O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
127 Hours

Reżyseria Danny Boyle. W roli głównej James Franco. W Polsce od 18 lutego 2011 r.

Jak pokazać na ekranie historię człowieka uwięzionego przez 5 czy 6 dni na kompletnym pustkowiu tak, aby nie zanudzić widza oglądaniem tej samej twarzy na ekranie przez półtorej godziny? Danny'emu Boylowi się nawet udało. "127 Hours" opowiada prawdziwą historię Arona Ralstona, który w 2003 podczas wspinaczki utknął w głębokim kanionie, z ręką uwięzioną przez blok skalny. Ralston nikomu nie powiedział, gdzie jedzie się wspinać, a miejsce, które wybrał było kompletnym odludziem. Facet praktycznie nie miał szans na ratunek. Utknął w kanionie z butelką wody, kamerą cyfrową, składanym scyzorykiem i paroma innymi pierdołami, wśród których nie było telefonu komórkowego.

Wiadomo od początku, jak kończy się ta historia. Kończy się "dobrze", bo Ralston po pięciu dniach wegetacji w kanionie, odcina sobie rękę poniżej łokcia i wychodzi z pułapki. Normalnie nie wiem, jakim trzeba być twardzielem, żeby coś takiego zrobić. Człowiek niby zdolny jest do Bóg wie czego w sytuacjach ekstremalnych, no ale jednak za odcięcie sobie ręki pełen szacunek. James Franco, którego lubię coraz bardziej, miał do wykonania kawał roboty, zważywszy, że jest to film praktycznie jednego aktora. Póki co, za rolę dostał nominację do Złotych Globów.

Koniec filmu nie jest elementem kluczowym, gdyż z góry jasne jest, co stanie się z bohaterem. Boyle pokazał więc, co dzieje się z psychiką i ciałem człowieka skazanego na porażkę i to, jak sobie radzi ze świadomością nieuchronnego końca. Zrobił to w swoim przeszarżowanym stylu, znanym z "Trainspotting" i "Slumdoga". Jest więc szybki montaż, dynamiczna muzyka i zabawa kolorem. Są halucynacje, reminescencje do przeszłości i obrazy z pogranicza snu i jawy. Boyle umie wykorzystać kamerę, aby pokazać bohaterów na krawędzi, czy są to narkomani, czy jak tutaj Ralston. Momentami ta stylistyka mnie trochę drażniła, ale myślę, że gdyby ten film toczył się tak powoli, jak powoli mijały dni i godziny uwięzionemu Aronowi, byłby to nudny tasiemiec. Udało się reżyserowi tego uniknąć, choć parę dłużyzn też było i myślałam sobie w duchu "Chłopie, odcinaj sobie tą rękę, bo nie wyrobię".

Nie jest to kino spektakularne, czy pełne wielkich morałów (no, może poza tym, że czasem jednak warto zabierać ze sobą komórkę albo pisać notkę, gdzie się jest), ale jak na film statyczny i uwięziony w jednym miejscu niczym ręka Ralstona, wyszło przyzwoicie.

piątek, 31 grudnia 2010, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
milczacy_krytyk
2010/12/31 13:07:14
Ale wysyp nowych recenzji :)
Trochę ostudziłaś mój entuzjazm do tego filmu, bo wszystkie recenzje na które do tej pory trafiałem były mega optymistyczne, a tu widzę kategoria "przeciętne".
-
aniabuzuk
2011/01/01 16:37:29
Film jest w porzadku i sama do konca nie wiedzialam, czy dac go do "Dobrych" czy "Przecietnych". Brakuje mi kategorii pomiedzy ;) Taki "The Social Network" to zdecydowanie dobre, a "127 Hours" troche zabraklo, zeby sie tam zmiescic. Nadal warto zobaczyc.
-
2011/01/13 11:49:06
Mnie sie ten film bardzo podobal, bo np. na Social Network zasnelam i nie skonczylam ogladac (chyba bylo tam za duzo szybkiego gadania). A 127 Hours nie nudzil mnie ani przez chwilke. No i musze dodac, ze nie wiedzialam jak film sie skonczy. Tzn. domyslalam sie, ze pewnie gostek nie umrze, ale nie wiedzialam czy sam sie wydostanie, czy tez ktos go znajdzie, no i mialam w pamieci "Into the Wild" gdzie zakonczenie jednak bylo inne.
-
aniabuzuk
2011/01/13 22:04:44
No ja odwrotnie - "The Social Network" bardzo na plus, a "127 Hours" tak sobie. Ale James Franco bardzo mi sie podobal.
-
rodion19
2011/02/13 03:38:40
Zniechęcił mnie bardzo wyraźnie jednym momentem, tą gadką, że ten głaz na niego czekał całe życie, że spadł z kosmosu i był przeznaczony specjalnie dla niego... Czarna magia jakaś, aż się za głowę złapałem. Ale ogólnie film bardzo dobry, o dziwo scena odcinania dłoni nie będzie przeze mnie najbardziej zapamiętana, w przeciwieństwie do "wywiadu" radiowego oraz samej końcówki, jakiś 10 minut przed napisami, szczególnie muzyka zagrała tam perfekcyjnie.
-
froasia
2011/02/21 12:38:57
Widziałam wczoraj, bardzo mi się podobał. Chyba najbardziej ruszyło mnie to, że faktycznie nie moralizował i opowiedział tę historię w mega ciekawy, ale też nie-histeryczno-dramatyczny sposób. Jak sobie przypomnę koszmarki typu "Dramat w Andach", to dochodzę do wniosku, że Boyle jest geniuszem.
-
aniabuzuk
2011/02/23 22:11:14
Dla mnie ciut przeszarzowany wizualnie, ale mimo to Boyle wycisnal z historii ile sie dalo w niezlym stylu.