O filmach zza oceanu
piątek, 08 lutego 2019
Filmowe podsumowanie 2018

Co widziałam w kinach i telewizorze w 2018 i co mi się podobało, a co nie.

Filmy:

All the Money in the World – Czyli Christopher Plummer kontra widmo Kevina Spacey’a wyrzuconego z filmu. Plummer świetny, film okay.

Star Wars: The Last Jedi – Obejrzeć z obowiązku kinomana. Bez szału.

Black Panther: Jak każdy inny film o super-bohaterach: ten zły, ten dobry i rozpierducha w tle. Thor: Rangarok był lepszy.  

Ready Player One – Powrót Spielberga do kina akcji. Scenariusz dziurawy jak sito, same efekty specjalne nie wystarczą. Książka też mnie nie porwała. Po cholerę poszlam do kina, do dziś się zastaawiam.

Deadpool 2 – Aj, uszło trochę powietrze z Deadpoola. Było śmiesznie, ale efektu zaskoczenia już nie było.

A Star is Born – No bardzo ładnie sobie poradził Bradley z Lady Gagą. I do śmiechu i do płaczu, a soundtrack tłukę od listopada. Mój ulubiony film zeszłego roku.

First Man – Rozczarowanie. Niby dobre, ale wypada z głowy momentalnie, poza sceną na Księżycu.

Bohemian Rhapsody – Rami Malek świetny. Film bardzo przyjemny. Szkoda, że to wersja historii Queenu bardzo ocenzurowana i w wersji dla dzieci, które notabene zabrałam do kina. Dzieci chcą skórzane kurtki, lustrzane okulary i plakaty Queenu po seansie.

Widows – Sama nie wiem. Chyba za dużo było napompowanej bańki w mediach jakie to ma być dobre. No nie było. Viola Davis rządzila, choć Elizabeth Debicki zagrała swoją rolę kapitalnie.

Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald: Ahh, co za rozczarowanie! Grindelwald miał być tym diabolicznym czarodziejem, przed którym pół świata trzęsło portkami. No nie wiem, czy galaretka na talerzu by się przy nim trzęsła. Słabe, słabe, niestety.

Green Book – Aragorn po Oskara! Fajny film. Duo Mortensen – Ali dało koncertowy popis gry.

The Favourite – Colman, Weisz, Stone. Czy trzeba coś więcej dodawać? Nie aż tak genialne jak wszyscy piszą, ale na pewno oryginalne. Olivia Colman osiągnęła status national treasure. Co będzie po tym jak zagra królową w The Crown?

Vice – Lubię filmy Adama McKay. Podoba mi się ten styl narracji jak tu i w Big Short. Christiana Bale’s też lubię, ale nie chciałabym, żeby dostał Oskara za latex. Viggo! Viggo!

Mary Queen of Scots – Przeciętne. Przyzwoicie zagrane i napisane, ale nie ma się czym zachwycać.

Roma – Aż się boję pisać. No nuda straszna, psze państwa. W ogóle do mnie nie trafił ten film. Oskara to powinien dostać Netflix za marketing.

Interstellar – Widziany nie wiem po raz który. Najlepszy film Nolana. Uwielbiam za wszystko.

Beautiful Boy – Dobry Carell, dobry Chalamet. Można obejrzeć, ale nie trzeba.  

Game Night – Nawet śmieszne. Mocno naciągane i nieprawdopodobne w niektórych momentach, ale do obejrzenia.

Battle of the Sexes – Steve Carell w swoim żywiole. Emma Stone dobra. Fajne, nienachalnie zaangażowane kino.

American Made – Tom Cruise gra Toma Cruise’a w filmie o Tomie Cruisie. Podobało mi się. Tomowi Cruisowi też.

Seriale:

Bodyguard – Trzymało w napięciu. Dobre! Końcówkę, niestety, położyli. Za słodko, za iddylicznie.

Altered Carbon – Takie sajensfikszony to ja lubię. Więcej poproszę.

1983 – Nie było aż tak źle jak pół polskiego internetu pisało. Może być.

The Assassination of Gianni Versace: American Crime Story – Bardzo dobre! Lepsze niż sezon o OJ Simpsonie. Darren Criss zasłużenie wyróżniany za rolę Andrew Cunanana.

Peaky Blinders – Czwarty sezon wymiata! Wrócili do formy.

A Very British Scandal – Czapki z głów przed Hugh Grantem i Benem Whishaw. Bardzo dobry mini-serial.

C.B. Strike – Udana ekranizacja kryminałów piszącej je pod pseudonimem J.K. Rowling. Obsada trafiona w dziesiątkę.

Fleabag – Pochłonęłam momentalnie. Londyńska komedia napisana i zagrana przez Phoebe Waller-Bridge. A w drugim planie Olivia Colman.

Sex Education – Rewelacja! Podobno 40 milionów go obejrzało na Netflixie. Zabawny, trafiony i świetnie zagrany.

Do obejrzenia: Zimna wojna (czeka w domu), The Wife, Can You Ever Forgive Me?, BlacKkKlansman, First Reformed, Isle of Dogs, True Detective, że wymienię tylko pare tytułów.

poniedziałek, 26 lutego 2018
The Shape of Water

Reżyseria: Guillermo del Toro. W rolach głównych: Sally Hawkins, Octavia Spencer i Richard Jenkins.

Podobał mi się ten film bardzo, chyba najbardziej ze wszystkich oskarowych kandydatów. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych filmów sezonu, opowiada historię nie mogącą się zdarzyć, historię uczucia niemożliwego, ale opowiedzianą i zagraną tak, że człowiek zapomina o bożym świecie i przenosi się w lata sześćdziesiąte, kołysany francuską muzyką genialnego Alexandra Desplat i piosenkami Serge’a Gainsbourga. Aż dziw, że akcja nie toczy się w Paryżu, tylko w zupełnie nieromantycznym Baltimore.

Ale i w nieromantycznym Baltimore zdarzyć się może historia miłości niemej sprzątaczki Elisy i stworzenia przypominającego skrzyżowanie człowieka z niebieską rybą albo niezidentyfikowanym płazem. Ten nieoczywisty przykład fauny (dodajmy na marginesie, że nie wyglądający nieatrakcyjnie) został złapany gdzieś w odmętach Amazonki i przywieziony do Baltimore, gdzie sadystyczny pułkownik Richard Strickland, grany przez Michaela Shannona, zamierza poddać go przeróżnym eksperymentom i potencjonalnie wykorzystać jako tajną broń przeciwo Rosjanom. Czy wspomniałam, że akcja toczy się w latach zimnej wojny? Motyw zimnej wojny zostaje zresztą zgrabnie wplątany do fabuły, podobnie jak wątek jedynych przyjaciół jakich ma Elisa – bzrobotnego grafika (Richard Jenkins) i koleżanki z pracy (Octavia Spencer).

Osobiście dałabym Guillermo del Toro Oskara za reżyserię i wyróżniła scenariusz, bo doprawdy po jakże cienkim lodzie stąpali twórcy robiąc film czerpiący z kiczowatch filmów o potworach z lat pięćdziesiątych, pomieszany z namiętnym romansem i historią szpiegowską. I to wszystko trzyma się kupy! Do tego interesujący jest wątek poboczny przyjaciela Elisy, który nie może znaleźć pracy z powodu swojego homoseksualizmu (i jeszcze ten biedny kot – więcej powiedzieć nie mogę). No i historia ze szpiegostwem i Rosjanami w tle. Oj, chyba reżyserowi bardzo podobało się „Bez wyjścia” z Kevinem Costnerem.

Reżyser zaś po raz kolejny udowadnia, że nie straszne mu (ha!) potwory na ekranie i niestworzone historie. „Labirynt fauna” był przepiękną i momentami straszną bajką i widać, że del Toro ma zacięcie do nieprawdopodobnych scenariuszy z nie do końca ludzkimi bohaterami. Naprawdę, duża sztuka sprzedać niebieskiego amanta w wannie z główną bohaterką, która nie mówi. Polecam – świetna historia i piękna muzyka. Tylko kota szkoda.

17:37, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 lutego 2018
I, Tonya

Reżyseria: Craig Gillespie. W roli głównej Margot Robbie.

Po filmie przyszło mi do głowy, że jakbym  miała opisać go jednym słowem to byłby sledgehammer. A w trakcie seansu jakby mnie ktoś obuchem walnął. Obraz Craiga Gillespiego to jazda (na łyżwach) bez trzymanki.

(Nie)słynny skandal łyżwiarski sprzed ponad 20 lat zrujnował karierę Tonyi Harding, amerykańskiej łyżwiarki, która jako pierwsza kobiet skoczyła potrójnego axela. Ktokolwiek interesował się łyżwiarstwem figurowym w latach 90. na pewno pamięta incydent z Nancy Kerrigan. Tonya przez lata zarzekała się, że w próbę roztrzaskania kolana swojej rywalki nie była zamieszana. Ostatnio przyznała, że wiedziała. Mam wrażenie, że ona sama do końca nie wie.

Ale nie o tym mam pisać. Część filmu opowiadająca o incydencie z Kerrigan jest najmniej emocjonująca. Być może celowo, może aby tego wydarzenia po raz kolejny nie pokazywać w światłach reflektorów. Gillespie kamerę skierował gdzie indziej – na dzieciństwo Tonyi, nadużywającą przemocy matkę oraz na męża, który nie żałował pięści. Tonya dorastała w środowisku, które najlepiej określić jako white trash. Można byłoby długo wymieniać: rozwód rodziców, apodyktyczna i emocjonalnie niedostępna matka (oj, chyba „rola życia” Allison Janney), psychiczna i fizyczna przemoc ze strony matki i męża, brak środków na utrzymanie i słaba edukacja. Tonya i jej matka nie były przykładem modelowej amerykańskiej rodziny i utalentowana łyżwiarka była przez łyżwiarskie środowisko postrzegana jako czarna owca bez klasy i wyrafinowania. Kiedy jednak skoczyła axela, Ameryka ją kochała. Kiedy uwikłała się w skandal z Kerrigan, stała się niemal wrogiem numer jeden.

Margot Robbie w roli Tonyi ma gdzie szaleć, bo dialogi są ostre jak łyżwa, język soczysty i nie brakuje dramatów w życiu i na lodzie. To nie jest hallmarkowska biografia do obejrzenia z popołudniową herbatką, tylko mocno jadąca po bandzie opowieść o utalentowanej sportsmence, która nie miała w życiu lekko, a jednak została bardzo dobrą łyżwiarką. Wydaje mi się, że reżyser chciał Harding oddemonizować i pokazać ją nie tylko przez pryzmat incydentu z Kerrigan. Czy pokazał prawdziwą Tonyę? Szczerze mówiąc, nie chcę wnikać. To w końcu fabuła, a nie dokument, choć zgrabnie wystylizowana na mockumentary, ze scenami mówionymi wprost do kamery.

Mam nadzieję, że teraz układa się Tonyi lepiej w życiu niż w czasach jej kariery łyżwiarskiej. A ja czekam na toeloppy, flipy i rittbergery na rozpoczętej właśnie olimpiadzie. 

20:25, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 lutego 2018
Obejrzane, niezrecenzowane

Nie było mnie tu sześć lat, więc zaległych recenzji nie nadrobię, ale starym zwyczajem krótko przedstawiam wybrane filmy, które widziałam w ciągu ostatnich mniej więcej dwóch lat.  

Lady Bird – obejrzany niedawno. Błyskotliwy, śmieszny i inteligentny film o dorastaniu. Saoirse Ronan i Greta Gerwig mają swoje zasłużone pięć minut.

Paddington 2 – Od czasów trylogii Toy Story nie było tak dobrego filmu familijnego. Dwójka równie dobra co jedynka. Nikt w kinie nie śmiał się głośniej ode mnie.

Molly’s Game – Jeśli podobał wam się The Social Network sprzed paru lat, to i Molly’s Game powinno. Aaron Sorkin jest mistrzem dialogu, a ja uwielbiam Jessicę Chastain.

Star Wars: The Last Jedi – Lepsze niż Force Awakens, ale przyznam, że obejrzałam bardziej z konieczności niż z wielkiego wyczekiwania.

Blade Runner 2049 – Cudowne zdjęcia, może ciut za długie i Gosling z Indianą Jones w rolach głównych. Warto.

Dunkirk – Oj, cierpiałam na tym filmie. Zdecydowanie przereklamowany, nudny i nie wciągający. Panie Nolan, rób pan lepsze filmy.

Baby Driver – Jazda bez trzymanki. Prawdziwy letni blockbuster z muzyką wgniatającą w fotel. Plus Don Draper jako ten zły.

Atomic Blonde – Hell, yeah. Charlize Theron w najlepszych płaszczach i butach kicks ass. Się dziewczyna natrenowała do tego filmu.

The Lego Batman Movie – Fajnie się oglądało w kinie, a tekst „Iron Man sucks” wszedł do domowego słownika. Oryginalny Lego Movie lepszy jednak.

Jackie – Eh. Taki sobie portret Jacqueline Kennedy. Portman dobra, ale reszta mało ciekawa.

Moonlight – Doceniam ważny temat, ale nie porwało mnie. No i to rozdanie Oskarów, gdzie wygrało La La Land, a potem Moonlight. Niewybaczalne.

Manchester by the Sea – Jeden z tych dobrych i emocjonalnych filmów, których nie da się obejrzeć po raz drugi. Affleck w roli życia. Lucas Hedges zaczyna holywoodzką karierę.

Lion – Aj, spłakałam się jak bóbr na tym filmie. Co za historia małego chłopca zagubionego w wielkim mieście.

La La Land – Genialna muzyka, przyjemnie zagrana historia przez Ryana Goslinga i Emmę Stone. Pierwszy raz w historii wyszłam z kina i nuciłam główną piosenkę.

Sing – Zgrabnie im to wyszło – dużo popularnych piosenek, dobra historia, znane głosy w obsadzie. Taron Egerton w roli głosu Johnny’ego objawieniem.

Nocturnal Animals – Drugi film Toma Forda. Mroczny i niepokojący. Może być.

Fantastic Beasts and Where to Find Them – Spin-off Harry’ego Pottera. Fajny.

Arrival – Ziew. Myślałam, że będzie co najmniej drugi Interstellar, a tu skucha. Dobry pomysł, ciekawe zakończenie, ale wszystko co w środku nudne.

Sully – Clint z Tomem opowiadają o lądowaniu samolotem na rzece. Może być, ale bez szału. Z Clinta uchodzi powietrze ostatnimi laty, niestety.

Bridget Jones’s Baby – Ubaw po pachy dla tych, którzy znają dwie poprzednie części. Śmiałam się do rozpuku.

Jason Bourne – Bourne stary, ale jary. To nie to samo, co Tożsamość Bourna, która notabene w ogóle się nie zestarzała, ale Damon daje radę.

The Nice Guys – Wszystkie najlepsze gagi pokazane w trailerze. Obejrzeć i zapomnieć.

Hunt for the Wilderpeople – Perełka, polecona przez Hjuston aka Tranikową. Przygody zbuntowanego nastolatka w nowozelandzkim buszu. Kapitalne i śmieszne.  

Passangers – Ładnie, romantycznie i w kosmosie. Mistrzostwo świata to nie jest, dla odmóżdżenia można zobaczyć.

Florence Foster Jenkins – Meryl Streep w roli najgorszej śpiewaczki świata. Tego nie da się słuchać, ale da się oglądać. Świetny Hugh Grant w roli męża.  

Denial – Dramat sądowy o zaprzeczaniu holocaustowi. Solidne, świetne zagrane kino.  

To na razie tyle.

środa, 31 stycznia 2018
Three Billboards Outside Ebbing, Missouri

Reżyseria: Martin McDonagh. W rolach głównych: Frances McDormand, Woody Harrelson i Sam Rockwell.

Z Martinem McDonagh spotkałam się wcześniej tylko raz przy okazji In Bruges, który to film zostawił mnie z mocno mieszanymi uczuciami. Nie byłam specjalnie podekscytowana jego nowym filmem o dziwnym tytule, no ale jako że sezon oskarowy, więc obejrzałam. I bardzo się cieszę, bo film świetny i wydaje mi się, że będzie to najlepszy film roku podczas tegorocznego rozdania Oskarów.

Frances McDormand gra Mildred, matkę, której córka została brutalnie zamordowana. Od śmierci minęło wiele miesięcy, a policja w Ebbing w Missouri nie znalazła sprawcy. Mildred wpada więc na pomysł ustawienia tytułowych billboardów na drodze do miasta, na których kwestionuje jałowe działania policji. Spokojne życie miasta zostaje wywrócone nogami, bo jak to, gdzie i w ogóle, tak z grubej rury z pytaniami do szefa policji w rozmiarze czcionki 100 albo i 1000. Szef policji William Willoughby, którego obwiania Mildred (świetny Woody Harrelson) wcale nie jest jednak takim dupkiem za jakiego można byłoby go uważać. Gość robi swoje, chce pomóc Mildred, ale czasem po prostu sytuacja go przerasta. Dupkiem za to jest jego kolega Dixon (Sam Rockwell, który działa mi na zęby za każdym razem jak go widzę na ekranie w jakimkolwiek filmie, ale tym razem został obsadzony kapitalnie i gra gościa, który wszystkim działa na uzębienie), który dupkiem pozostanie, ale ewolucja którą przejdzie w filmie, zaiste jest zadziwiająca.

Co mi się w tym filmie podobało, to fakt, że żadna z postaci do końca nie jest taka jak się z początku wydaje. Mildred, z największym balastem emocjonalnym, ma na sumieniu nie do końca miłe słowa, które powiedziała córce. Szeryf próbuje uprawiać lekki emocjonany szantaż na Mildred, wyjawiając pewne osobiste sekrety, choć tak naprawdę porządny z niego facet. Dixon jest półgłówkiem, ale jak przyjdzie co do czego, to okaże się, że serce ma po właściwej stronie. Aktorzy grają koncertowo, nie tylko trójka głównych, ale również syn Mildred (Lucas Hedges, który rozbija się po Hollywood na dobre po „Manchester by the Sea”, a ostatnio w „Lady Bird”), jej były mąż, sprzedawca powierzchni reklamowej, pracownik, który billboardy rozklejał i tak można wymieniać i wymieniać.

McDonagh, scenarzysta i reżyser, wie jak wycisnąć z dramatycznego materiału komizm, żarty i lżejszą nutę, ale równie świetnie umie przywalić z ciężkiego kalibru, jak w scenie, w której Mildred żegna swoją wychodzącą z domu córkę słowami, po których naprawdę zatyka z wrażenia. Ta nielekka opowieść o rodzicu doświadczającym najgorszego, co może rodzica spotkać, odnosi się również do rasowych konfliktów, z którymi ciągle boryka się Ameryka: dyskryminacji Afro-Amerykanów i brutalności policji. „Trzy bilboardy...” mają niespodziewane zwroty akcji, kapitalne, ostre i soczyste dialogi i wspaniałe aktorstwo. Będą Oskary jak się patrzy.

17:56, aniabuzuk , Dobre
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Zakładki:
Bardzo porządna dziewczyna.
Kontakt
Piszą o filmach i nie tylko
W potrzebie
Zaglądają tutaj
Zrecenzowane filmy