O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
W.

Reżyseria Oliver Stone. W roli głównej Josh Brolin. W Polsce nie wiem kiedy.

Oliver Stone wyznaczył sobie miejsce w historii kina amerykańskiego realizując filmy poświęcone amerykańskim prezydentom, spektakularnie rozliczając się z wojną w Wietnamie i pokazując rzeczywistość Ameryki w „Wall Street" i „Urodzonych mordercach". Pomiędzy filmami uznanymi znalazło się parę nadpsutych jabłek i od kilku lat Stone próbuje wrócić na filmowy piedestał, z raczej marnymi wynikami. Czy „W." okazał się być filmem, którym Stone powraca do pierwszej ligi?

Premiera filmu została zaplanowana na 2 tygodnie przed kolejnymi wyborami prezydenckimi i choć „W" nie opowiada o żadnym z kandydatów, to data została wybrana nieprzypadkowo w sytuacji, gdy urzędujący prezydent ma najniższe notowania w historii, a sytuacja ekonomicza, do jakiej mniej lub bardziej bezpośrednio doprowadził jest określana mianem najgorszego kryzysu od czasów Wielkiej Depresji. „W." jest na wpoły prawdziwą, na wpoły fikcyjną biografią urzędującego wciąż prezydenta George'a W. Busha. Poprzednie filmy "prezydenckie", które zrobił Stone, czyli „JFK" oraz „Nixon" zostały zrealizowane po śmierci głównych bohaterów, gdzie upływ lat od wydarzeń, w których brali udział dał reżyserowi szeroką perspektywę. Historia wciąż pisze nowe karty z Bushem w roli głównej i choć wydawać się może nieprawdopodobne, że napisze jakieś chwalebne pośród morza tych wstydliwych, to jakby nie patrzeć, rozdział zatytułowany „George W. Bush" nie pozostaje zamknięty i to wydaje mi się być przyczyną słabości najnowszego filmu.

Film był zapowiadany jako prawdziwa i uczłowieczona (cokolwiek to ma znaczyć) historia Busha. Jeśli takie było odgórne założenie reżysera, to według mnie okazało się ono zupełnie chybione, bo Stone'owi zwyczajnie zmiękła rura. Jak można byłoby mniemać po obejrzeniu traileru, miał to być ironiczny i bezkompromisowy obraz prostaka z Teksasu, który doszedł do stanowiska prezydenta. Tymczasem film jest ostrożnie sfilmowaną historią życiowego nieudacznika, niepotrafiącego utrzymać się żadnej pracy, pokazującą wielką słabość Busha do alkoholu, jego nawrócenie i głos od Boga wzywający do kandydowania na najwyższy urząd w państwie (podobnoż to ma być prawda). Bush wygląda na ekranie sympatyczniej niż w powszechnie znanym wizerunku kreowanym przez media oraz jego samego i to szczerze mówiąc w ogóle mi nie przypadło do gustu. Pazur, z jakim Stone umie pokazać fakty zwyczajnie się stępił. Z filmu nie wynika, co tak naprawdę pchnęło Busha do wielkiej polityki - czy był to ten domniemany głos niebios, czy rywalizacja z ojcem (wiceprezydentem u Reagana, a później prezydentem). Filmowemu portretowi prezydenta brakuje głębi i zostaje ona zastąpiona kronikarskim pokazaniem wydarzeń z życia Busha, przeskokami z Gabinetu Owalnego i dyskusjach o Iraku do czasów młodości, gdy był W czarną owcą klanu Bushów.

Gdzieś zapodziała się reżyserska wizja, dzięki której Stone nie bał się nagromadzić mniej lub bardziej nieprawdopodobnych teorii spiskowych w „JFK", sprawiając, że film stał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów biograficzno-politycznych. Być może „W" nie miał takich ambicji, ale gdzieś zginęła łatwość z jaką reżyser lawirował w świecie political fiction. Najnowsza produkcja pozostaje więc ledwie miernym obrazem. W tym filmie po prostu nie ma kontrowersji. Nie ma czegoś zaskakującego, czegoś co byłoby lekko podretuszowane, przesadzone i może nawet nieprawdopodobne. Zamiast jest polityczna poprawnie, filmowo poprawna biografia średnio rozgarniętego gościa z Teksasu w poprawnej kreacji rozrywanego ostatnio Josha Brolina. Brolin fizycznie jest rzeczywiście stworzony do tej roli i opanował nieźle mimikę i gesty prezydenta, ale - tak jak cały film - jego gra jest średnio przekonywująca. Zupełnie niewykorzystani są inni aktorzy. Richard Dreyfuss jako Dick Cheney, Thandie Newton w roli Condoleezzy Rice, czy Scott Glenn jako Donald Rumsfeld zostali całkiem sprawnie ucharakteryzowani, ale grają tylko blade tło, a żadna z tych postaci (może poza Karlem Rove) nie wprowadza wiele do portretu Busha.

Taki film mógłby puścić każdy kanał filmowy w porze największej oglądalności bez narażenia się na jakiekolwiek zarzuty potencjalnie obrażonych widzów. „W." zalicza się do kategorii low hanging fruit, które to sformułowanie oznacza łatwy cel w zasięgu ręki bez konieczności gimnastykowania się po owoce rosnące na mniej dostępnych gałęziach. Od Stone'a oczekiwałabym czegoś więcej.
wtorek, 21 października 2008, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: ania k, *.cisco.com
2008/10/21 00:57:19
ale dalas z tym low hanging fruit. niezle. ja tez slyszalam same kiepskie recenzje (na NPR rzez jasna), bardzo podobne do Twojej. moze wrzuce na netflix.
-
wiolinka9
2008/10/21 13:43:19
Nie przepadam jakos za Krzaczorem wiec pewnie mi sie film nie spodoba...
-
aniabuzuk
2008/10/21 16:39:19
Ania: no no Stone sie nie wysilil z tym filmem. Napredce napisany, napredce nakrecony i to widac.
Wiolinka: tez go nie lubie, ale dalam sie nabrac na trailer, z ktorego wynikalo, ze moze to byc fajny film z komediowymi elementami. Tymczasem wszystko, co smieszne jest wlasnie w trailerze i to by bylo na tyle.
-
2008/10/24 22:49:37
Po czasie, World Trade Center (które, widziałem już bodaj trzykrotnie) coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Może z "W" będzie podobnie - kiepskie pierwsze wrażenie, a potem będzie lepiej.
-
aniabuzuk
2008/10/24 23:02:52
Moze, choc szanse, ze obejrze ten film jeszcze raz sa chyba nikle.
-
2008/10/27 01:37:59
dla mnie ten film byl fascynujacy. nie potrzebowalam zeby mi ktos jezdzil po bushu, ze jest debil, bo juz zrobil to moore w "fahrenheit 911" i wystarczy. stone nie narzuca swoich pogladow i kazdy moze sobie wyciagnac wnioski. moze po prostu zamiast szokowac (zreszta co byloby szokujacego gdyby pojechal po bushu z gory na dol, w koncu robia to dzis wszyscy) chcial po prostu zrobic rzetelny film, ktory choc torche pozwala zrozumiec jak to sie stalo ze wpakowalismy sie dzieki niemu w taki syf. a ze nie pokazal busha jako uosobienia zla? ja nie sadze zeby nim byl, co nie zmienia faktu ze prezydentem nigdy nie powinien zostac.
-
2008/10/27 01:44:43
a co do innych aktorow, dreyfuss swietnie sie zaprezentowal jako macchiavelliczny chenney, no nie? co do condie, czy ona w rzeczywistosci tez jest taka nerwowa?
-
aniabuzuk
2008/10/27 19:23:30
No nie wiem, mnie jakos ten film nie przekonal, ale mnie ostatnio malo co w kinie przekonuje i stracilam juz nadzieje, ze obejrze w tym sezonie porzadny film lokalnej produkcji. No moze nowy Clint i Gus Van Sant uratuja sytuacje. No i nie widzialam jeszcze nowego Demme'a.
-
Gość: lonelystar, *.hsd1.il.comcast.net
2008/11/01 01:21:55
nowy clint podobno sredni. ale czego innego mozna sie spodziewac po filmie z angelina...
-
aniabuzuk
2008/11/03 16:53:06
Widzialam wczoraj i film wedlug mnie jest swietny. Tylko zycie moze pisac takie historie.