O filmach zza oceanu
środa, 01 lutego 2012
Artysta

Reżyseria Michel Hazanavicius. W rolach głównych: Jean Dujardin i Berenice Bejo. 

Cóż za wspaniały trybut złożony kinu! Osiemdziesiąt lat po tym, jak z ekranów powoli zaczęły znikać nieme filmy, oglądamy film praktycznie bez mówionych dialogów, który święci triumfy na festiwalach, zbiera pochwały od krytyków, a widownia go kocha. Przepis na sukces - jakże prosty - zrobić film o przełomie kinowym, gdy kino nieme odchodziło do lamusa, a w jego miejsce weszły "talkies", czyli filmy dźwiękowe. Zaraz, zaraz, powie ktoś, przecież to już było w "Deszczowej piosence". Ano było, ale "Artysta" wraca do tematu z taką gracją, że to oczywiste zapożyczenie bynajmniej nie przeszkadza, a komuś takiemu jak ja, kto "Deszczową piosenkę" uważa za najlepszy musical wszechczasów, tylko to w graj.

Zapożyczeń jest więcej. Jean Dujardin w roli gwiazdy kina George'a Valentina wygląda jak skrzyżowanie Douglasa Fairbanksa i Gene'a Kelly'ego. Berenice Bejo jako Peppy Miller historią zwykłej dziewczyny, z której rodzi się gwiazda jako żywo nawiązuje do Kathy Selden z "Deszczowej piosenki". Ba, mają nawet scenę w strugach ulewnego deszczu, choć na szczęście reżyser wiedział, kiedy powiedzieć "stop" i nie zrobił powtórki ze słynnego tanecznego numeru Kelly'ego. 

Choć film jest czarno-biały, to kostiumy, dekoracje, zdjęcia, znane z niemych filmów czarne tablice z dialogami oraz wspaniała muzyka sprawiają, że ogląda się "Artystę" z ogromną przyjemnością. Bo niby "to już było", a jednak fabuła nie jest wtórna, a wątek romansowy jest poprowadzony pięknie i subtelnie. Oto George Valentin, gwiazda kina niemego, zupełnie niechcący promuje nową twarz kina mówionego, nieznaną wcześniej nikomu Peppy Miller. Sam jednak zupełnie nie odnajduje się w nowej rzeczywistości i tak jak nieme filmy odchodzi w niepamięć, podczas gdy Peppy robi karierę i staje się gwiazdą nowej ery. Aktorzy w rolach głównych zasługują na wielkie brawa. Jean Dujardin, z zawadiackim wąskiem i  uśmiechem godnym gwiazdy Hollywoodu jest po prostu fantastyczny i będę mu kibicowała podczas Oskarów za miesiąc (trochę mi szkoda Brada Pitta, przyznam, ale Dujardin zagrał genialnie). Gra swojego bohatera naturalnie i swobodnie, a jednocześnie bez nieco śmiesznej maniery kina niemego. Nominowana za drugoplanową rolę żeńską Berenice Bejo stworzyła również bardzo wiarygodną postać nowicjuszki stawiającej pierwsze kroki w show bussinesie. Peppy w jej wykonaniu jest świeża, ale nie naiwna, pewna siebie, a jednocześnie skromna. No i oczywiście pies Valentina. Nie sposób go pominąć wymieniając głównych aktorów. Jeśli widzieliście galę Złotych Globów i myśleliście, że Uggie (bo tak naprawdę ma na imię) był śmieszny i rozbrajający na scenie, to poczekajcie aż zobaczycie go w filmie. 

"Artysta" niezwykle udanie łączy i miesza gatunki filmowe. Komediowy w formie przeplata romans, dramat i musical. Dawno zapomniana sztuka kina niemego zostaje tutaj ożywiona. I to w jaki sposób! Wychowana się na niemych filmach Charliego Chaplina, Harolda Lloyda, Laurela i Hardy'ego, znanych jako Flip i Flap (jakimż było dla mnie zdziwieniem dowiedzieć się kiedyś, że oni nigdy tak się nie nazywali), wróciłam z prawdziwą przyjemnością do czasów wczesnej młodości, gdy z wielkim uśmiechem na twarzy oglądałam w telewizji wygłupy komików z tamtych czasów. Życzę oglądającym, aby podczas seansu bawili się tak dobrze jak ja. Brawo "Artysta"! 

poniedziałek, 23 stycznia 2012
Żelazna Dama

Reżyseria Phyllida Lloyd. W roli głównej Meryl Streep. W Polsce od 10 lutego. 

Mieć taką aktorkę w roli głównej i taką historię do opowiedzenia i tak pokpić sprawę, to trzeba było się bardzo starać. Niestety, Phyllida Lloyd, znana właściwie tylko z "Mammia Mii", musiała chyba bardzo chcieć rozłożyć ten film na łopatki, bo wyszło jej koncertowo. Koncertowo źle. 

Nie bardzo rozumiem koncepcję filmu. Margaret Thatcher, pierwsza kobieta premier Wielkiej Brytanii została pokazana jako dotknięta demencją kobieta w podeszłym wieku. Nie może otrząsnąć się po śmierci męża, który jako halucynacja towarzyszy jej każdego dnia. Przedstawić jedną z największym dam światowej polityki przez pryzmat rozmów ze zmarłym mężem i wspomnień, jakie się przy tej okazji pojawiają, to trzeba mieć albo cholernie dużo tupetu albo zero wyczucia. Phyllida Lloyd chciała pokazać wszystko, a nie pokazała tak naprawdę nic. Przez 105 minut prześlizgała się po biografii Thatcher, nie skupiając specjalnie na niczym, niczego nie analizując i na niczym się nie zatrzymując. Po co było pokazywać młodą Margaret ratującą masło ze sklepu ojca w czasie bombardowań, pierwszą przegraną w wyborach, czy potraktowany zupełnie po macoszemu wątek poznania się z przyszłym mężem. To wszystko są zupełnie drugorzędne sprawy, które nikną wobec dziesięciu burzliwych lat w fotelu premiera. Wystarczyło skupić się na zgnieceniu strajku górników albo historii inwazji Falklandów, żeby pokazać, że Żelazna Dama naprawdę była żelazna i twarda. Kilkanaście minut dotyczące Falklandów to zdecydowanie najlepsze momenty filmu. Brutalne i wręcz przerażające archiwalne zdjęcia z zamieszek w kraju (policja na koniach tratująca ludzi, rozbite głowy, krew na ulicach, podpalenia, zamachy bombowe Irlandzkiej Armii Republikańskiej) mogłyby być nie tylko przerywnikiem w filmie, ale i jego integralną częścią. Jakież pole do popisu dla scenarzystów! O ile lepiej byłoby pokazać bohaterkę w wielu sytuacjach kryzysowych niż w mdłych scenach kolacji z oficjelami. Można byłoby skupić się na wątku politycznej kariery, która położyła się cieniem na jej relacjach z dziećmi i mężem. 

Niestety, ja tu sobie mogę gdybać, a film jaki jest każdy zobaczy. "The Iron Lady" miała raczej kiepską prasę na Wyspach i nie ma się czemu dziwić. Sama byłam lekko zniesmaczona przedstawieniem Thatcher jako starej kobiety, która nie pamięta połowy swojego życia oraz pokazaniem jej życia po łebkach. Złoty Glob dla Meryl Streep niewiele chyba pomógł. 

No właśnie, Meryl Streep, bo prawie o niej zapomniałam. Tylko jej kreacja ratuje ten film przed kategorią "Kiepskie". Że Meryl wielką aktorką jest, wiadomo od dawna. Tutaj ponownie tworzy niezapomnianą rolę. Pomaga jej fizyczne podobieństwo do Thatcher, wspaniała charakteryzacja i świetny brytyjski akcent. Czy jest to rola warta Oskara, bo oczywiście internet huczy o szansach aktorki na trzecią statuetkę? Może się narażę, ale według mnie nie. Tak, jest to świetna rola, ale w kiepskim filmie i przez słaby scenariusz kreacja Streep nie ma takiej mocy i magnetyzmu jakiej bym się spodziewała. Oskary są jednak mocno przewidywalne, więc Streep ma duże szanse. Poczekamy, zobaczymy. 

Gdyby reżyserka zrobiła film podobny do "Królowej" Stephena Frearsa i przez pryzmat jednego czy dwóch wydarzeń pokazała portret Thatcher, usłyszałaby zapewne zarzuty o wtórności i braku innowacyjności, ale myślę, że gdyby podążyła tą drogą, to po obejrzeniu "Żelaznej Damy" nie byłoby poczucia ogromnego niedosytu i rozczarowania.

piątek, 20 stycznia 2012
Spadkobiercy

("The Descendants") Reżyseria Alexander Payne. W roli głównej George Clooney. W Polsce od 17 lutego. 


Matt King, grany przez George'a Clooneya, jest zapracowanym od rana do nocy prawnikiem w średnim wieku, któremu nagle świat wali się na głowę.  Jego żona ulega wypadkowi podczas jazdy łodzią motorową i zapada w śpiączkę. King zostaje nagle samotnym rodzicem swoich dwóch córek, dziesięcioletniej Scottie i siedemnastoletniej Alex (rewelacyjna Shailene Woodley). Jak sam mówi, ostatni raz zajmował się tą pierwszą, gdy miała 3 lata. Ze starszą, przebywającą w prywatnej szkole z dala od domu, widzi się tylko podczas uroczystości rodzinnych. Do tego King jest kilka dni od sfinalizowania gigantycznej sprzedaży dziewiczych terenów na hawajskiej wyspie Oahu, należących do jego rodziny od 1860 roku. Mimo iż ziemia jest współwłasnością rodziny, to Matt jest głową funduszu zarządzającego sprzedażą i do niego należy ostateczna decyzja o tym komu i za ile ziemia zostanie sprzedana. 

Ma więc czym się chłop martwić. Żona w śpiączce, młodsza córka wysyłająca obsceniczne esemesy do koleżanki i starsza, wysłana do prywatnej szkoły na inną wyspę Hawajów, najprawdopodobniej nie tylko w ramach lepszej edukacji, ale także za karę za "drugs and boys", jak mimochodem wspomina Matt. Do tego Alex wyjawia ojcu pewien sekret i ta wiadomość spada na niego jak grom z jasnego nieba. A wszystko dzieje się w przepięknej scenerii Hawajów (gdzie nawet prawnicy noszą koszule w kwiaty i sandały), jakże nieprzystającej do jakichkolwiek problemów codziennego życia. 

"Spadkobiercy" nie byliby pewnie w połowie tak dobrym filmem, gdyby nie George Clooney. Obsadzony chyba pierwszy raz w roli ojca i męża, sprawdza się znakomicie na ekranie. Jest to rola dojrzała i zagrana bez zwykłego zawadiactwa, do którego zdążył przyzwyczaić aktor. Bardzo lubię Clooneya w nonszalanckich rolach jak Danny Ocean czy Ryan Bingham z "Up in the Air", ale tutaj pokazał się z zupełnie innej strony i według mnie sprawdził się na 100%. Widać George jak wino. 

Alexander Payne znakomicie żonguje emocjami na ekranie, mieszając groteskowy humor i dramat. Są w tym filmie sceny o ogromnym napięciu emocjonalnym, jak np. ta, w której Matt "rozmawia" z żoną, a raczej wściekle wyrzuca jej wszystkie przewinienia i grzeszki, podczas gdy ta leży nieprzytomna na szpitalnym łóżku. Są kapitalne sceny z nastoletnią córką bohatera, w których nawzajem się ranią - on ją, gdy mówi jej o stanie matki, ona jego, gdy wyjawia mu tajemnicę matki. Jest wojna pokoleń, brak zrozumienia, szacunku i umięjętności rozmawiania ze sobą. Nieznana mi wcześniej Shailene Woodley jest dla Clooneya równorzędną partnerką, mimo iż prawie bez ekranowego doświadczenia. Reżyser zręcznie ukrywa też prawdy o bohaterach. Żona i matka okazuje się nie do końca być kryształowa. Chłopak Alex, na pierwszy rzut oka niezbyt rozgarnięty małolat, maską wesołka ukrywa uczucia po stracie kogoś bliskiego. A sam King przechodzi szybki kurs dorastania w średnim wieku. Sprzedaż ziemi uświadamia mu co tak naprawdę liczy się w życiu. Musi być nienormalnie, żeby zaczęło być normalnie. Trzeba coś stracić, aby coś zyskać. Ot, kilka prostych prawd w scenerii rajskich Hawajów, gdzie bieda, choroby i nieszczęścia dotykają ludzi tak jak gdzie indziej. Do tego George i dwa Złote Globy na deser. Nie jest to kino przez wielkie "K", ale lekkość z jaką reżyser miesza komedię z dramatem oraz doskonała gra Clooneya i Woodley warte są dwóch godzin w kinie. 

21:26, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (3) »
środa, 11 stycznia 2012
The Girl with the Dragon Tattoo

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Daniel Craig and Rooney Mara. W Polsce od 13 stycznia. 

Trylogia szwedzkiego pisarza Stiega Larssona, której bohaterką jest społecznie nieprzystosowana, introwertyczna hakerka z fotograficzną pamięcią Lisbeth Salander była jednym z głośniejszych wydarzeń literackich ostatnich lat. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy o książki Larssona upomni się Hollywood, zwłaszcza po trzech szwedzkich ekranizacjach z niezapomnianą rolą Noomi Rapace jako Lisbeth Salander. Według niektórych, casting aktorek do amerykańskiej wersji można porównać do "Przeminęło z wiatrem". Scarlett O'Hara, amerykańska bohaterka z czasów wojny secesyjnej, zagrana przez - ku rozpaczy wielu - Angielkę Vivien Leigh, stała się heroiną ekranu na długie lata. Ciekawe więc, czy Rooney Mara, która w wyścigu o rolę pokonała m.in. Natalie Portman, Carey Mulligan, Anne Hathaway i Scarlett Johansson, stanie się jako Salander porównywalną ikoną.

David Fincher obsadził w roli głównej mało znaną Rooney Marę. Mara pojawiła na kilka minut we wcześniejszym filmie Finchera "The Social Network" i po prawdzie była to jej największa rola do tej pory. Reżyser postawił na nieznaną aktorkę, gdyż obawiał się, że nazwisko takie jak Portman czy Mulligan przytłoczy postać Lisbeth. Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, aby np. Portman zagrała Salander, to muszę przyznać, że Mara zagrała naprawdę świetnie.

Jej Salander jest inna od tej, którą pokazała Rapace. Lisbeth w wykonaniu Szwedki była "młodą gniewną", zbuntowaną, wręcz agresywną dziewczyną. Mara nadała jej nieco inny rys. Salander u Finchera jest mniej ekranowo "zła", a bardziej zamknięta w sobie. Lisbeth jaką zaprezentowała Rapace zdawała się być rozsadzana od środka przez gniew, wściekłość, czasem bezsilność. Mara gra spokojniej, prezentując Salander jako introwertyczkę z chłodnym analitycznym umysłem. Nie podjęłabym się  wybrać, która z aktorek bardziej mi się podobała. Tak samo nie umiałabym powiedzieć, który z filmów wywarł na mnie większe wrażenie - szwedzki czy amerykański. Szwedzki - jakby bardziej amatorski i przez to surowy. Amerykański - niby sfilmowany oszczędnie, w ciemnej palecie kolorów, a jednak z rozmachem (jedna z bardziej odjazdowych czołówek, jakie widziałam) i fantazją, której szwedzki pierwowzór nie miał. Oba uważam za bardzo dobre. Na plus u Finchera muszę zaliczyć to, że mimo iż czytałam całą trylogię, obejrzalam trzy szwedzkie filmy, czyli krótko mówiąc znam historię bardzo dobrze, to czułam jakbym oglądała ten film z pozycji osoby, która nic nie wie o bohaterach. Nadal było napięcie, emocje i gęsia skórka. 

Fincher rozłożył inaczej proporcje bohaterów na ekranie. Więcej jest u niego Blomkvista niż Salander. Ich relacje też nie są tak ścisłe, jak w książkach, czy u Szwedów, choć uważam, że chemia między bohaterami była dużo lepsza niż w szwedzkich filmach (no ale gdzie Michaelowi Nyqvistowi do Daniela Craiga). Nie wiem, czy było to zabieg świadomy, czy też Daniel Craig, grający Mikaela Blomkvista, dziennikarza próbującego rozwikłać zagadkę klanu Vangerów, któremu pomaga Salander, jest po prostu na tyle dominujący na ekranie, że to bardziej on niż Mara jest na pierwszym planie. Przynajmniej takie było moje odczucie. Czytałam gdzieś wypowiedź Craiga, który stwierdził, że Rooney Mara ukradła mu film. Rzeczywiście, aktorsko Craig nie miał chyba nawet połowy do zagrania tego, co zrobiła Mara. 

W filmie Finchera jest suspens, napięcie, dobre zdjęcia i aktorskie perełki takie jak Steven Berkoff w roli prawnika Dircha Frode. Jak sprawdziłam na imdb.com, w planach reżysera, Craiga i Mary nie ma żadnych wzmianek o kontynuacji trylogii. Czytałam jednak gdzieś, że Mara żartowała, że będzie musiała nosić fryzurę Salander przez najbliższe 3 lata, czyli wynikałoby z tego, że powstaną kolejne dwa filmy. No to czekam. 

20:17, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 stycznia 2012
Sherlock Holmes: Gra cieni

Reżyseria Guy Ritchie. W rolach głównych: Robert Downey, Jr. i Jude Law. W kinach w Polsce od 5 stycznia. 

Czekałam z wielką niecierpliwością na część drugą "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego no i po dwóch latach się doczekałam. Część pierwsza porwała mnie świeżym ujęciem postaci słynnego detektywa, dynamiką znaną z wcześniejszych produkcji reżysera, świetną muzyką i oczywiście znakomicie zgrywającym się na ekranie duetem Downey, Jr.-Law. Kino rozrywkowe, dynamiczne, odkrywające na nowo nieco zakurzonego bohatera książek Arthura Conan Doyle'a. 

Część druga podąża tą samą ścieżką, ale - co tu dużo gadać - to już nie to samo. Co zresztą było do przewidzenia, zgodnie z regułą słabszych drugich części, z których tylko naprawdę niewiele filmów się wyłamuje. Fabuła nie jest tak wciągająca i przyznam, że zakusy profesora Moriartego, aby wywołać międzynarodowy konflikt i się na nim obłowić, jakoś mnie niespecjalnie obeszły. Tajemniczość z części pierwszej gdzieś się ulotniła, a atmosfera filmu zrobiła się co najwyżej letnia. Żadnych większych niespodzianek na ekranie, niewiele momentów akcji (jak ten w doku portowych z części pierwszej), które sprawiłyby, że choć przez chwilę zaczęłabym obawiać się o głównego bohatera. "Obawiać się" to może lekkie nadużycie, bo wiadomo, że Holmesowi nic się nie stanie, ale jakoś mi tu żadne inne słowo nie pasuje. 

Wracając do filmu. Nie wiem po co i na co, w dwójce pojawił się brat Holmesa. Brat? Jaki brat? I żeby jeszcze wzięli jakiegoś aktora, który choćby w 50% był podobny do Sherlocka. Nie, zatrudnili jakiegoś zupełnie z twarzy podobnego do nikogo aktora, grubego i z brzydką gębą. Po co też była w tymi filmie Noomi Rapace, grająca Cygankę, też do końca nie rozumiem, bo jej postać aż tyle nie wniosła do fabuły, a i romansu z tego nie było żadnego. Brakowało, bardzo brakowało Rachel McAdams, która pojawiła się w części drugiej zdecydowanie za krótko. Ekscentryzm Holmesa był tym razem jakby mniej śmieszny (kozy w mieszkaniu, dziwne stroje i przebieranki) i zdecydowanie bardziej naciągany. 

Na szczęście, najważniejszy tryb maszyny, czyli duet aktorski Downey - Law nie nawalił. Mam wrażenie, że Jude Law był nawet lepszy w dwójce niż w jedynce, choć chyba miał teraz mniej do grania. Robert Downey, Jr. gra nieco leniwej i nie tak dynamicznie, jak w pierwszej części, ale przymykam oczy, bo mam do niego tak dużą słabość, że nie wiem, co musiałby zrobić, żebym przestała go lubić. 

Nudzić się nie nudziłam, ale część druga nie była tak rozrywkowa jak pierwsza. Można obejrzeć. 

czwartek, 24 lutego 2011
Blue Valentine

Reżyseria Derek Cianfrance. W rolach głównych: Ryan Gosling i Michelle Williams. Daty polskiej premiery nie znalazłam.


No nareszcie jakiś nowy film z Ryanem Goslingiem. Zajrzałam na imdb.com i aż nie mogę uwierzyć, że od czasu "Lars and the Real Girl" nie zagrał w żadnym filmie! Pognałam więc czym prędzej do kina na "Blue Valentine", zwłaszcza, że trailer bardzo mi się podobał, podobnie jak i powyższy plakat.

No i skucha, proszę państwa. Z sześciu filmów, w których widziałam Goslinga (wcześniej "The Notebook", "Stay", "Half Nelson", "Fracture" i wspomniany już "Lars"), "Blue Valentine" rozczarował mnie bardzo. No dobra, może nie bardzo, ale na tyle, że zła byłam sama na siebie, że miałam duże oczekiwania, a wyszło średnio. Średnio, bo miał to być film ukazujący związek dwojga ludzi "inaczej" niż dotychczas w kinie. Niestety, ja się zbyt wiele nowatorskich elementów nie dopatrzyłam. Historia Deana (Gosling) i Cindy (nominowana do Oskara Michelle Williams) prowadzi widza przez kilka lat ich związku. Reżyser przedstawia ich, gdy są małżeństwem z kilkuletnim stażem i w trakcie filmu wraca do czasów, w których się poznali. Przez szereg reminescencji poznajemy bohaterów, ich uczucia i to jak szybko się wypaliły. Romantyzm i namiętność zastąpiła codzienna rutyna, praca, dziecko, problemy Deana z alkoholem. Z pary młodych dwudziestoletnich stali się parą zapracowanych trzydziestolatków z bagażem życia.

Podobały mi się powroty do przeszłości, gdy Dean i Cindy się poznali. To według mnie najlepsze elementy filmu. Są takie prawdziwe, szczeniacko naiwne, jak naiwne i ślepe może być pierwsze zauroczenie drugą osobą. Zwłaszcza Gosling był dobry w tych momentach. I tu też trochę leży pies pogrzebany. Wydaje mi się, że aktor nie do końca był wiarygodny w roli swojego bohatera kilka lat później. Wychodzi z tego trochę równanie 2+2=5, bo dla mnie Gosling jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, no ale chyba tym razem coś nie zagrało. Zabrali mu trochę włosów z głowy, dołożyli obciachowy wąs i parę kilogramów i może to miało starczyć, żeby pokazać przemianę bohatera? Nie starczyło. Williams zdecydowanie lepiej odnalazła się w roli Cindy kilka lat później.

Nie mówię, że "Blue Valentine" to film nieudany. Jak na projekt, który jest wiwisekcją związku dwojga ludzi, w którym aż tak wiele się nie dzieje, nie mogę powiedzieć, że się nudziłam. Nie nudziłam się, ale też nie czułam emocji, na które się nastawiłam. Być może to właśnie tylko kwestia mojego nastawienia i braku jakiegoś szoku emocjonalnego. No, może poza sceną seksu w hotelu, gdzie Dean i Cindy wynajmują pokój na randkę na jedną noc. Wypalona namiętność na pograniczu z masochizmem była rzeczywiście trudna do oglądania. Całość była jednak zbyt zwyczajna i przeciętna. Można obejrzeć, ale mi specjalnie ten film nie zapadł w pamięć. Czekam więc na kolejne filmy z Goslingiem. Na szczęście nie każe sobie czekac kolejnych trzech lat.

środa, 23 lutego 2011
Winter' Bone

Reżyseria Debra Granik. W rolach głównych: Jennifer Lawrence i John Hawkes. W Polsce od 25 lutego.


"Winter's Bone" to jedyna niskobudżetowa i mniej znana szerokiej publiczności produkcja w gronie nominowanych do Oskara za najlepszy obraz. Bardzo dobrze, że członkowie Akademii docenili film, który zdążył już zgromadzić na swoim koncie wiele nagród z przeróżnych festiwali filmowych. To zdecydowanie lepsza decyzja niż potencjalna nominacja dla "The Town", który - choć dobry - nie jest jednak niczym więcej niż porządnym filmem akcji w porównaniu z "Winter's Bone".

Debra Granik wyreżyserowała dramat z krwi i kości o życiu czteroosobowej rodziny w górach Ozark na pograniczu Missouri i Arkansas. Siedemnastoletnia Ree Dolly jest głową rodziny i opiekuje się dwójką młodszego rodzeństwa oraz matką, która tkwi w psychicznej i fizycznej izolacji od realnego świata. Ojciec Ree, Jessup, zajmuje się tym, czym wielu mężczyzn z okolicy - robieniem metamfetaminy w prowizorycznych laboratoriach rozsianych wśród gór. Działalność ta doprawdziła jego żonę i matkę Ree do depresji, a rodzinę do nędzy. Za produkcję narkotyku poszukuje go policja. Jedyną cenną rzeczą, którą ma Ree jest dom. O resztę musi troszczyć się sama - o edukację swojego rodzeństwa, drewno na opał i co włożyć do przysłowiowego gara (wybór, jak ktoś będzie oglądał, jest dość szokujący, choć wcale nie wyssany z palca). Kiedy więc dowiaduje się od szeryfa, że Jessup zastawił dom w sądzie i jeśli nie pojawi się na rozprawie, dom przepadnie, świat wali jej się na głowę. Ree rusza na poszkiwanie ojca. Odwiedza jego dawnych kolegów, próbuje rozmawiać z lokalnymi grubymi rybami, z bratem ojca i wszędzie napotyka opór. Zdana sama na siebie, w patriachalnej społeczności, gdzie zdanie kobiet, a cóż dopiero nastoletnich dziewcząt nie liczy się, wydaje się toczyć skazaną na porażkę walkę.

"Winter's Bone" oferuje rzadki w sumie obraz amerykańskiej prowincji. Nie takiej, jak np. w "Fighterze", gdzie tłem jest nieduże miasto, ale prowincji zapyziałej, gdzie bieda piszczy ze wszystkich kątów, mężczyzni robią narkotyki, kobiety dają na to ciche przyzwolenie, a ich córki rodzą dzieci w wieku 16 lat. Taką biedę i depresję nieczęsto widzi się na ekranie, a film Granik pokazuje rzeczywistość w bardzo oszczędny i surowy sposób, znakomicie współgrając zdjęciami i dialogami z depresyjną, ponurą przyrodą wokół. Mało znana Jennifer Lawrence w roli Ree daje prawdziwy popis i po Natalie Portman jest to moim zdaniem druga najlepsza rola sezonu.

Michał z Filmówki pisał, że "Winter's Bone" jest dostępne w Polsce w ledwie dwóch kopiach. Szkoda, bo mimo iż to niełatwy obraz, wart zdecydowanie wyprawy do kina.

22:05, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
True Grit

Reżyseria Joel i Ethan Coen. W rolach głównych: Jeff Bridges, Mat Damon i Hailee Steinfield. W Polsce od 11 lutego.

Bracia Coen mieli w ostatnich latach dwie skuchy w postaci "Burn After Reading", które jeszcze dało się jeszcze jako tako obejrzeć oraz zupełnie beznadziejnego "A Serious Man". Normalnie chyba musieli odreagować Oskary za "No Country for Old Men" i nakręcili dwa kolejne filmy na kolanie. Dobrze się więc składa, że ich najnowszy film jest dla odmiany bardzo dobry i właśnie wylądował z 10 oskarowymi nominacjami.

"True Grit" jest remakiem westernu z Johnem Waynem, którego nie miałam okazji oglądać, a szkoda, bo Wayne dostał Oskara za główną rolę i ciekawam jak zagrał. Jeff Bridges w roli Roostera Cogburna to prawdziwy westernowy zakapior, który z niejednego pieca chleb jadł i nie zawaha się ani sekundy przed wyciągnięciem pistoletu z kabury. Gdzieś przeczytałam i pozwolę sobie użyć porównania, że Cogburn to westernowa wersja Bada Blake'a z "Crazy Heart". Bardzo trafne porównanie, z tym że Cogburn to zdecydowanie większy badass niż Blake, z opinią najtwardszego amerykańskiego szeryfa. Takiego właśnie twardziela poszukuje 14-letnia Mattie (nowa twarz na ekranie Hailee Steinfield, prosto z cieplutką nominacją oskarową). Ktokolwiek ją znalazł na castingu, powinien dostać dużą premię, bo dziewczyna zagrała fenomenalnie. Czytałam, że niektórzy się czepiali, że jej postać była za dorosła i za dojrzała. Mi to w ogóle nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Mattie zatrudnia Cogburna, aby wytropił Toma Chaneya, zabójcę jej ojca. Nie tylko jednak mu płaci, ale na dodatek rusza z nim za Chaneyem.

"True Grit" jest, o ile się nie mylę, najbardziej kasowym filmem braci Coen. Nie jest to oczywiście wyznacznik jakości, ale myślę, że z wielu filmów reżyserskiego duetu, ten jest najbardziej zjadliwy dla szerokiej publiczności. Film opowiada prostą historię wyszczekanej nastolatki, która chce postawić zabójcę swego ojca przed sądem, z lekka zapijaczonego szeryfa, który jej w tym pomaga oraz strażnika z Teksasu w postaci Matta Damona wyglądającego jak z przedstawień Buffalo Billa. Swoją drogą, uważam, że kostiumy i scenografia w filmie są fantastyczne i bardzo dokładnie dopracowane. Kapitalne są również dialogi, w których - rzecz nieczęsto spotykana w westernach - sypią się żarty jak z rękawa, przez co - dobry i tak film - oglada się jeszcze lepiej. Jeff Bridges, choć mówi z bardzo trudno zrozumiałym akcentem z Dzikiego Zachodu, tym mamrotaniem pod nosem i starą angielszczyzną dodaje filmowi autentyczności i sprawia, że naprawdę czuje się atmosferę z II połowy XIX wieku. Po głównej roli w "Big Lebowskim" (a lat temu to było już ho ho ho), miło go znowu zobaczyć razem z Coenami. Zdecydowanie udana współpraca.

Coenowie odwalili kawał porządnej roboty, odkurzając film z 1969 r., a właściwie ponownie ekranizując powieść Charlesa Portisa. Wyszedł z tego dobry, krwisty western.

03:58, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 stycznia 2011
The King's Speech

Reżyseria Tom Hopper. W rolach głównych: Colin Firth, Geoffrey Rush i Helena Bohnam Carter. W Polsce od 28 stycznia 2011.

Kilka lat temu "Królowa" Stephena Frearsa cieszyła się dużym powodzeniem widzów i krytyków, a Helen Mirren zabrała do domu Oskara za tyułową rolę. Dla mnie "The King's Speech" jest taką "Królową" 2010/2011. Aura tajemniczości, jaka przez dziesięciolecia (do pojawienia się tabloidów i paparazzich) otaczała dwór królewski sprawia, że filmy opowiadające o tym, co dzieje się za drzwami Pałacu Buckingham są w modzie. I zapewne będą, bo ujawnianie historii z życia rodziny królewskiej w dzisiejszych czasach stało się częścią biznesu wielu brytyjskich gazet, a przemysł filmowy chętnie sięga po ten temat.

"The King's Speech" to solidne brytyjskie kino z aktorstwem z najwyższej półki oraz rewelacyjnymi dialogami. Firth i Rush stworzyli brawurowe kreacje w historycznym obrazie opowiadającym historię jąkającego się przyszłego króla Jerzego VI (Firth) i jego terapeuty (Rush). Film zasłużenie zbiera pochwały po obu stronach oceanu (właśnie miał premierę w Wielkiej Brytanii) i zobaczymy, jak poradzi sobie na dzisiejszym rozdaniu Złotych Globów.

Bardziej niż w "Królowej", która rozgrywała się stricte między członkami rodziny królewskiej oraz angielskiego rządu, obraz Toma Hoppera skupia się na relacjach księcia Alberta (późniejszego Jerzego VI) z człowiekiem z ludu. Wydaje mi się, że Brytyjczycy mają lekką obsesję na punkcie klasowości swojego społeczeństwa (weźmy choćby nawet takiego Harry'ego Pottera - czarodzieje czystej krwi i Mugole), dlatego tym ciekawszy wydaje się film opowiadający historię przyjaźni Australijczyka Lionela Logue'a z księciem. A była to przyjaźń rzeczywiście niezwykła, choć jak się ostatnio doczytałam, bardziej formalna niż pokazana w filmie. Formalna czy nie, Logue zwracał się do księcia per "Bertie", co było przywilejem tylko rodziny przyszłego króla oraz kazał mu siarczyście przeklinać, aby zlikwidować jąkanie. Są w tym filmie sceny zabawne, napisane lekko i bez wysiłu i takoż zagrane. Znakomite tło fabuły tworzy historia abdykacji brata księcia Alberta z powodu sławnej Wallis Simpson oraz cień Hitlera unoszący się na Europą. Polecam.

21:37, aniabuzuk , Dobre
Link Komentarze (6) »
środa, 05 stycznia 2011
The Fighter

Reżyseria David Russell. W rolach głównych: Mark Wahlberg i Christian Bale. Premiera polska 11 lutego 2011 r.


Nie sądziłam, że po "Million Dollar Baby" zobaczę jeszcze film bokserski, który mnie tak poruszy. Nie myślalam, że o tym sporcie można powiedzieć coś więcej, lepiej, ciekawiej. Jakaż czekała mnie niespodzianka w pierwszy dzień nowego roku: porządny, surowy i znakomicie zagrany film z boksem w tle. Scenariusz filmu oparty jest na prawdziwej historii i po raz kolejny okazało się, że życie pisze najciekawsze scenariusze.

Reżyser David Russell część zdjęć nakręcił w Lowell, Massachusetts, skąd pochodzą główni bohaterowie filmu. Obraz tego miasteczka w początku lat 90., gdy rozgrywa się "The Fighter" stanowi znakomite tło do całej historii braci bokserów. Zapuszczone, zaniedbane, z kokainowymi jointami, depresyjne i toksyczne ubarwia film i staje się także jego bohaterem. Ileż jest takich miasteczek, zmarnowanych talentów i zaprzepaszczonych szans. Nie wiem, co wywarło w tym filmie na mnie większe wrażenie: ten dołujący obraz Ameryki, czy historia relacji rodzinnych bohaterów.

A są nimi przyrodni bracia Micky Ward (Wahlberg) i Dicky Eklund (Bale). Oglądając ten film, miałam wrażenie, że Christian Bale jest na haju, podobnie jak jego bohater, niegdyś chluba i bokserska legenda Lowell, a obecnie uzależniony od kokainy czterdziestolatek z brakami w uzębieniu. Może i był, bo zagrał tę rolę nieomal za intensywnie. Jest to z jednej strony fascynujące, a z drugiej niemal przerażające widzieć, co ten aktor jest w stanie zrobić na ekranie, w sensie fizycznym i aktorskim. Wygląda jak szczapa, nie tak jak w "Mechaniku", ale normalnie sama skóra i kości. Tak właśnie wyobrażałabym sobie kogoś uzależnionego - rozedrganego, nerwowego i wysuszonego nałogiem. Portet Eklunda w wykonaniu Bale'a jest w stanie prawie przesłonić, co dzieje się w filmie. Ciekawe, jak reżyser utrzymał aktora w ryzach, bo Bale mógł rozsadzić cały projekt.

Bale na pewno ukradł ten film Wahlbergowi, który choć zdążył się już nieźle poobracać w świecie filmu i zagrać parę porządnych ról, nie ma jednak tej charyzmy, co Bale. Trzeba mu jednak oddać, że jego bahater takiej estymy miał chyba nie mieć. Micky Ward, przyrodni i młodszy brat Eklunda, podobnie jak Dicky zajął się boksem. Ich wspólna matka Alice (rewelacyjna Melissa Leo) zajmuje się treningiem i managementem Micky'ego. Zrobiła z tego rodzinny biznes, z którego utrzymuje siebie, męża, synów-bokserów i pozostałe siedem dorosłych córek (takiej ilości natapirowanych włosów dawno nie było na ekranie). Powiedzieć, że jest to związek i biznes toksyczny, to za mało. Portret rodzinny na tle zrujnowanego, zapyzianego amerykańskiego miasta jest niewiarygodnie depresyjny. Destrukcyjna osobowość Dicky'ego wpływa na Micky'ego, który nie umie, nie chce, czy nie może przerwać tego błędnego koła i zacząć kariery na własną rękę. Biernie podporządkuje się matce i bratu i ma niewiele do gadania. Widać, że dobry z niego chłopak, ale zagubiony - mimo iż umie przywalić z piąchy, nie wie, jak poradzić sobie z własnym życiem i rodziną, która ciągnie go na dno. Potrzeba będzie kilku dramatycznych wydarzeń oraz spotkania z miejscową kelnerką Charlotte (dobra Amy Adams), aby Micky przejrzał na oczy.

"The Fighter" wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie, bo nie jest to tylko kino bokserskie, ale także świetny dramat społeczny. Niesamowite, że ta historia naprawdę się wydarzyła. Polecam nie czytać Wikipedii przed filmem i dowiadywać się, jak potoczyły się losy braci. Ja nie wiedziałam o nich nic i może też dlatego łyknęłam ten film jak młody pelikanik. Jak dla mnie rewelacyjny początek kinowego roku.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy