O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
The Shape of Water

Reżyseria: Guillermo del Toro. W rolach głównych: Sally Hawkins, Octavia Spencer i Richard Jenkins.

Podobał mi się ten film bardzo, chyba najbardziej ze wszystkich oskarowych kandydatów. Może dlatego, że w przeciwieństwie do innych filmów sezonu, opowiada historię nie mogącą się zdarzyć, historię uczucia niemożliwego, ale opowiedzianą i zagraną tak, że człowiek zapomina o bożym świecie i przenosi się w lata sześćdziesiąte, kołysany francuską muzyką genialnego Alexandra Desplat i piosenkami Serge’a Gainsbourga. Aż dziw, że akcja nie toczy się w Paryżu, tylko w zupełnie nieromantycznym Baltimore.

Ale i w nieromantycznym Baltimore zdarzyć się może historia miłości niemej sprzątaczki Elisy i stworzenia przypominającego skrzyżowanie człowieka z niebieską rybą albo niezidentyfikowanym płazem. Ten nieoczywisty przykład fauny (dodajmy na marginesie, że nie wyglądający nieatrakcyjnie) został złapany gdzieś w odmętach Amazonki i przywieziony do Baltimore, gdzie sadystyczny pułkownik Richard Strickland, grany przez Michaela Shannona, zamierza poddać go przeróżnym eksperymentom i potencjonalnie wykorzystać jako tajną broń przeciwo Rosjanom. Czy wspomniałam, że akcja toczy się w latach zimnej wojny? Motyw zimnej wojny zostaje zresztą zgrabnie wplątany do fabuły, podobnie jak wątek jedynych przyjaciół jakich ma Elisa – bzrobotnego grafika (Richard Jenkins) i koleżanki z pracy (Octavia Spencer).

Osobiście dałabym Guillermo del Toro Oskara za reżyserię i wyróżniła scenariusz, bo doprawdy po jakże cienkim lodzie stąpali twórcy robiąc film czerpiący z kiczowatch filmów o potworach z lat pięćdziesiątych, pomieszany z namiętnym romansem i historią szpiegowską. I to wszystko trzyma się kupy! Do tego interesujący jest wątek poboczny przyjaciela Elisy, który nie może znaleźć pracy z powodu swojego homoseksualizmu (i jeszcze ten biedny kot – więcej powiedzieć nie mogę). No i historia ze szpiegostwem i Rosjanami w tle. Oj, chyba reżyserowi bardzo podobało się „Bez wyjścia” z Kevinem Costnerem.

Reżyser zaś po raz kolejny udowadnia, że nie straszne mu (ha!) potwory na ekranie i niestworzone historie. „Labirynt fauna” był przepiękną i momentami straszną bajką i widać, że del Toro ma zacięcie do nieprawdopodobnych scenariuszy z nie do końca ludzkimi bohaterami. Naprawdę, duża sztuka sprzedać niebieskiego amanta w wannie z główną bohaterką, która nie mówi. Polecam – świetna historia i piękna muzyka. Tylko kota szkoda.

poniedziałek, 26 lutego 2018, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: