rugbystami na scalenie kraju, wciąż targanego apartheidem. Obraz pokazuje Mandelę jako zręcznego stratega, który wykorzystując uniwersalny język sportu doprowadził do tego, że znienawidzona przez czarnych mieszkańców drużyna Springboks (złożona głównie z białych graczy) stała się chlubą narodową. "Invictus" to wyjątkowo nieskomplikowane kino. Jest to opowieść o kraju przechodzącym transformację społeczną i walczącym z nagromadzonymi przez lata uprzedzeniami rasowymi. Historia Mandeli i Francoisa Pienaara (Matt Damon), kapitana rugbystów, jest opowiedziana prosto i bez zbędnych ozdobników. Jak na mój gust, ten epizod z historii RPA to trochę jednak za mało, aby stworzyć porywające kino sportowe oraz za mało, aby wyszła z tego biografia jednego z najbarwniejszych przywódców w historii. Brakowało mi rozmachu w tej historii. Damon jako Pienaar okazał się być duży lepszy w swojej roli niż Freeman jako Mandela i to u niego widać było pasję i zaangażowanie bohatera. Freeman był "letni", grający jakby na swoim wizerunku starszego pana, który niejedno widział i przeżył. Może taki naprawdę jest Mandela. Ja jednak patrząc na ekran, nie widziałam Mandeli, a Morgana Freemana w kolejnej roli charakterystycznej dla jego emploi. Nie bardzo wyszedł ten film Eastwoodowi, przynajmniej w moim odczuciu. Oglądałam "Invictus" bez większego zaangażowania w rozgrywającą się historię, która przecież sama w sobie jest interesująca. Freeman mnie nudził i tylko Matt Damon ratował całość charyzmą swojego bohatera. Współpraca z Eastwoodem musiała mu się podobać, bo reżyser obsadził go w swoim kolejnym filmie. Ciekawe, ciekawe, co z tego wyniknie, bo o umiejętnościach aktorskich Matta nigdy nie miałam dużego mniemania, ale chyba się chłop rozkręca z wiekiem. A "Invictus" tylko przeciętny. Trochę szkoda.
wtorek, 29 grudnia 2009
Filmowe podsumowanie ostatnich 10 lat
Zagląda tu ktoś jeszcze? Stęskniłam się za moim filmowym blogiem, ot co. Nie mam wprawdzie nic nowego do zrecenzowania (na razie rola mamy wygrywa z kinem, ale mam nadzieję na powrót do równowagi), ale ponieważ w mediach aż roi się od wszelakich podsumowań filmowych, to i mnie skusiło na zebranie najważniejszych dla mnie filmów mijającej dekady. 10. "Lost in Translation" za kapitalną rolę Billa Murraya i szept do ucha Scarlett Johansson w końcówce. 9. "Children of Men" za wstrząsająca wizję społeczeństwa przyszłości. 8. "Mulholland Dr." za jeden z najlepszych scenariuszy w historii. 7. "Batman Begins" za przywrócenie do życia skompromitowanego kiczowatymi filmami bohatera. 6. "No Country For Old Men" chyba za wszystko. 5. "Życie na podsłuchu" za realistyczny obraz socjalizmu i jedną z najlepszych kwestii finałowych. 4. "Million Dollar Baby" za najlepszy moim zdaniem film Clinta. 3. "Ocean's 11" za to, że stał się kultowym odmóżdżaczem na sobotnie wieczory dla mnie i hazbenda. 2. "Pianista" za wstrząsającą adaptację wspomnień Władysława Szpilmana i salę kinową w Warszawie, której nikt nie opuścił przed końcem napisów. 1. "Brokeback Mountain" za film absolutnie doskonały i za fenomenalną rolę Heatha Ledgera.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
I'm finished
Tymi słowami zakończyło się "Aż poleje się krew" i tymi słowami zamykam Bez popcornu. Po 2,5 latach pisania głównie o nowościach kinowych zza oceanu czuję, że osiągnęłam w prowadzeniu blogu moment krytyczny. Filmy oczywiście nadal oglądam, ale głównie na dvd bądź nagrane z telewizora, a do kina zaglądam rzadziej. Kłóci się to nieco z moją własną koncepcją tego blogu, który w założeniu miał być poświęcony głównie premierom kinowym. Dodatkowo - jak być może niektórzy doczytali się na moim drugim blogu - od września raczej nie będę miała czasu na regularne wizyty w kinie. Nadszedł więc chyba dobry moment, aby podziękować wszystkim czytelnikom za odwiedziny i komentarze. Będę nadal zaglądać do Michała, Milczącego_Krytyka, Froasi, Countersv, Irkag1 i innych. Pozdrawiam, Ania
poniedziałek, 23 marca 2009
Duplicity
Reżyseria Tony Gilroy. W rolach głównych: Clive Owen i Julia Roberts. Premiera polska 17 kwietnia. ![]() Ah, jak miło zobaczyć Mrs. Roberts w głównej roli. Po paru latach poświęconych dzieciom i graniu epizodycznych ról ("Ocean's 12", "Wojna Charliego Wilsona"), America's sweetheart wraca na duży ekran w lekkiej, inteligentnie napisanej i wyreżyserowanej komedii obyczajowej "Duplicity". Akurat takiego filmu trzeba mi było niedzielnym popołudniem: humoru, intrygi, romansu i ładnych twarzy. Julia prezentuje się w nim powabnie, seksowanie i przyzwoicie aktorsko jak na siebie (no bo nie czarujmy, Julia wielką aktorką nie jest). Roberts gra Claire Stenwick, byłą agentkę CIA, której zawodowe ścieżki krzyżują się z Rayem Kovalem (Clive Owen), agentem brytyjskiego MI-6. Pierwsze spotkanie pary nie wróży nic dobrego, ale mimo wszystko postanawiają połączyć siły i zacząć pracować na własny rachunek jako szpiedzy w dwóch rywalizujących ze sobą korporacjach, próbując wykraść recepturę nowego produktu jednej z nich. "Duplicity" to zdecydowanie kino rozrywkowe i o innym ciężarze gatunkowym niż debiut reżysera "Michaela Claytona". Można jednak łatwo zauważyć pewne podobieństwa w stylu reżyserowania i pracy nad obrazem. Gilroy lubi gwiazdy - w obu filmach zagrały bardzo znane nazwiska, a Tom Wilkinson pojawił się w obu. Lubi też bawić się chronologią wydarzeń i przeplatać aktualną akcję wstawkami z przeszłości, co w "Duplicity" wyszło nawet lepiej niż w "Michaelu Claytonie". Do tego stopnia, że udaje mu się wyprowadzić widza (mnie) w pole i sprytnie prowadzić intrygę łącząc świat rzeczywisty filmu z wydarzeniami wcześniejszymi. Po trzecie, Gilroy wybiera scenariusze, które mimo iż jak ten do "Duplicity" mogą wydawać się banalne, to dzięki porządnemu wykonaniu nie uwłaczają inteligencji widza. Zdaje się, że grupą docelową reżysera są osoby w wieku 30-40 lat, którym nie zawsze wystarcza przaśny humor amerykańskich komedii, a które w kinie szukają rozrywki na poziomie. Ja zdecydowanie czuję, że jestem w grupie docelowej i oba filmy reżysera obejrzałam z przyjemnością. Widać też, że Gilroya interesują wielkie korporacje - akcja obu filmów toczy się w ich środowisku - wytwory XX wieku, przenikające płynnie świat biznesu i życie prywatne bohaterów. "Duplicity" ma kilka dłużyzn oraz zamotanych irytujących momentów, ale jak na inteligentny weekendowy odmóżdżacz wypada całkiem przyzwoicie. Polecam zwłaszcza fankom Clive Owena (a wiem, że czytają) oraz na deser 10 pytań do aktora z ostatniego "Time'a" (pytanie o to, kiedy będzie w Houston nie padło).
czwartek, 26 lutego 2009
The Reader
Najlepszy film, jaki widziałam w tym roku. Kapitalne aktorstwo Winslet, do tego Ralph Fiennes w jak zwykle świetnej formie, znakomite zdjęcia powojennych Niemiec i intrygująca fabuła. A tak nie chciałam oglądać tego filmu. Przylepiono mu etykietę z Holocaustem, którego oglądaniem jestem już trochę zmęczona, więc nie bardzo mi było śpieszno do kina. A tu bach, kino może nie super wybitne, stylistyką (brak chronologicznej kolejności) i tematyką (rozterki moralne) kojarzące mi się z tym, co Daldry pokazał w "Godzinach", ale na pewno warte dwóch godzin w kinie. Bohaterami tego filmu są wina i wstyd. Bohaterka grana przez Winslet, woli kłamać przeciwko sobie na sali sądowej niż przyznać się do intelektualnej ułomności. Jej nastoletni kochanek sprzed lat mimo iż domyśla się, jaką tajemnicę skrywa Hanna, nie robi kroku do przodu i nie informuje o łagodzącej dla bohaterki okoliczności. Bo jak rozważyć głos serca i uczucia do pierwszej, namiętnej miłości życia wobec faktu, że kobieta, którą pokochał i pożądał jako nastolatek była w czasie drugiej wojny światowej dozorcą w Oświęcimiu? Jak wybrać mniejsze zło? Jak przyznać się do faktu romansu z obozowym kapo, a jednocześnie jak stanąć w obronie kogoś, kto być może nie popełnił wszystkich zarzucanych jej zbrodni? Decyzja Michaela (w wersji nastoletniej granego przez młodego niemieckiego aktora Davida Krossa, a w dorosłej przez Fiennesa) okaże się być nie tylko decyzją dotyczącą Hanny, ale i jego samego. Michael skazuje siebie na emocjonalną pustkę, będącą najpierw skutkiem porzucenia przez Hannę, która lata wcześniej bez słów skończyła ich romans, potem ujawnienia faktu, że była dozorcą obozu i wreszcie ciężaru informacji, która mogła zmienić życie byłej kochanki. Reżyser perfekcyjnie pokazuje emocjonalną szarpaninę bohatera, szukającego ukojenia w seksie z koleżanką ze studiów, małżeństwie zakończonym rozwodem, brakiem dobrego kontaktu z córką. W finale filmu rozmawia z kobietą, która przeżyła Oświęcim i była świadkiem w procesie Hanny. Nie szuka jednak zrozumienia dla Hanny, ale bardziej dla siebie za to, co zrobił bądź czego nie zrobił. I Hanna i on są winni, każde czego innego i choć jej wina jest bezspornie większa, to każde z nich gdzieś po drodze wybrało mniejsze zło, bądź zdecydowało przeciwko wyborom, od których być może zależało ludzkie życie. Kate Winslet jako Hanna Smitz jest po prostu fantastyczna. Już od samego początku filmu widać, że ciąży na niej piętno. Jej bohaterka żyje samotnie i stroni od ludzi. Romans z nastoletnim Michaelem to owoc zakazany (mówimy tutaj o związku trzydziestoletniej kobiety i piętnastolatka pod koniec lat 50. XX wieku), z którego Hanna czerpie nie tylko satysfakcję seksualną, ale również, a w zasadzie przede wszystkim dostęp do tego, czego nigdy nie było dane jej zaznać (bez spoilerów, więc nic więcej nie piszę). To, co daje jej Michael w przyszłości okaże się jej wybawieniem. Brawa dla Kate, Oskar jak najbardziej zasłużony. Brawa też dla scenarzysty i reżysera za kino kameralne, intrygujące, wzruszające i bez jednoznacznych odpowiedzi. Tym razem chciało mi się wysilić zwoje mózgowe i pomyśleć nie tylko przez 10 sekund po napisach końcowych (patrz "Wątpliwość").
piątek, 20 lutego 2009
Kolor włosów a Oskary
Nieoceniony Guardian, który w zeszłym roku dostarczył opublikowany tutaj quiz pt. "Czy dostał(a)byś Oskara", w tym roku pokusił się o pogrzebanie w statystykach kto i jak otrzymał tę nagrodę. Wybrałam kilka bardziej interesujących kategorii. Wszystkie można obejrzeć TUTAJ w wersji graficznej lub dokładniej z imionami i nazwiskami TUTAJ. Świr, kaleka i nauczyciel, czyli kogo grać, aby wygrać: - zdecydowana przewaga nagród za role bohaterów, którzy zmarli w filmie (23) - żywi tylko 10, - 1 aktor nagrodzony pośmiertnie (zobaczymy, czy w tym roku będzie drugi). Długo z tyłu i wąsy na przodzie? Mężczyzni wolą brunetki? Made in USA Podsumowując: Patrząc na pierwszą kategorię, Oskara powinna wygrać Ann Hathaway w roli alkoholiczki i do tego ciemnowłosej. Wśród panów, wyścig jest mniej rozstrzygnięty, ale jak Rourke'a i jego przegrane życie wrzucić do kategorii problemów psychicznych, to dodawszy fakt, jak kończy się film, Rourke może w tym roku wygrać, choć na jego niekorzyść przemawiają farbowane długie blond włosy. Jeśli chodzi o najlepszy film, "Slumdog Millionaire" ma teoretycznie małe szanse w tej kategorii, no ale poczekamy do niedzieli i zobaczymy.
wtorek, 17 lutego 2009
Doubt
Reżyseria John Patrick Shanley. W rolach głównych: Meryl Streep, Philip Seymour Hoffman i Amy Adams. W Polsce od 20 lutego jako "Wątpliwość".
Mam wrażenie, że niewielu reżyserów robi dziś takie filmy jak "Doubt", bowiem granica między teatrem a filmem zaciera się w nich bardzo płynnie i to co sprzedaje się na deskach teatralnych, niekoniecznie dobrze wygląda na ekranie. "Wątpliwość" powstała na podstawie sztuki teatralnej o takim samym tytule, a przeniesieniem jej na ekran zajął się jej twórca, amerykański pisarz John Patrick Shanley. Pytanie brzmi: po co? Nie widziałam sztuki, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu wtórności oglądając film na dużym ekranie. Obraz został zrealizowany hermetycznie jak teatralna sztuka, ograniczona miejscem akcji. Film jako gatunek takich ograniczeń nie ma, ale w przypadku "Wątpliwości" niemal cała akcja rozgrywa się na terenie katolickiej szkoły przylegającej do kościoła, co sprawiało być może wrażenie kameralności, ale również ograniczało odbiór. Wydaje mi się, że niemal jedynym powodem, dla którego Shanley przeniósł na duży ekran swoją sztukę była chęć obsadzenia w rolach głównych aktorów nieczęsto widywanych na scenicznych deskach. Wybór wiodącej pary okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman grają koncertowo. Zwłaszcza Streep, o której często zdarza mi się myśleć, że od wielu lat gra dobrze, na swoim poziomie, ale to już nie to samo, co pokazała w "Kramer kontra Kramer", czy "Silkwood", że o "Wyborze Zofii" nie wspominając. Tymczasem jako przełożona szkoły Streep ponownie wspięła się na wyżyny swoich umiejętności i choć bardzo łatwo było zrobić z tej postaci karykaturę, Streep nie zagrała o ani jedną nutę za dużo. Siostra Aloysius to mistrzowskie wcielenie reżimu, rygoru i twardej ręki, która prowadzi szkołę, przeciwstawiając się próbom jej reformowania. Jej oponent, ksiądz Flynn, którego siostra Aloysius oskarża o molestowanie jednego z wychowanków, pozostaje zagadką. Reżyser zostawia widza z tytułową, choć niejedyną wątpliwością, co tak naprawdę zdarzyło się za drzwiami probostwa. Wątpliwości bowiem jest więcej niż tylko ta dotycząca księdza Flynna. Zabójstwo Kennedy'ego (rok po jego śmierci osadzona jest fabuła filmu), wywołało kryzys wiary i tożsamości. Nienaruszalny porządek rzeczy uległ gwałtownego zachwianiu. Przyczynił się do tego także konflikt nuklearny z Kubą i poczucie braku bezpieczeństwa. Konflikt między księdzem a siostrą to także walka między reformatorskim podejściem do wiary, a trzymaniem go w ryzach, jak to czyniła siostra Aloysius, konflikt między tym, co sprawdzone, a co dopiero ma nadejść. Można więc filozofować w trakcie i po obejrzeniu filmu, ale szczerze mówiąc, mi nie za bardzo się chciało. "Wątpliwość" wydała mi się nieco nudnawa, a fabuła nie wciągnęła na tyle, aby szukać odpowiedzi na postawione pytania ani we własnej głowie, ani wśród innych. Teatralność tego filmu w tym przypadku poczytuję za mniej zaletę, a bardziej za okoliczność obciążającą. Pełną ekspresji gra wiodącej pary oraz Amy Adams w roli młodej siostry i Violi Davis sa przyjemne dla oka i cała czwórka została już wyróżniona za swoje role. Aktostwo broni ten film, ale według mnie powinien on pozostać na deskach teatru, gdzie siła ekspresji aktorskiej robiłaby większe wrażenie niż w kinie. Dla Meryl Streep i Philipa Seymoura Hoffmana można zobaczyć "Wątpliwość", no ale czy po dwójce takich aktorów można byłoby spodziewać się czegoś innego niż porządnego aktorstwa? Nie mam wątpliwości, że to ciut za mało na cały film.
wtorek, 10 lutego 2009
The Wrestler
Reżyseria Darren Aronofsky. W roli głównej Mickey Rourke. W Polsce od 20 marca jako "Zapaśnik".
Chyba będę w zdecydowanej mniejszości nie zgadzającej się, że rola Mickey'a Rourka w "Zapaśniku" jest najlepszą kreacją sezonu. Old broken down piece of meat, grany prze Rourka, którego prywatne życie i kariera chyba niewiele w pewnym momencie różniło się od filmowego Randy "The Rama" Robinsona, to naprawdę porządna rola zapomnianego aktora i obiektywnie zasługuje na duże uznanie. Mimo to jakoś nie mogłam się dopatrzeć aż tak dużej sztuki aktorskiej w kreacji Rourke'a, jego napakowanym, choć zmęczonym ciele Robinsona i spuchniętej i przegranej twarzy (swoją drogą, Rourke nieźle przypakował na siłowni do tego filmu). Nie odbieram Rourkowi, że zagrał świetnie; osobiście jednak cenię bardziej Seana Penna jako Milka, który pokazał po prostu kunszt aktorski tak gładki, że po raz pierwszy od dłuższego czasu (no dobra, od czasu Ledgera jako Jokera) zostawił mnie w zachwycie. Być może na moją nieco sceptyczną oceną Rourka składa się również fakt, że film trochę mnie rozczarował i zostawił z poczuciem, że można było tę historię zakończyć inaczej, a nie tak przewidywalnie, bo nie wiem, jak inni, ale zakończenia domyśliłam się od momentu, gdy Ram doznał zawału serca. Nie znam (choć czuję, że powinnam) poprzednich filmów Aronofskiego, toteż nie wiem, czy ten mieści się w gatunku, który wcześniej wypracował reżyser i czy układa się z poprzednimi obrazami jak kolejny puzel do kolekcji. Niewątpliwie obraz podrzędnych zawodów wrestlingu, starzejących się zawodników i samotności, to jeden z bardziej depresyjnych i poruszających obrazów profesjonalnego środowiska w historii kina. Każdy sport, nawet tak głupi jak wresting (sorry, fani), wygląda z reguły pięknie na zewnątrz, gdy bohaterowie są młodzi i i sławni. Gdy przemija jedno i drugie, wszystko co zostaje, to zapyziała szatnia podrzędnego lokalu, krew i marne pieniądze ledwie wystarczające na opłatę przyczepy mieszkalnej, pryska czar i zostaje skrzecząca rzeczywistość. Tak skrzecząca, że oglądając zastanawiałam się, co w ciągu 20 lat wspaniałej kariery Randy'ego poszło nie tak, że skończył jako łachmyta bez środków do życia, z nastoletnią córka, która nie chce go znać. Jedyną osobą, która zdaje się mieć dla niego sympatię, jest striptizerka, sama już nie w kwiecie wieku dla tego zawodu, wypadająca poza nawias swojej profesji, podobnie jak Randy. Wybór, którego ostatecznie dokonuje Randy, gdy wali się mu na głowę zupełnie wszystko wydał mi się ciut pójściem na łatwiznę. Po 20 latach kariery stanie za ladą i krojenie szynki z indyka na przemian z serem to nie był szczyt marzeń dla kogoś, kto był na topie przez wiele lat. Relacje z córką osiągnęły kolejne dno. Zdawać by się mogło, że decyzja Randy'ego jest słuszna. Żył w świecie wrestlingu wiele lat i chce odejść na tej samej arenie. Rozumiem poniekąd tę argumentację, ale z drugiej strony jest to poddanie się i brak woli walki. Dlaczego reżyser nie zdecydował się pozostawić bohatera przy krojeniu wędlin i walce każdego dnia z własną dumą, rozpoznającymi go ludźmi, kolejnej próbie naprawienia związku z córką? Udział w rewanżowym meczu z inną sławą wrestlingu jest być może spektakularnym sposobem na odejście, ale czy równie spektakularne - bo zwykłe i normalne, czyli nietypowe dla bohatera, nie mogłoby być, gdyby Robinson wziął się w garść i tejże garści nie wsadzał w maszynę do krojenia (co za przerażająca scena, notabene)? Według mnie byłabym w tym jakaś oczyszczająca siła, a jednocześnie jeszcze bardziej podkreślająca totalną deprechę i beznadzieję, w której znalazł się bohater. "The Wrestler" to solidne kino. Przyznaję to uczciwie, mimo iż nie zgadzam się z wizją scenarzysty i reżysera. Rourke tworzy zapadająca w pamięć postać. Jeśli pokona Penna, na co myślę ma szansę, bo rola jest wręcz wymarzona do nagrody, nie będę strasznie nad tym ubolewać, ale na razie kibicuję postaci Milkowi. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy
|