O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Człowiek ringu

Reżyseria Ron Howard. W rolach głównych: Russell Crowe i Renee Zellweger.



Ron Howard od lat ma u mnie opinię rzemieślnika. Jego filmy są poprawne, łatwo się je ogląda, ale brakuje im artystycznego dotknięcia, które sprawia, że o właśnie obejrzanym filmie nie zapomina się przez następne dni, czy tygodnie. Howard tworzy kino komercyjne, w którym próbuje przemycić większe idee, tak aby jego produkcje aspirowały do miana kina twórczego, ba, nawet ambitnego. Nie są to złe filmy (poza „Kodem Da Vinci”, który był wyjątkowo kiepską ekranizacją). Weźmy „Piękny umysł”, czy „Apollo 13”. I jeden i drugi oglądałam z ciekawością i przyjemnością.

Podobne uczucia towarzyszyły mi przy „Cinderella Man”, historii amerykańskiego boksera Jamesa Braddocka z czasów Wielkiego Kryzysu. Oto historia utytułowanego boksera, który w wyniku krachu z 1929 roku zostaje bez środków do życia dla siebie, żony i trójki dzieci. Jak wielu mu podobnych, staje każdego ranka pod portową bramą licząc, że zostanie wybrany do ciężkiej harówy w doku choćby na jeden dzień. Przeżywa dramat, gdy komisja bokserska zabiera mu licencję, brakuje mu pieniędzy na gaz, prąd i żywność i żyje z państwowego zasiłku. Fortuna kołem się toczy i Braddock wraca na ring, stając się nadzieją dla podobnych mu ledwie wiążących koniec z końcem robotników z New Jersey, że może być lepiej.

Filmów o boksie było wiele i z reguły o każdym z nich mówi się, że to nie jest film o boksie (bo mordobicie nie zawsze dobrze się sprzedaje), a o drodze człowieka z nizin społecznych na szczyt („Rocky”) bądź upadku („Wściekły byk”). Jakby nie patrzeć, każdy z tych filmów jednak jest o boksie, a rozkwaszone nosy, wiadra sztucznej krwi, czy najlepsze sceny bokserskie przechodzą do annałów filmowych.

Po „Million Dollar Baby”oraz obrazie Scorsese taki „Cinderella Man” naprawdę jest tylko filmem o boksie, a raczej o bokserze. Jak wszystkie filmy Howarda, tak i ten jest dobrze wyreżyserowany, dobrze zagrany, ale gdzież mu do artyzmu takiego jak w filmie Eastwooda! Reżyser nie wystrzegł się patetycznych obrazów i dialogów, zwłaszcza w scenie, gdy żona Braddocka mówi do niego you are the champion of my heart. Litości. Russell Crowe w głównej roli odwala kawał solidnej aktorskiej roboty, a ostatnia walka Braddocka, która trwa na ekranie chyba ze dwadzieścia minut jest całkiem imponująca. Braddock walczy oczywiście z jakimś niedźwiedziowato wyglądającym drabem, któremu brakuje tylko włosów na plecach (bo kwadratową szczękę już ma), aby zobrazować, że bohater mierzy się w ringu z istnym zabójcą.

Można sobie ten film obejrzeć i pomyśleć, że 70 lat temu nowojorski Central Park nazywał się Hooverville i mieszkało w nim tysiące bezdomnych, a Ameryka pogrążona była w depresji, głodzie i bezrobociu. Równie dobrze można go sobie odpuścić, a do odtwarzacza dvd wrzucić coś z bokserskiej klasyki. Stallone z nieśmiertelnym okrzyk „Adrien” byłby lepszy.

czwartek, 06 grudnia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/12/06 20:39:54
Piszesz:
"każdy z tych filmów jednak jest o boksie, a rozkwaszone nosy, wiadra sztucznej krwi, czy najlepsze sceny bokserskie przechodzą do annałów filmowych."

Myślę:
Barton Fink! Barton Fink! (facet, który grał Warnera takimi słowami mówił do głównego bohatera)

Nie rozumiem kina bokserskiego - jeśli mam oglądać coś, czego temat główny jest pretekstem do innych rzeczy, to wolę kulinarnego Makłowicza.
-
2007/12/06 21:59:25
Szerokie obejscie z tym Maklowiczem :-) Jasne, ze kino bokserskie nie kazdemu przypada do gustu, zwlaszcza jesli jest to tylko mordobicie, jak kolejne czesci "Rocky'ego". Chodzi mi o to, ze do wielu z nich dorabia sie niepotrzebna "ambitna" ideologie, a tylko niektore z nich naprawde mowia o czyms wiecej niz tylko dwoch facetach w ringu.
-
2007/12/08 22:23:45
Witam
Podobał mi się ten film. Zapewne gdyby nie Russell Crowe w ogóle bym go nie obejrzał, ale muszę przyznać, że nie żałuję poświęconego mu czasu. Ładnie, klasycznie opowiedziana historia, bez szaleństw i wodotrysków. Starannie zainscenizowany i zagrany. Prosty i gładziutki, ale zrobiony z wdziękiem.
Pozdrawiam
-
zmroki
2007/12/13 14:05:47
Ha ! Nie zgadzam sie w zadnym calu. Zarowno Rocky jak i Cindrella man nie jest o boksie i w gruncie rzeczy rownie dobrze moglby to byc inny sport walki. Zatem dlaczego boks. Bo wlasnie boks jest tak dalece brutalnym sportem, ze na jego tle najlepiej mozna zaobserwowac rzeczy tak naprawde wazne. Mordobicie nie ma tu sensu martyrologicznego jak w Pasji, ale jest tylko wyrazem walki i przezwyciezania wlasnych slbaosci.. walki o rzeczy najwazniejsze... ktore boks tylko wyraza. Taka moja opinia laicka :)
-
2007/12/13 19:30:38
Wedlug mnie, to o czym piszesz sprawdzilo sie w przypadku "Rocky'ego", a mniej w Cinderella Man.
Swoja droga, ciekawe jakiego slynnego boksera wezma na tapete spece z Hollywoodu. Mike'a Tysona chyba jeszcze nie bylo na duzym ekranie (juz widze slynna scene odgryzania ucha Holyfieldowi)?