O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
The Girl with the Dragon Tattoo

Reżyseria David Fincher. W rolach głównych: Daniel Craig and Rooney Mara. W Polsce od 13 stycznia. 

Trylogia szwedzkiego pisarza Stiega Larssona, której bohaterką jest społecznie nieprzystosowana, introwertyczna hakerka z fotograficzną pamięcią Lisbeth Salander była jednym z głośniejszych wydarzeń literackich ostatnich lat. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy o książki Larssona upomni się Hollywood, zwłaszcza po trzech szwedzkich ekranizacjach z niezapomnianą rolą Noomi Rapace jako Lisbeth Salander. Według niektórych, casting aktorek do amerykańskiej wersji można porównać do "Przeminęło z wiatrem". Scarlett O'Hara, amerykańska bohaterka z czasów wojny secesyjnej, zagrana przez - ku rozpaczy wielu - Angielkę Vivien Leigh, stała się heroiną ekranu na długie lata. Ciekawe więc, czy Rooney Mara, która w wyścigu o rolę pokonała m.in. Natalie Portman, Carey Mulligan, Anne Hathaway i Scarlett Johansson, stanie się jako Salander porównywalną ikoną.

David Fincher obsadził w roli głównej mało znaną Rooney Marę. Mara pojawiła na kilka minut we wcześniejszym filmie Finchera "The Social Network" i po prawdzie była to jej największa rola do tej pory. Reżyser postawił na nieznaną aktorkę, gdyż obawiał się, że nazwisko takie jak Portman czy Mulligan przytłoczy postać Lisbeth. Choć osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, aby np. Portman zagrała Salander, to muszę przyznać, że Mara zagrała naprawdę świetnie.

Jej Salander jest inna od tej, którą pokazała Rapace. Lisbeth w wykonaniu Szwedki była "młodą gniewną", zbuntowaną, wręcz agresywną dziewczyną. Mara nadała jej nieco inny rys. Salander u Finchera jest mniej ekranowo "zła", a bardziej zamknięta w sobie. Lisbeth jaką zaprezentowała Rapace zdawała się być rozsadzana od środka przez gniew, wściekłość, czasem bezsilność. Mara gra spokojniej, prezentując Salander jako introwertyczkę z chłodnym analitycznym umysłem. Nie podjęłabym się  wybrać, która z aktorek bardziej mi się podobała. Tak samo nie umiałabym powiedzieć, który z filmów wywarł na mnie większe wrażenie - szwedzki czy amerykański. Szwedzki - jakby bardziej amatorski i przez to surowy. Amerykański - niby sfilmowany oszczędnie, w ciemnej palecie kolorów, a jednak z rozmachem (jedna z bardziej odjazdowych czołówek, jakie widziałam) i fantazją, której szwedzki pierwowzór nie miał. Oba uważam za bardzo dobre. Na plus u Finchera muszę zaliczyć to, że mimo iż czytałam całą trylogię, obejrzalam trzy szwedzkie filmy, czyli krótko mówiąc znam historię bardzo dobrze, to czułam jakbym oglądała ten film z pozycji osoby, która nic nie wie o bohaterach. Nadal było napięcie, emocje i gęsia skórka. 

Fincher rozłożył inaczej proporcje bohaterów na ekranie. Więcej jest u niego Blomkvista niż Salander. Ich relacje też nie są tak ścisłe, jak w książkach, czy u Szwedów, choć uważam, że chemia między bohaterami była dużo lepsza niż w szwedzkich filmach (no ale gdzie Michaelowi Nyqvistowi do Daniela Craiga). Nie wiem, czy było to zabieg świadomy, czy też Daniel Craig, grający Mikaela Blomkvista, dziennikarza próbującego rozwikłać zagadkę klanu Vangerów, któremu pomaga Salander, jest po prostu na tyle dominujący na ekranie, że to bardziej on niż Mara jest na pierwszym planie. Przynajmniej takie było moje odczucie. Czytałam gdzieś wypowiedź Craiga, który stwierdził, że Rooney Mara ukradła mu film. Rzeczywiście, aktorsko Craig nie miał chyba nawet połowy do zagrania tego, co zrobiła Mara. 

W filmie Finchera jest suspens, napięcie, dobre zdjęcia i aktorskie perełki takie jak Steven Berkoff w roli prawnika Dircha Frode. Jak sprawdziłam na imdb.com, w planach reżysera, Craiga i Mary nie ma żadnych wzmianek o kontynuacji trylogii. Czytałam jednak gdzieś, że Mara żartowała, że będzie musiała nosić fryzurę Salander przez najbliższe 3 lata, czyli wynikałoby z tego, że powstaną kolejne dwa filmy. No to czekam. 

środa, 11 stycznia 2012, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
milczacy_krytyk
2012/01/11 20:47:37
Ciągle zastanawiałem się czy jest sens wybierać się na ten film, skoro oglądałem szwedzką wersję, bardzo mi się ona podobała i co więcej, sporo z niej pamiętam. Do końca nie przekonywało mnie nawet nazwisko Finchera, którego filmy uwielbiam, ale jednak chyba nie aż tak mocno, by po raz drugi zagłębiać się w tej samej historii. I tak się wahałem, zastanawiałem przez ostatnie tygodnie, nie mogąc się zdecydować. Dlatego bardzo się cieszę, że napisałaś tę recenzję, bo teraz już wiem, że jednak mam po co w przyszłym tygodniu zajrzeć do kina. :)

Pozdrawiam!
-
tranikowa
2012/01/11 21:13:06
to moze i ja sie wybiore. tez obejrzalam wszystkie 3 i bardzo zaluje, ze larsson juz nie zyje i nie napisze dalszego ciagu.
kompletnie nie wyobrazam sobie Scarlett Johansson w roli lisbeth. ten surowy klimat w szwedzkiej wersji byl raczej zmierzony niz amatorski. ogladamy teraz skandynawskie seriale kryminalne i one sa wlasnie w takich nastrojach.
"Fincher rozłożył inaczej proporcje bohaterów na ekranie. Więcej jest u niego Blomkvista niż Salander." - w oryginalne w pierwszej czesci moim zdaniem tez tak bylo. dopiero pozniej bylo wiecej o salander.
ps- fajnie, ze to juz drugi wpis w tym tygodniu!
-
2012/01/12 13:24:47
mnie się szwedzka wersja podobała, ale nie zachwyciła. Dlatego jestem bardzo ciekawy co z "Millenium" wykombinował Fincher. Póki co większość głosów i recenzji jest w podobnym tonie jak Twoja. Chyba więc jest dobrze, sam sprawdzę w poniedziałek:)
-
aniabuzuk
2012/01/21 20:59:21
Milczący_krytyk i Michał, czytałam Wasze recenzje i widzę, że recenzje bardzo na plus.

Tranikowa, też jej sobie nie wyobrażam jako Salander. Zresztą, sam Fincher też nie, bo stwierdził, że jest za sexy.
-
milczacy_krytyk
2012/01/27 01:08:18
Bardzo, bardzo nawet. Świetny film! Gdyby bilety były trochę tańsze, to nie wiem czy bym się po raz drugi na niego nie wybrał ;)