O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Crazy Heart

Reżyseria Scott Cooper. W rolach głównych: Jeff Bridges, Maggie Gyllenhall, Colin Farrell. W Polsce od 9 kwietnia.


Jeff Bridges to solidna marka z rodziny z aktorskimi korzeniami. Aktor przewija się na kinowym ekranie od wielu już dziesięcioleci, a jego najbardziej znaną rolą jest Jeffrey "The Dude" Lebowski z kapitalnej komedii braci Coen. Rola w "Crazy Heart" ma być podobno tą, która przyniesie mu Oskara i wiele przemawia za tym, że tak się stanie, gdyż postać odtwarzana w "Crazy Heart" powinna idealnie trafić w gusta Akademii, uwielbiającej nagradzać za role przegranych z życiem. Bridges gra Bada Blake'a, podstarzałego piosenkarza country, spłukanego do cna, zarabiającego na butelkę whisky graniem w kręgielniach i barach. Blake tuła się więc po amerykańskim Southweście w poszukiwaniu grosza i kobiet na jedną noc, coraz bardziej pogrążając się w swoim alkoholizmie.

Bridges "stopił" się ze swoim bohaterem: zarośnięty, z brzuszkiem, spoconymi pachami, w starym samochodzie, idealnie oddał odtwarzaną postać. Bad Blake, wbrew swojemu scenicznemu pseudonimowi, nie jest złym człowiekiem. Jest facetem, któremu dawno w życiu pogubiły się priorytety: kilka małżeństw, syn, którego nie widział dziesiątki lat, alkoholizm. Szansa na normalność pojawia się z chwilą poznania Jean, dziennikarki z Santa Fe. Związek z dużo młodszą kobietą, również po przejściach, samotnie wychowującą czteroletniego syna uświadamia Blake'owi, że może zacząć od nowa. Zawodowo również zaczyna być lepiej. Bad dostaje angaż jako "rozgrzewacz" przed koncertem Tommy'ego Sweeta (Colin "Bachleda" Farrell), z którym kiedyś skrzyżowały się profesjonalne ścieżki. Pozostaje więc pytanie, czy Blake wykorzysta tę szansę.

Debiut Scotta Coopera udał się, może nie całkowicie, ale z przewagę elementów na plus. Ta lepsza "większa"połowa to niewątpliwie Jeff Bridges, scenariusz, który na szczęście nie wpada w schematy, zwłaszcza w końcówce filmu oraz kawał niezłej muzyki country. Bridges i Farrell nie korzystali z innych osób podkładających głos pod ich śpiew i nawet nieźle im wyszło to śpiewanie, zwłaszcza Bridgesowi. Niemniej sam film nie zapada mocno w pamięć. Ot, kolejna historia talentu, który zaprzepaścił kawał swojego życia na alkohol. Gdyby nie Bridges, podejrzewam, że niewiele byłoby słychać o "Crazy Heart".

Co do Bridgesa i jego potencjalnego Oskara, to myślę, że go dostanie. Składa się na to jego staż hollywoodzki, dobra rola w filmie oraz postać, którą kreauje - typ, który, jak wspomniałam we wstępie - Akademia lubi. Ja wyżej oceniam rolę Jeremy'ego Rennera w "The Hurt Locker", no ale jego wygrana byłaby prawdziwą (he he) bombą.

środa, 03 marca 2010, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/14 21:12:52
Bridges jednak wygrał, ja też kibicowałem Rennerowi, no ale po Złotym Globie tak czułem, że nikt z Jeffem nie ma szans. Filmu jeszcze nie widziałem, mam nadzieję obejrzeć w koncu w tym tygodniu.
-
2010/08/05 02:13:33
Wczoraj obejrzałam "Crazy Heart" i film jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Chyba nie ruszają mnie opowieści o ludziach, którzy kiedyś byli wielcy, a teraz nie mają kasy, rekompensują sobie wszystkie straty alkoholem i oczywiście zaniedbali swój rodzicielski obowiązek (dlatego nie rozumiem tych wszystkich zachwytów nad "Zapaśnikiem").

A co do Oscarów: ja tam się cieszę z wygranej Bridgesa. Może film mnie nie porwał, ale facet zagrał bardzo dobrze i nawet popisał się świetnym wokalem. A Renner według mnie nie zasłużył na nominację, ale to nie pierwszy i nie ostatni taki przypadek.