O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Rolling Stones w blasku świateł

(Shine a Light). Reżyseria Martin Scorsese. W Polsce od 16 maja.


Jedną z moich życiowych zasad jest no regrets. Żałuję jednak cholernie, gdy Rolling Stones grali koncert w Chicago podczas ostatniej trasy, to nie miałam na tyle determinacji, żeby kupić sobie bilet i pójść ich posłuchać. No cóż, człowiek uczy się na własnych błędach i teraz już wiem, że jeśli jeszcze raz przyjadą do Chicago, to idę na bank, choćby sama.

Gdybym jednak była osobą, która do Rolling Stonesów żywi mieszane uczucia i potrzebuje zachęty, aby zobaczyć ich na żywo, to szczerze wątpię, aby najnowszy dokument o legendzie rock n’ rolla ich do tego zachęcił. Fakt, że film wyreżyserował Martin Scorsese dodaje filmowi splendoru, ale według mnie nie ma z tego żadnych realnych korzyści dla obrazu. „Shine a Light” jest niczym więcej niż zapisem koncertu, który Rolling Stones dali w nowojorskim teatrze Beacon w 2006 r. Spodziewałam się bardziej dokumentalnej formy niż po prostu koncertu. Wprawdzie Scorsese dołączył ciekawe archiwalne wywiady z muzykami, na których Mick Jagger, jeden z najbardziej charyzmatycznych artystów i performerów scenicznych, wygląda jak zahukany małolat, a Keith Richards – uwierzcie – był kiedyś nawet przystojny.

Większość filmu wypełnia jednak zapis koncertu. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Nie w świetnie dobranych archiwaliach, które pokazują etapy kariery muzyków – od nieśmiałych dwudziestolatków, przez zblazowanych gwiazdorów, po nieco zmęczonych sławą i odpowiadaniem na te same pytanie artystów, a właśnie w tym, co wypełnia film. Kilkanaście kamer filmujących muzyków z bardzo bliska, wyłapujących każdą zmarszczkę na zakazanej mordzie Richardsa, zlepione potem włosy Jaggera, czy zmęczonego Wattsa nie oddaje energii towarzyszącej występowi. Jest w tym jakaś sprzeczność, bo gdy ogląda się chudego jak szczapa Jaggera, to jest on po prostu dynamitem na scenie – wygina się, szczerzy, kręci tyłkiem, dokonuje niemalże akrobacji, a tymczasem po godzinie zaczęłam spoglądać na zegarek i ziewać. Co jest, kurna?

Być może częściowa wina leży w wyborze piosenek, które w większości pochodzą z początków kariery zespołu. Scorsese wychował się na wczesnym repertuarze Stonesów, więc wybrał do filmu to, co mu w duszy gra. Repertuar zgrywa się też świetnie z archiwalną wypowiedzią Jaggera, który pytany 40 lat wcześniej, czy widzi siebie na scenie w wieku 60 lat, odpowiada, że absolutnie tak. No i mamy go 40 lat później śpiewającego te same kawałki. Mi jednak czegoś zabrakło w warstwie muzycznej. Nic nie ujmując takim kamieniom milowym ich muzyki, jak „Jumpin' Jack Flash”, czy „Brown Sugar”, myślę, że koncert byłby dynamiczniejszy, gdyby pojawiło się w nim więcej utworów z ostatnich 20 lat. Dodatki w postaci gościnnych występow Buddy Guya, Jacka White’a i Christiny Aguilery są jakimś urozmaiceniem, ale mogło się obejść bez nich. Pojawiający się przed koncertem Clintontowie i – z własnego podwórka – prezydent Kwaśniewski z żoną i sam Scorsese rwący sobie włosy z głowy, gdy na minuty przed startem nie ma listy piosenek są miłym dodatkiem, no ale to nie dodatki stanowią o sile przekazu.

Film zbiera w miarę przychylne opinie, ale mnie nie porwał prawie w ogóle. Więcej emocji wyzwala we mnie pierwsza z brzegu płyta Stonesów słuchana w samochodzie. Pod koniec, gdy zabrzmiało „Start Me Up”, „Symphaty for the Devil” i nieśmiertelne „Satisfaction” pokiwałam się trochę w fotelu, ale to jednak ciut za mało, aby uznać dwie godziny w kinie za dobrą rozrywkę. Niestety, nuda jak w polskim filmie. Świetna robota operatorska, jaką nieczęsto widzi się przy tego typu produkacjach jest jedną z niewielu jasnych punktów tego filmu. Rolling Stonesi bronią się swoją niesamowitą charyzmą i muzyką, która – choć według mnie niezbyt dobrze dobrana – nadal brzmi świeżo i sprawia, że najlepszy zespół świata nadal się toczy. Mam nadzieję, że dotoczą się jeszcze kiedyś do Windy City.

piątek, 18 kwietnia 2008, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: ania k, *.dsl.pltn13.pacbell.net
2008/04/18 05:03:24
ooo, szkoda, ja sie na ten film bardzo cieszylam, bo i scorsese i the stones... poczekam wiec na dvd. a czy widzialas "gimme shelter"? www.imdb.com/title/tt0065780/ jest to na prawde swietny dokument. ja tez ich nigdy nie widzialam na zywo, i tez mam taka nadzieje, ze sie kiedys jeszcze zalapie.
-
2008/04/18 08:45:02
Rzeczywiscie strasznie slaby , polazlem bo nie bylo juz U23D, zakrztusilem sie spritem jak zobaczylem Kwacha a pozniej pol filmu przegralem na komorce :-) . Moze na imaxie inaczej by wygladal ale watpie. Gimme Shelter duuuuzo lepszy ...
-
2008/04/18 16:33:34
Radarek: tez watpie, aby IMAX cos mienil. I tez z nudow wyciagnelam komorke (czego nigdy, nigdy nie robie). A w kinie poza mna bylo jeszcze tylko dwoch starszych panow.
Ania: "Gimme Shelter" nie widzialam. Zaraz sobie poczytam.
-
2008/04/19 13:42:58
też jeszcze nigdy nie byłem na koncercie Stonesów, a jest to moje wielkie marzenie. mam nadzieję, że zdążę to jeszcze nadrobić. Film zobaczę dopiero za 3 tyg, ale mimo,że to dzieło mojego ulubionego reżysera, trochę zakładałem, że będzie tak jak napisałaś. Dwa lata temu bodaj oglądałem na BBC znakomity dokument o Jaggerze opisujący okres w którym nagrywał swoją ostatnią solową płytę. Jak znajdę tytuł to się podzielę.
-
froasia
2008/04/21 23:02:29
A ja byłam na Stonesach kiedy grali na Stadionie Śląskim w Chorzowie kilka lat temu. Absolutnie najlepszy koncert, który widziałam w życiu. To niemożliwe, że w tych starszych panach drzemie ciągle taka energia. Bardzo się cieszę z tego filmu, czekam na premierę w Polsce.
-
2008/04/21 23:05:58
Mam wiec nadzieje, ze sie nie zawiedziesz filmem.