O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
No Country for Old Men

Reżyseria Joel i Ethan Coenowie. W rolach głównych: Tommy Lee Jones, Javier Bardem i Josh Brolin. W Polsce od 1 lutego.



Lubię braci Coen. „The Hudsucker Proxy” i „Big Lebowski” znajdują się w peletonie moich ulubionych filmów, więc niecierpliwie czekałam na ich najnowszą produkcję „No Country for Old Men”. Zewsząd słychać, że to najbardziej mroczny film braci od czasów „Fargo” i zaiste tak jest, gdyż film pokazuje zło tak diaboliczne i bezkompromisowe, że daleko temu wizerunkowi do zaśnieżonego, zaspanego „Fargo” i Williama H. Macy’ego próbującego być porywaczem własnej żony.

„No Country for Old Men” ma trzech bohaterów, choć ton nadaje jeden – Anton Chigurh, psychodeliczny, zimny i wykalkulowany morderca w fantastycznej kreacji Javiera Bardema. Chirurh, podróżujący z butlą stężonego powietrza oraz bronią zwaną cattle stun gun (domyślam się, że to coś niedobrego dla bydła), która z ofiary czyni sito, tropi Llewelyna Mossa (kolejna po „American Gangster" zapadająca w pamięć rola Josha Brolina). Moss, emerytowany robotnik, mieszkający w przyczepie wraz z emocjonalnie dziecinną żoną, trafia pewnego dnia na teksańskim pustkowiu na porzucone pick-upy oraz poszatkowane karabinami ciał wokół nich. Na jednej z ciężarówek znajduje się pokaźny ładunek narkotyków, a nie w ciemię bity Moss domyśla się, że gdzieś w pobliżu muszą być pieniądze, które wraz z dragami stały się przyczyną sieczki. Pieniądze znajdują się niepodal i Llewelyn je zabiera, po czym ukrywa pod dnem swojej przyczepy. I mógłby żyć długo i szcześliwie, ale nurtowany wyrzutami sumienia (nie zdradzam, jakimi) wraca na miejsce w środku nocy. Ma to dla niego opłakane skutki. Oto na miejscu pojawiają się poszukiwacze zaginionych narkotyków i kasy. Mossowi udaje się uciec, ale musi ratować tyłek nie tylko swój, ale i żony i w trybie przyspieszonym opuścić mieszkanie.

Tu dygresja. Scena, w której Llewelyn ucieka przed poszukiwaczami oraz ich psem jest kapitalna. Zwróciłam na nią uwagę po przeczytaniu wywiadu braci Coen z Cormackiem McCarthym (autorem noweli, na podstawie której zrealizowano film), gdzie krótko ją omawiali. Pies użyty w senie podobno był wytresowany do zabijania ludzi. Nie wiem, gdzie takich psów potrzebują, ale widać było, że bestia zjadłaby Brolina żywcem. Włos się jeży.

Wracając do fabuły. Trzecim bohaterem filmu jest starzejący się szeryf Ed Bell (któż inny, jak nie Tommy Lee Jones we własnej osobie, z rewelacyjnym, ale piekielnie trudnym do zrozumienia teksańskim akcentem), który próbuje wyśledzić poczyniania Llewelyna i tropiącego go Chigurha. Ten zdaje się mieć jakiś szósty zmysł i depcze Mossowi po piętach, znacząc swoją wędrówkę trupami oraz ukazując w rozmowie z przypadkowymi ludźmi, że człowiek ten choć nie ma morale, ma swoje własne, chore zasady, a życie ludzkie jest warte dla niego tyle, co rzut monetą (kolejna kapitalna scena).

„No Country for Old Men” to niepokojące (wizualnie, emocjonalnie i psychologicznie) stadium tego, jak ludzie radzą sobie ze złem, przeznaczeniem oraz ślepym losem. To również odzierająca ze złudzeń historia o tym, że są na tym świecie ludzi zdolni do przerażających zbrodni, których nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać. Zasługa w tym niewątpliwa bezbłędnego scenariusza i bardzo wyrównanego aktorstwa trzech głównych bohaterów. Do tego spalony słońcem Teksas i atmosfera prowincjonalnej, pełnej tanich, obskurnych motelików Ameryki tworzy bardzo sugestywną historię człowieka, który ucieka, ale tak naprawdę nie ma dokąd oraz dwóch podążających jego śladem mężczyzn, różnych od siebie jak noc i dzień. Nie ma wątpliwości, że jest to najlepszy obraz braci od czasów „Fargo”, znacznie mroczniejszy i z dużą większą dawką przemocy na ekranie, nawiązujący stylistycznie do tego, co zwykło się określać stylem braci Coen.

Uwaga – spoilery w komentarzach. 


wtorek, 20 listopada 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
countersv
2007/11/20 11:45:27
Jak piszesz pochlebna recenzje, to robisz to w taki sposob, ze az mnie ciarki przechodza i od razu mam ochote ubrac plaszcz i zasuwac na najblizszy seans do kina. Po chwili uswiadamiam sobie, ze nie ma tak dobrze, bo u nas jak zwykle filmu jeszcze nie ma.
-
2007/11/20 16:22:51
dobry film. bardem genialny, wiec ide jeszcze dzis na "milosc w czasach zarazy" zeby sobie znow na niego popatrzec.
-
2007/11/20 16:42:17
Countersv: coz za mily komplement na poczatek dnia. Notuje plusik w rubryczce z Twoim nickiem :-)
Lonelystar: mowia, ze "Milosc w czasach zarazy" nuda, ale daj znac, czy Ci sie podobalo.
-
2007/11/23 22:01:53
wlasnie wrocilismy z kina urzeczeni, ale po The Mist pewnie wszystko jest mistrzowskie :)
-
countersv
2008/01/24 09:13:40
Obejrzalem wczoraj wieczorem. Mocny film, chociaz nie do konca rozumiem, po co bylo dalsze ciagniecie akcji po tym, jak glowny bohater umarl. Trzeba bylo zostawic, jak Tommy Lee Jones znajduje Brolina martwego i w tym samym momencie podbiega do niego zona. Wszystko co pozniej tylko miesza w glowie i generalnie jest niepotrzebne.
-
2008/01/24 17:17:46
Potrzebne, bo Chigurh musi doprowadzic sprawy do konca. Jego kodeks zasad nie pozwala mu poprzestac na smierci Brolina. Sceny z zona pokazuja, ze zasady, ktorymi sie kieruje nie podlegaja negocjacjom. Bezkompromisowy diabel wcielony. Tak ja to rozumiem.
-
countersv
2008/01/25 15:04:11
To ja z kolei i tu napisze: Chigurh juz pokazal, ze jest diablem wcielonym. Dla mnie scena z zabiciem zony Brolina jest nieopotrzebna bo przekonal mnie do tego juz na samym poczatku zabijajac Bogu ducha winnego czlowieka. Kierujace nim zasady tez wczesniej juz zdazyl wyjasnic. A w momencie, gdy Brolin jest glownym bohaterem i umiera, ciagniecie filmu, bo nagle okazuje sie, ze sa inni bohaterowie jest mocno naciagane. W ten sposob film moze miec dlugosc 50 lat, bo jak sie jeden bohater zacznie robic nudny, to przeciez sa jeszcze inni. A dlaczego nie pociagnac filmu do momentu jak szeryf wreszcie go dopada? Albo on szeryfa? Albo umiera ze starosci?
OK, scena zabicia jego zony byla niezla i moglaby zostac. Ale ona trwa 2 minuty, moze 3. Jest ok. Cale te smecenie szeryfa na koniec, wypadek samochodowy Chigurha mozna spokojnie wyciac bez szkody dla filmu.
-
2008/01/31 17:12:02
Skoro dochodzimy do wniosku, ze zlo nie zawsze zostaje ukarane, to ten wypadek wydaje mi sie byc wlasnie taka nieudana proba naprawienia tego przez slepy los.
-
2008/01/31 17:38:08
Podoba mi sie to wytlumaczenie.
-
2008/02/16 01:48:46
Faktycznie te sceny pod koniec trochę zagmatwają sytuację. Chociaż, scena z zabójstwem żony jest świetna. Jej tekst: "Nie może decydować moneta, ty musisz zdecydować" świetne. Natomiast później jak szeryf spotyka jakiegoś kolesia co ma koty i opowiada sen, jest trochę niepotrzebna, moim zdaniem. Mnie tylko nurtuje jedno pytanie: Dlaczego Llewelyn wrócił się na tamto miejsce, po to żeby zanieść wodę? Trochę mnie to nie przekonuje.
-
2008/02/18 17:03:18
Bo dobry chlopak z niego byl. Mysle, ze Coenowie chcieli pokazac, jak przewrotny jest los, gdy Llewelyn kierowany szlachetnymi pobudkami, pakuje sie w jeszcze wieksze klopoty.
-
2008/02/19 01:13:46
Sam wpakował się w paszcze lwa...

Zapraszam na swojego bloga:

www.piesieczpilotem.blox.pl
-
Gość: yerzol, *.internetdsl.tpnet.pl
2008/02/25 13:56:20
scena wypadku Bardem'a byla niezbedna... byla wrecz konieczna i dla mnie przynajmniej kluczowa, bo pokazuje niejako drugie dno tego filmu - drugi motyw przewodni... motyw losu...

ta scena uzmyslawia nam widzom, ale przede wszystkim Bardem'owi (i jest dla niego swoistym ostrzezeniem), że nikt nie jest "panem losu", nawet on "szatan wcielony"...
-
2008/03/25 04:36:44
Obejrzalam film dzisiaj (wiem, troche spozniony refleks) i czy ktos mi moze wytlumaczyc kim byl ten gostek w biurze i jak to sie wiazalo z reszta akcji? Koncowa scena totalnie mnie rozczarowala, zdawaloby sie, ze bedzie cos dalej a tu nic, Tommy Lee Jones sobie pogadal i nawet juz myslalam, ze przysne kiedy pojawily sie koncowe napisy.
A jesli chodzi o scene z woda, to przeciez jakby sie nie wrocil to i tak by go wykryli po tym odbiorniku, chyba chodzilo raczej o to, ze jakby sie nie wrocil zabiliby go na drugi dzien.
-
2008/03/25 15:51:08
Ktory gostek w biurze? Woody Harrelson? On mial zdaje sie zlapac Chigurha. Juz dobrze nie pamietam, widzialam prawie pol roku temu.
Mnie koncowka zaskoczyla, ale nie rozczarowala.
-
2008/03/26 13:56:42
Nie Woody, ten drugi, chyba jego szef, czy on byl wlascicielem tych narkotykow albo pieniedzy?
-
2008/03/26 15:31:02
Chyba tak, ale nie pamietam, czy narkotykow, czy pieniedzy.
-
hjuston
2008/04/21 15:21:14
ja obejrzalam dopiero wczoaj. mysle, ze scena z zona i z wypadkiem byly swietne na zakonczenie.moim zdaniem zbudowaly wlasnie taki nastroj tego, ze 'duch' (jak go okreslil szeryf) pojawia sie i odchodzi kiedy chce. bez swiadkow. i ze jest nie do wytropienia. zakonczenie naprawde swietne.
gdyby wszystko zakonczyl osie w motelu w el paso nie wiedzielibysmy kto zabil llewelyna- meksie czy szugar. czy wyjasnilo sie co sie stalo z forsa? bo jakos mi to umknelo.
mnie najbardziej oprocz poczatkowych scen stepowych, podobaly sie te z el paso. prawdziwy dziki zachod. teraz el paso jest troche inne, ale az strach sobie wyobrazic jak to bylo kiedys.
-
2008/04/21 16:45:28
Nie pamietam, co stalo sie z forsa. Co chyba nie bylo jednoznacznie pokazane, bo szwagier, ktory niedawno widzial ten film, tez nie wiedzial, gdzie ta forsa.