|
O filmach zza oceanu
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
I'm finished
Tymi słowami zakończyło się "Aż poleje się krew" i tymi słowami zamykam Bez popcornu. Po 2,5 latach pisania głównie o nowościach kinowych zza oceanu czuję, że osiągnęłam w prowadzeniu blogu moment krytyczny. Filmy oczywiście nadal oglądam, ale głównie na dvd bądź nagrane z telewizora, a do kina zaglądam rzadziej. Kłóci się to nieco z moją własną koncepcją tego blogu, który w założeniu miał być poświęcony głównie premierom kinowym. Dodatkowo - jak być może niektórzy doczytali się na moim drugim blogu - od września raczej nie będę miała czasu na regularne wizyty w kinie. Nadszedł więc chyba dobry moment, aby podziękować wszystkim czytelnikom za odwiedziny i komentarze. Będę nadal zaglądać do Michała, Milczącego_Krytyka, Froasi, Countersv, Irkag1 i innych. Pozdrawiam, Ania
poniedziałek, 23 marca 2009
Duplicity
Reżyseria Tony Gilroy. W rolach głównych: Clive Owen i Julia Roberts. Premiera polska 17 kwietnia. ![]() Ah, jak miło zobaczyć Mrs. Roberts w głównej roli. Po paru latach poświęconych dzieciom i graniu epizodycznych ról ("Ocean's 12", "Wojna Charliego Wilsona"), America's sweetheart wraca na duży ekran w lekkiej, inteligentnie napisanej i wyreżyserowanej komedii obyczajowej "Duplicity". Akurat takiego filmu trzeba mi było niedzielnym popołudniem: humoru, intrygi, romansu i ładnych twarzy. Julia prezentuje się w nim powabnie, seksowanie i przyzwoicie aktorsko jak na siebie (no bo nie czarujmy, Julia wielką aktorką nie jest). Roberts gra Claire Stenwick, byłą agentkę CIA, której zawodowe ścieżki krzyżują się z Rayem Kovalem (Clive Owen), agentem brytyjskiego MI-6. Pierwsze spotkanie pary nie wróży nic dobrego, ale mimo wszystko postanawiają połączyć siły i zacząć pracować na własny rachunek jako szpiedzy w dwóch rywalizujących ze sobą korporacjach, próbując wykraść recepturę nowego produktu jednej z nich. "Duplicity" to zdecydowanie kino rozrywkowe i o innym ciężarze gatunkowym niż debiut reżysera "Michaela Claytona". Można jednak łatwo zauważyć pewne podobieństwa w stylu reżyserowania i pracy nad obrazem. Gilroy lubi gwiazdy - w obu filmach zagrały bardzo znane nazwiska, a Tom Wilkinson pojawił się w obu. Lubi też bawić się chronologią wydarzeń i przeplatać aktualną akcję wstawkami z przeszłości, co w "Duplicity" wyszło nawet lepiej niż w "Michaelu Claytonie". Do tego stopnia, że udaje mu się wyprowadzić widza (mnie) w pole i sprytnie prowadzić intrygę łącząc świat rzeczywisty filmu z wydarzeniami wcześniejszymi. Po trzecie, Gilroy wybiera scenariusze, które mimo iż jak ten do "Duplicity" mogą wydawać się banalne, to dzięki porządnemu wykonaniu nie uwłaczają inteligencji widza. Zdaje się, że grupą docelową reżysera są osoby w wieku 30-40 lat, którym nie zawsze wystarcza przaśny humor amerykańskich komedii, a które w kinie szukają rozrywki na poziomie. Ja zdecydowanie czuję, że jestem w grupie docelowej i oba filmy reżysera obejrzałam z przyjemnością. Widać też, że Gilroya interesują wielkie korporacje - akcja obu filmów toczy się w ich środowisku - wytwory XX wieku, przenikające płynnie świat biznesu i życie prywatne bohaterów. "Duplicity" ma kilka dłużyzn oraz zamotanych irytujących momentów, ale jak na inteligentny weekendowy odmóżdżacz wypada całkiem przyzwoicie. Polecam zwłaszcza fankom Clive Owena (a wiem, że czytają) oraz na deser 10 pytań do aktora z ostatniego "Time'a" (pytanie o to, kiedy będzie w Houston nie padło).
czwartek, 26 lutego 2009
The Reader
Najlepszy film, jaki widziałam w tym roku. Kapitalne aktorstwo Winslet, do tego Ralph Fiennes w jak zwykle świetnej formie, znakomite zdjęcia powojennych Niemiec i intrygująca fabuła. A tak nie chciałam oglądać tego filmu. Przylepiono mu etykietę z Holocaustem, którego oglądaniem jestem już trochę zmęczona, więc nie bardzo mi było śpieszno do kina. A tu bach, kino może nie super wybitne, stylistyką (brak chronologicznej kolejności) i tematyką (rozterki moralne) kojarzące mi się z tym, co Daldry pokazał w "Godzinach", ale na pewno warte dwóch godzin w kinie. Bohaterami tego filmu są wina i wstyd. Bohaterka grana przez Winslet, woli kłamać przeciwko sobie na sali sądowej niż przyznać się do intelektualnej ułomności. Jej nastoletni kochanek sprzed lat mimo iż domyśla się, jaką tajemnicę skrywa Hanna, nie robi kroku do przodu i nie informuje o łagodzącej dla bohaterki okoliczności. Bo jak rozważyć głos serca i uczucia do pierwszej, namiętnej miłości życia wobec faktu, że kobieta, którą pokochał i pożądał jako nastolatek była w czasie drugiej wojny światowej dozorcą w Oświęcimiu? Jak wybrać mniejsze zło? Jak przyznać się do faktu romansu z obozowym kapo, a jednocześnie jak stanąć w obronie kogoś, kto być może nie popełnił wszystkich zarzucanych jej zbrodni? Decyzja Michaela (w wersji nastoletniej granego przez młodego niemieckiego aktora Davida Krossa, a w dorosłej przez Fiennesa) okaże się być nie tylko decyzją dotyczącą Hanny, ale i jego samego. Michael skazuje siebie na emocjonalną pustkę, będącą najpierw skutkiem porzucenia przez Hannę, która lata wcześniej bez słów skończyła ich romans, potem ujawnienia faktu, że była dozorcą obozu i wreszcie ciężaru informacji, która mogła zmienić życie byłej kochanki. Reżyser perfekcyjnie pokazuje emocjonalną szarpaninę bohatera, szukającego ukojenia w seksie z koleżanką ze studiów, małżeństwie zakończonym rozwodem, brakiem dobrego kontaktu z córką. W finale filmu rozmawia z kobietą, która przeżyła Oświęcim i była świadkiem w procesie Hanny. Nie szuka jednak zrozumienia dla Hanny, ale bardziej dla siebie za to, co zrobił bądź czego nie zrobił. I Hanna i on są winni, każde czego innego i choć jej wina jest bezspornie większa, to każde z nich gdzieś po drodze wybrało mniejsze zło, bądź zdecydowało przeciwko wyborom, od których być może zależało ludzkie życie. Kate Winslet jako Hanna Smitz jest po prostu fantastyczna. Już od samego początku filmu widać, że ciąży na niej piętno. Jej bohaterka żyje samotnie i stroni od ludzi. Romans z nastoletnim Michaelem to owoc zakazany (mówimy tutaj o związku trzydziestoletniej kobiety i piętnastolatka pod koniec lat 50. XX wieku), z którego Hanna czerpie nie tylko satysfakcję seksualną, ale również, a w zasadzie przede wszystkim dostęp do tego, czego nigdy nie było dane jej zaznać (bez spoilerów, więc nic więcej nie piszę). To, co daje jej Michael w przyszłości okaże się jej wybawieniem. Brawa dla Kate, Oskar jak najbardziej zasłużony. Brawa też dla scenarzysty i reżysera za kino kameralne, intrygujące, wzruszające i bez jednoznacznych odpowiedzi. Tym razem chciało mi się wysilić zwoje mózgowe i pomyśleć nie tylko przez 10 sekund po napisach końcowych (patrz "Wątpliwość").
piątek, 20 lutego 2009
Kolor włosów a Oskary
Nieoceniony Guardian, który w zeszłym roku dostarczył opublikowany tutaj quiz pt. "Czy dostał(a)byś Oskara", w tym roku pokusił się o pogrzebanie w statystykach kto i jak otrzymał tę nagrodę. Wybrałam kilka bardziej interesujących kategorii. Wszystkie można obejrzeć TUTAJ w wersji graficznej lub dokładniej z imionami i nazwiskami TUTAJ. Świr, kaleka i nauczyciel, czyli kogo grać, aby wygrać: - zdecydowana przewaga nagród za role bohaterów, którzy zmarli w filmie (23) - żywi tylko 10, - 1 aktor nagrodzony pośmiertnie (zobaczymy, czy w tym roku będzie drugi). Długo z tyłu i wąsy na przodzie? Mężczyzni wolą brunetki? Made in USA Podsumowując: Patrząc na pierwszą kategorię, Oskara powinna wygrać Ann Hathaway w roli alkoholiczki i do tego ciemnowłosej. Wśród panów, wyścig jest mniej rozstrzygnięty, ale jak Rourke'a i jego przegrane życie wrzucić do kategorii problemów psychicznych, to dodawszy fakt, jak kończy się film, Rourke może w tym roku wygrać, choć na jego niekorzyść przemawiają farbowane długie blond włosy. Jeśli chodzi o najlepszy film, "Slumdog Millionaire" ma teoretycznie małe szanse w tej kategorii, no ale poczekamy do niedzieli i zobaczymy.
wtorek, 17 lutego 2009
Doubt
Reżyseria John Patrick Shanley. W rolach głównych: Meryl Streep, Philip Seymour Hoffman i Amy Adams. W Polsce od 20 lutego jako "Wątpliwość".
Mam wrażenie, że niewielu reżyserów robi dziś takie filmy jak "Doubt", bowiem granica między teatrem a filmem zaciera się w nich bardzo płynnie i to co sprzedaje się na deskach teatralnych, niekoniecznie dobrze wygląda na ekranie. "Wątpliwość" powstała na podstawie sztuki teatralnej o takim samym tytule, a przeniesieniem jej na ekran zajął się jej twórca, amerykański pisarz John Patrick Shanley. Pytanie brzmi: po co? Nie widziałam sztuki, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu wtórności oglądając film na dużym ekranie. Obraz został zrealizowany hermetycznie jak teatralna sztuka, ograniczona miejscem akcji. Film jako gatunek takich ograniczeń nie ma, ale w przypadku "Wątpliwości" niemal cała akcja rozgrywa się na terenie katolickiej szkoły przylegającej do kościoła, co sprawiało być może wrażenie kameralności, ale również ograniczało odbiór. Wydaje mi się, że niemal jedynym powodem, dla którego Shanley przeniósł na duży ekran swoją sztukę była chęć obsadzenia w rolach głównych aktorów nieczęsto widywanych na scenicznych deskach. Wybór wiodącej pary okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż Meryl Streep i Philip Seymour Hoffman grają koncertowo. Zwłaszcza Streep, o której często zdarza mi się myśleć, że od wielu lat gra dobrze, na swoim poziomie, ale to już nie to samo, co pokazała w "Kramer kontra Kramer", czy "Silkwood", że o "Wyborze Zofii" nie wspominając. Tymczasem jako przełożona szkoły Streep ponownie wspięła się na wyżyny swoich umiejętności i choć bardzo łatwo było zrobić z tej postaci karykaturę, Streep nie zagrała o ani jedną nutę za dużo. Siostra Aloysius to mistrzowskie wcielenie reżimu, rygoru i twardej ręki, która prowadzi szkołę, przeciwstawiając się próbom jej reformowania. Jej oponent, ksiądz Flynn, którego siostra Aloysius oskarża o molestowanie jednego z wychowanków, pozostaje zagadką. Reżyser zostawia widza z tytułową, choć niejedyną wątpliwością, co tak naprawdę zdarzyło się za drzwiami probostwa. Wątpliwości bowiem jest więcej niż tylko ta dotycząca księdza Flynna. Zabójstwo Kennedy'ego (rok po jego śmierci osadzona jest fabuła filmu), wywołało kryzys wiary i tożsamości. Nienaruszalny porządek rzeczy uległ gwałtownego zachwianiu. Przyczynił się do tego także konflikt nuklearny z Kubą i poczucie braku bezpieczeństwa. Konflikt między księdzem a siostrą to także walka między reformatorskim podejściem do wiary, a trzymaniem go w ryzach, jak to czyniła siostra Aloysius, konflikt między tym, co sprawdzone, a co dopiero ma nadejść. Można więc filozofować w trakcie i po obejrzeniu filmu, ale szczerze mówiąc, mi nie za bardzo się chciało. "Wątpliwość" wydała mi się nieco nudnawa, a fabuła nie wciągnęła na tyle, aby szukać odpowiedzi na postawione pytania ani we własnej głowie, ani wśród innych. Teatralność tego filmu w tym przypadku poczytuję za mniej zaletę, a bardziej za okoliczność obciążającą. Pełną ekspresji gra wiodącej pary oraz Amy Adams w roli młodej siostry i Violi Davis sa przyjemne dla oka i cała czwórka została już wyróżniona za swoje role. Aktostwo broni ten film, ale według mnie powinien on pozostać na deskach teatru, gdzie siła ekspresji aktorskiej robiłaby większe wrażenie niż w kinie. Dla Meryl Streep i Philipa Seymoura Hoffmana można zobaczyć "Wątpliwość", no ale czy po dwójce takich aktorów można byłoby spodziewać się czegoś innego niż porządnego aktorstwa? Nie mam wątpliwości, że to ciut za mało na cały film.
wtorek, 10 lutego 2009
The Wrestler
Reżyseria Darren Aronofsky. W roli głównej Mickey Rourke. W Polsce od 20 marca jako "Zapaśnik".
Chyba będę w zdecydowanej mniejszości nie zgadzającej się, że rola Mickey'a Rourka w "Zapaśniku" jest najlepszą kreacją sezonu. Old broken down piece of meat, grany prze Rourka, którego prywatne życie i kariera chyba niewiele w pewnym momencie różniło się od filmowego Randy "The Rama" Robinsona, to naprawdę porządna rola zapomnianego aktora i obiektywnie zasługuje na duże uznanie. Mimo to jakoś nie mogłam się dopatrzeć aż tak dużej sztuki aktorskiej w kreacji Rourke'a, jego napakowanym, choć zmęczonym ciele Robinsona i spuchniętej i przegranej twarzy (swoją drogą, Rourke nieźle przypakował na siłowni do tego filmu). Nie odbieram Rourkowi, że zagrał świetnie; osobiście jednak cenię bardziej Seana Penna jako Milka, który pokazał po prostu kunszt aktorski tak gładki, że po raz pierwszy od dłuższego czasu (no dobra, od czasu Ledgera jako Jokera) zostawił mnie w zachwycie. Być może na moją nieco sceptyczną oceną Rourka składa się również fakt, że film trochę mnie rozczarował i zostawił z poczuciem, że można było tę historię zakończyć inaczej, a nie tak przewidywalnie, bo nie wiem, jak inni, ale zakończenia domyśliłam się od momentu, gdy Ram doznał zawału serca. Nie znam (choć czuję, że powinnam) poprzednich filmów Aronofskiego, toteż nie wiem, czy ten mieści się w gatunku, który wcześniej wypracował reżyser i czy układa się z poprzednimi obrazami jak kolejny puzel do kolekcji. Niewątpliwie obraz podrzędnych zawodów wrestlingu, starzejących się zawodników i samotności, to jeden z bardziej depresyjnych i poruszających obrazów profesjonalnego środowiska w historii kina. Każdy sport, nawet tak głupi jak wresting (sorry, fani), wygląda z reguły pięknie na zewnątrz, gdy bohaterowie są młodzi i i sławni. Gdy przemija jedno i drugie, wszystko co zostaje, to zapyziała szatnia podrzędnego lokalu, krew i marne pieniądze ledwie wystarczające na opłatę przyczepy mieszkalnej, pryska czar i zostaje skrzecząca rzeczywistość. Tak skrzecząca, że oglądając zastanawiałam się, co w ciągu 20 lat wspaniałej kariery Randy'ego poszło nie tak, że skończył jako łachmyta bez środków do życia, z nastoletnią córka, która nie chce go znać. Jedyną osobą, która zdaje się mieć dla niego sympatię, jest striptizerka, sama już nie w kwiecie wieku dla tego zawodu, wypadająca poza nawias swojej profesji, podobnie jak Randy. Wybór, którego ostatecznie dokonuje Randy, gdy wali się mu na głowę zupełnie wszystko wydał mi się ciut pójściem na łatwiznę. Po 20 latach kariery stanie za ladą i krojenie szynki z indyka na przemian z serem to nie był szczyt marzeń dla kogoś, kto był na topie przez wiele lat. Relacje z córką osiągnęły kolejne dno. Zdawać by się mogło, że decyzja Randy'ego jest słuszna. Żył w świecie wrestlingu wiele lat i chce odejść na tej samej arenie. Rozumiem poniekąd tę argumentację, ale z drugiej strony jest to poddanie się i brak woli walki. Dlaczego reżyser nie zdecydował się pozostawić bohatera przy krojeniu wędlin i walce każdego dnia z własną dumą, rozpoznającymi go ludźmi, kolejnej próbie naprawienia związku z córką? Udział w rewanżowym meczu z inną sławą wrestlingu jest być może spektakularnym sposobem na odejście, ale czy równie spektakularne - bo zwykłe i normalne, czyli nietypowe dla bohatera, nie mogłoby być, gdyby Robinson wziął się w garść i tejże garści nie wsadzał w maszynę do krojenia (co za przerażająca scena, notabene)? Według mnie byłabym w tym jakaś oczyszczająca siła, a jednocześnie jeszcze bardziej podkreślająca totalną deprechę i beznadzieję, w której znalazł się bohater. "The Wrestler" to solidne kino. Przyznaję to uczciwie, mimo iż nie zgadzam się z wizją scenarzysty i reżysera. Rourke tworzy zapadająca w pamięć postać. Jeśli pokona Penna, na co myślę ma szansę, bo rola jest wręcz wymarzona do nagrody, nie będę strasznie nad tym ubolewać, ale na razie kibicuję postaci Milkowi.
czwartek, 05 lutego 2009
Milk
Reżyseria Gus Van Sant. W roli głównej Sean Penn. Aktualnie w Polsce.
Nie chcę przynudzać z Oskarami w każdym wpisie, no ale tak już mam, że gdy oglądam coś w oskarowym sezonie i tenże film jest jest nominowany, to od razu ustawiam go sobie w hierarchii do rozdania nagród. Po obejrzeniu "Milka" wiem, że jest to najlepszy obraz z 3 nominowanych, które dotychczas widziałam. Nie tylko dlatego, że Sean Penn w tytułowej roli stworzył wielką kreację, kreację trochę "niepennowską", bo nie przytłaczającą reszty obsady, ale głównie ze względu na ciężar zagadnień, które porusza film Van Santa. Harvey Milk, działacz na rzecz praw mniejszości seksualnych z lat 70., jest narratorem historii, jak w Castro, irlandzkiej dzielnicy San Francisco, powstała gejowska enklawa, a on sam został pierwszym otwarcie przyznającym się do homoseksualizmu urzędnikiem publicznym. Bardzo podobały mi się archiwalne wstawki pokazujące Castro we wczesnych latach 70.: panów w szortach spacerujących po ulicach, z obowiązkowym wąsem i hipisowskimi fryzurami oraz końcówka filmu, gdy pokazano, jak naprawdę wyglądali ludzie sportretowani w filmie. Milk czyni swoją opowieść nie tylko pamiątką o tym "jak było", ale również testamentem, nagranym w przeddzień śmierci. Reżyser ustrzegł się pułapki, w którą łatwo można wpaść opowiadając o ludziach i wydarzeniach, które zmieniły historię. Choć postać Milka nie jest dziś powszechnie znana i nawet osoby z kręgu LGBTG nie zawsze wiedzą, kim był, ani co zrobił, to Milk i jego działania zapoczątkowały przemiany społeczne w Ameryce. Po Van Sancie, któremu temat homoseksualizmu nie jest obcy ("Moje własne Idaho") nie spodziewałabym się patosu i martyrologii, więc tych dwóch rzeczy w "Milku" po prostu nie ma. Harvey Milk został pokazany jako całkiem zwyczajny facet z San Francisco, który przez swój upór, pasmo porażek w lokalnych wyborach, niepowodzeń w życiu osobistym, zdołał zbudować zaplecze ludzi oddanych tej samej idei i w końcu dopiąć swego, tj. zostać radnym (tak chyba należałoby przetłumaczyć jego pozycję). Nie heros epoki posthipisowskiej, a człowiek, któremu autentycznie zależało, aby nikt, kto podaje rękę gejowi nie musiał jej później wycierać chusteczką. Ta pewna oszczędność portretu Milka przekłada się również na stonowany portret jego współpracowników, co generalnie mi nie przeszkadzało, poza niezbyt według mnie dobrze rozpisaną postacią Dana White'a, zabójcy Milka (w tej roli Josh Brolin). Froasia napisała gdzieś wcześniej w komentarzu, że Brolin zagrał wybitnie, a mi się wydaje, że ten tak lubiany przeze mnie aktor nie do końca rozwinął skrzydła. Podobieństwo fizyczne do prawdziwego White'a jest rzeczywiście uderzające, ale spośród wszystkich drugoplanownych postaci, po tej właśnie spodziewałabym się najwięcej. Homofobia 30 lat po Milku nadal trzyma się mocno. Patrząc jednak, jak daleką drogę przeszło ustawodawstwo oraz zmiany społeczne w Ameryce oraz innych krajach, nie sposób docenić tego, co zrobił Milk dla ruchu tolerancji mniejszości seksualnych. Proste, nieprzekombinowane przesłanie filmu Van Santa połączone z naprawdę, naprawdę świetną rolą Penna sprawiają, że cenię ten film dużo wyżej niż barwą opowieść o chłopaku ze slumsów, czy nowoorleańską przypowieść o czasie. P.S. Oczywiście teraz pluję sobie w brodę, że jak byłam w San Francisco w sierpniu, nie udało mi się dotrzeć do Castro.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Brad Pitt i Cate Blanchett. W Polsce od 6 lutego.
Jest coś lekko odrażającego i przyprawiającego o gęsią skórkę w postaci siedmioletniego chłopca, o twarzy 80-letniego Brada Pitta, który bawi się żołnierzykami. Podobnie, jak ojciec tytułowego Benjamina Buttona, który porzucił go zaraz po urodzeniu, tak i ja czułam lekkie obrzydzenie patrząc na te hydrydę dziecka i starca. Zdecydowanie przyjemniej patrzy się na Pitta, gdy młodnieje, zwłaszcza gdy jeździ motocyklem i wygląda jak Marlon Brando. Piękne oblicze Pitta i obrobiona komputerowo twarz Cate Blanchett to jednak ciut za mało moim zdaniem, aby nagrodzić film aż 13 nominacjami. Wprawdzie, jak dowodzi historia "Tytanika", filmu przeciętnego, który skosił oskarowe żniwo, nominacje ani Oskary nie są wyznacznikiem jakości filmu, ale mimo wszystko wydawać by się mogło, że akademia wyróżnia filmy wartościowe i oryginalne. A "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" poza piękną i przyjemną dla oka historią nie wyróżnia się niczym aż tak nadzwyczajnym, aby zostać najlepszym filmem roku. Brad Pitt w roli tytułowego Benjamina Buttona, który rodzi się jako stare, pomarszczone dziecko i dorasta młodniejąc, w wielu opiniach zagrał najlepszą rolę w karierze, z czym nie do końca się zgadzam. Pamiętam go ze znakomitego "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa prze tchórzliwego Roberta Forda", gdzie stworzył prawdziwą kreację. W filmie Finchera, połowa uznania za rolę należy się specom od charakteryzacji i efektów specjalnych, którzy znakomicie zrobili z aktora starca, pana w średnim wieku i młodego chłopaka. Nie to, że Pitt zagrał źle. Zagrał bardzo dobrze, ale nie była to rola wybitna, podobnie zresztą, jak rola Cate Blanchett, która była moim zdaniem wyjątkowo zimna emocjonalnie na ekranie. Piękne za to były zdjęcia i aż było mi szkoda, że nie pokazano więcej Nowego Orleanu, miasta bardzo fotogenicznego i przeze mnie bardzo lubianego. Wspaniale również dopracowano kostiumy i scenografię, zwłaszcza w domu opieki prowadzonym przez przybraną matkę Benjamina. "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" trwa ponad dwie i pół godziny. Na plus trzeba zapisać ekipie, że żadna z minut się nie dłuży, a narracja jest gładka, nieprzerywana niepotrzebnymi wtrąceniami i sprawia, że łatwo można zatopić się w świecie Benjamina Buttona. Pod koniec filmu zaczynają się jednak pewne niekonsekwencje scenariuszowe, ale nie będę spoilerować. Zresztą, druga część filmu znacznie "siada", jakby niemal w myśl maksymy, że zawsze przyjemniej jest gonić króliczka. Ten film to spory duży zwrot w karierze reżyserkiej Davida Finchera, twórcy "Siedem", "Zodiaku" i "Podziemnego kręgu", którego poprzednie filmy były raczej drapieżne, a momentami bardzo brutalne. Tutaj Fincher pojawia się w wersji soft i szczerze powiem, że wolę go w dotychczasowych wcieleniach. "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" jest piękną historią, ale magii, o której wspominają krytycy i widzowie, za wiele się w nim nie dopatrzyłam. Trochę szkoda, ale dodaję do "Dobrych" za dobre chęci.
piątek, 23 stycznia 2009
Gran Torino
Gran Torino. Reżyseria Clint Eastwood. W roli głównej Clint Eastwood. W Polsce od 29 marca.
Po dzisiejszych nominacjach widać, że szanowna akademia nie doceniła najnowszego filmu Clinta "Gran Torino". Szczerze mówiąc, koło tyłka mi to lata (mam nadzieję, że jemu też), bo choć wiernie oglądam rozdanie hollywoodzkich nagród, to werdykty grona filmowego sprawiają czasem, że rzucam skarpetami w telewizor. Na pisanie o Oskarach będzie jeszcze czas, na razie na tapecie mój - jakby ktoś jeszcze nie wiedział - ulubiony reżyser w swojej podobnoż ostatniej roli aktorskiej. Takiego Clinta, jak w "Gran Torino" lubię najbardziej - zadziornego, bezczelnego, bezkompromisowego, czasem niepotrzebnie upartego i zacietrzewionego. Uproszczeniem byłoby może nazwanie tej roli "Brudnym Harrym" na emeryturze, ale z drugiej strony poziom goryczy, jaki prezentuje Walt Kowalski przypomina mi jak żywo Harry'ego Callahana rozczarowanego biurokratyczną maszyną. Walt właśnie pożegnał swoją żonę. Kontakt z synami i ich rodzinami ogranicza się do kurtuazyjnych telefonów i wizyt. Kowalski, emerytowany pracownik fabryki Forda, weteran wojny w Korei żyje w okolicy zamieszkałej przez Azjatów, Afro-Amerykanów i Meksykanów. Jego niechęć do "kolorowych" zmienia się powoli, gdy poznaje mieszkającą obok azjatycką rodzinę. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny mógł zagrać tytułową rolę. Eastwood jako Walt jest klasą dla siebie. Nawet jeśli czasem scenariusz napisany jest zbyt grubą kreską (sceny w trakcie pogrzebu i po), to Eastwood sprawia, że postać Walta jest absolutnie wiarygodna. Dawno nie było na ekranie tak ziejącego jadem, złością i goryczą bohatera. Jego zupełnie niepoprawne polityczne dialogi, ciągłe przekręcania imion azjatyckich sąsiadów, przekleństwa sprawiają, że Walt Kowalski to jedna z bardziej interesujących i jednocześnie wkurzających postaci kina ostatnich lat. Oczywiście, moja opinia jest pewnie jeszcze bardziej subiektywna niż wszystkie inne na tym blogu, jeśli chodzi o Clinta, ale Eastwood jest jak wino, im starszy, tym lepszy. W ciekawym momencie zrobił Eastwood ten film. Trzech największych producentów samochodów w Stanach przeżywa najgorszy kryzys w historii, a Eastwood reżyseruje film, który afirmuje legendarny wytwór amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, produkowany przez Forda Gran Torino (notabene, co za auto!). Film ten przychodzi również w momencie, gdy w Białym Domu zasiada pierwszy czarnoskóry prezydent. Czy przypadek? Może tak, może nie. "Gran Torino" pozbawiony jest patosu patriotycznych obrazów, ale jest to obraz na wskroś amerykański. Oprócz nostalgii za samochodami sprzed lat, jest w nim nawiązanie do tego, czym jest Ameryka dzisiaj. "Tygiel narodów", jak określa się Stany, to miejsce, gdzie na jednej ulicy mieszkają biali, czarni, Latynosi i Azjaci (prawie dokładnie, jak na mojej ulicy). Mieszka też na niej zapewne wielu "Waltów", młodszych lub starszych, mniej lub bardziej uprzedzonych, nazywającyh Meksykanów "karaluchami", a Azjatów "żółtkami", którzy patrzą na innych przez pryzmat rasowych i społecznych stereotypów. Eastwood nie naucza niczym ksiądz z ambony, nie moralizuje natrętnie i nie namawia do bicia się w piersi, ale pokazuje m.in., że bycie patriotą to nie tylko "Buy American, drive American, be proud American", ale również etos pracy, tolerancji i poszanowania wartości wyznawanych przez innych. Jeśli to naprawdę ma być ostatnia aktorska rola Eastwooda, no to parafrazując - "Hail to the Chief". Thank you, Clint.
środa, 14 stycznia 2009
Slumdog Millionaire
Reżyseria Danny Boyle. W rolach głównych: Dev Patel i Freida Pinto. W Polsce 27 lutego.
Po ostatniej niedzieli "Slumdog Millionaire" Danny'ego Boyle'a stał się według wielu krytyków czarnym koniem nadchodzących Oskarów. Na razie nie znane są jeszcze nawet nominacje, więc może za wcześnie dzielić skórę na niedźwiedziu, ale myślę, że film Boyle'a znajdzie wśród tych nominowanych w kategorii najlepszego filmu roku. Jak na razie "Slumdog Millionaire" nie tylko cieszy się uznaniem krytyki, ale również popularnością wśród widzów, którzy prawie do ostatniego miejsca wypełnili salę kinową w niedzielę, gdy widziałam film (rzutem na taśmę tuż przed galą Złotych Globów). Choć nie znam kina bollywoodzkiego i przyznam, że niespecjalnie mnie ono interesuje, to "Slumdog Millionaire" film reżysera "Trainspotting" określiłabym jako zachodnią wariację na temat Bollywoodu począwszy od zupełnie niesamowitej ferii kolorów, poprzez muzykę aż po historię, z lekka nieprawdopodobną, czyli dokładnie taką, jaką zdaje się oferuje kino z Indii. Fabuła może wydać się naciągana, ale nawet po kolejnych coraz bardziej nieprawdopodobnych wytłumaczeniach głównego bohatera dlaczego znał odpowiedzi na pytania w indyjskiej wersji programu "Milionerzy", byłam po wrażeniem płynności historii i pomysłowości twórców. "Slumdog Millionaire" być może nie ma wielkiej głębi i nie zostawił mnie z dziesiątkami egzystencjalnych pytań, ale nie sądzę też, aby było to celem filmu. Prędzej już obstawiłabym po prostu filmowy romans angielskiego reżysera z intrygującą nowelą indyjskiego pisarza, której bohaterem jest Jamal, chłopak ze slumsów biorący udział w popularnym teleturnieju. Gdy Jamal odpowiada na przedostatnie pytanie, zostaje po zakończeniu programu aresztowany po zarzutem oszukiwania. Pod przymusem policji zaczyna snuć opowieść o swoim życiu, tłumaczącą dlaczego zna odpowiedzi na teleturniejowe pytania. Połączenie wciągającej fabuły, z bardzo dynamicznym montażem, hinduską muzyką, niesamowitymi kolorami i plenerami sprawiają, że "Slumdog Millionaire" jest jednym z bardziej oryginalnych filmów, jakie ostatnio widziałam. Ten film po prostu tętni, gna do przodu i nie zatrzymuje się. Ta bollywoodzka wariacja niesie ze sobą, co - wydaje mi się - charakteryzuje indyjskie kino: kolor, tragiczno-romantyczna historia miłosna, muzyka, przystojni aktorzy oraz coś ku pokrzepieniu serc, tak aby miliardy Hindusów, które co tydzień oglądają w kinach bollywoodzkie produkcje mogli wyjść z kina podniesieni na duchu, że oprócz ich slumsów, lepianek i biedy jest gdzieś lepszy świat. To Boyle'owi udało się znakomicie i mimo pewnej trywialności opowiedzianej historii tak własnie czułam sie, gdy wyszłam z kina. Ku pokrzepieniu serc. PS. Czy ktoś kiedyś mi powie, kto tłumaczy tytuły filmów? No jak można zrobić z tego tytułu taką bełkotliwa polsko-angielską hybrydę (tytuł filmu w polskim tłumaczeniu brzmi "Slumdog. Milioner z ulicy"). Czy nie mógłby to być zwyczajnie "Milioner ze slumsów", żeby już nie komplikować? |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy
|