O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Michael Clayton

Reżyseria Tony Gilroy. W rolach głównych: George Clooney, Tilda Swinton, Tom Wilkinson i Sydney Pollack. W Polsce od 23 listopada.



Kiedy ogląda się George’a Clooneya w tytułowej roli w filmie „Michael Clayton” ani przez chwilę nie przemknie myśl, że na ekranie widać Dannego Oceana, doktora Douga Rossa z „Ostrego dyżuru” bądź pogromcę krwiożerczych pomidorów. Długą drogę przebył Clooney od tandetnych horrorów do filmów takich jak „Michael Clayton”, które zostawiają widza w przyjemnym stanie zadowolenia i satysfakcji z właśnie obejrzanego obrazu. „Michael Clayton”, reżyserski debiut Tony’ego Gilroya, scenarzysty wszystkich „Bournów”, nawiązuje stylistyką do polityczno-społecznych dramatów z lat 70., takich jak „Wszyscy ludzie prezydenta”, czy „Trzy dni kondora”. Jak to mawiał poeta, „serce roście”, gdy ogląda się film, w którym reżyser traktuje publiczność jako równorzędnego partnera i wierzy, że nie składa się ona li tylko z bezkształtnej masy kubłów popcornu, lecz z ludzi, którzy w kinie szukają wrażeń nie tylko estetycznych, ale również intelektualnych.

„Michael Clayton” dostarcza takich właśnie wrażeń, począwszy od czterech kapitalnie zagranych ról głównych bohaterów, a skończywszy na przekonującym obrazie moralności w korporacyjnym świecie współczesnej Ameryki. Kim bowiem są ludzie z Manhattanu, którzy w kilkuset osobowych firmach prawniczych zgarniają ciężkie miliony od swoich klientów, nie zawsze kierując się zasadami sprawiedliwości? W obrazie Gilroya wyglądają bardziej na zautomatyzowane jednostki ludzkie, niż ludzi z krwi i kości. Taka jest Karen Crowder (rewelacyjna Tilda Swinton), chief counsel firmy U/North, trenująca przed lustrem wypowiedzi do kamery i składająca pończochy na kant. Bliski temu wizerunkowi jest Marty Bach (w tej roli Sydney Pollack, reżyser m.in. „Trzech dni kondora” i „Firmy”), partner w nowojorskiej firmie prawniczej Kenner, Bach and Ledeen's, reprezentującej U/North. Taki był Arthur Edens (Tom Wilkonson), czołowy prawnik z tejże firmy, zanim na jednym z posiedzeń poprzedzających rozprawę w sprawie czołowego klienta, rozebrał się, a nastepnie biegał nago po parkingu. Bach, obawiający się utraty dobrego imienia firmy oraz straty firmy U/North, którą Edens reprezentuje w zbiorowym powództwie, wysyła Claytona do naprawienia zaistniałej sytuacji.

Kim bowiem jest Michael Clayton? Jak sam się określa, jest sprzątaczem. Sprząta brudy, w których babrają się klienci Kenner, Bach and Ledeen's. Rozwodnik, ojciec kilkulatka, którego widuje w weekendy, porzucił 17 lat wcześniej publiczną posadę adwokacką i zaczął pracę w Kenner, Bach and Ledeen's, gdzie wypracował sobie niszę jako fixer, który jest w stanie wyczyścić każde błoto, w które wdepnęli inni. Sam jednak musi czyścić błoto, które ochlapało nogawki jego eleganckiego garnituru i potargało perfekcyjną fryzurę. Bar, w który zainwestował, plajtuje, a „życzliwi” upominają się o pieniądze, które Clayton roztrwonił grając w pokera.

Film rozwija wątki scenariusza niespiesznie, ale bynajmniej nie nudnie. Reżyser trzymał je żelazną ręką i choć początkowo nie wiadomo, kto gra po której stronie i o co tak naprawdę biega, to stopniowo pozwolił fabule rozwinąć się w sposób dla widza intrygujący. Wybuchający w początkach filmu samochód Clayton przykuwa uwagę widza wystarczająco, a reżyser używa jednego z moich ulubionych filmowych tricków i cofa akcję o cztery dni. Fabuła rozwija się niczym pasjonująca partia pokera – nikt nie wykłada od razu kart na stół, ale z dobranych kart wynika, że gracze mają w zanadrzu niezłe asy i w końcówce pokażą, że nie grają marną parą ósemek, ale co najmniej karetą. Sprawa Edensa, którą Claytonowi poleca zająć się Bach okaże się piekłem, niebem i czyścem dla bohatera. Wybór, jakiego dokona Clayton w ostatecznym rozrachunku nie jest tak jednoznaczny, jak się na pozór wydaje. Na bezinteresowny heroizm nie ma w tym świecie miejsca.

Jesień w amerykańskich kinach jest jak na razie złota.

poniedziałek, 15 października 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/10/15 21:07:41
Witam
Świetnie opisałaś ten film, tym bardziej, że ja uwielbiam tego typu kino. Clooney wcześniej zagrał w świetnym "Good night & good luck" i kapitalnej "Syrianie". Oba filmy chyba są właśnie w klimacie "Michaela Claytona". Czekam z ogromną niecierpliwością!!!
Pozdrowienia
-
2007/10/15 21:13:14
Troche wstyd sie przyznac, ale "Syriany" nie widzialam, wiec chyba teraz jest dobra okazja, zeby porownac Oskarowe dokonanie George'a z rola w "Michaelu Claytonie". "Good night & good luck" widzialam. Dobre kino.
-
2007/10/15 21:41:11
szykuje sie zapewne kolejny Oskar, wg mnie najlepszy film roku. Jesien w kinach zlota, a z reklam na najblizsza przyszlosc widac, ze bedzie trwac :)
-
2007/10/15 21:53:22
Oj, bedzie. Jest co ogladac. Witam na blogu.
-
Gość: radarek123, *.hsd1.il.comcast.net
2007/10/17 08:34:17

Im Shiva the God of Death - ten tekst to musze sobie na koszulce zrobić... Film super, Clooney w porzo ale ta babka jeszcze lepsza.
Przed filmem byl trailer do Charlie Wilsons War - to mogą być dopiero jaja :-)
-
2007/10/17 16:45:46
Z tym Shiva to im sie naprawde udalo.
-
2007/10/18 01:32:13
film boski. wczoraj ogladalam.
-
hjuston
2007/10/24 04:36:40
a ja dzisiaj i zgadzam sie z przedmowca
-
hjuston
2007/10/24 04:38:00
acha- mi z calego filmu najbardziej podobal sie tekst jaki majkel zapodal synkowi w samochodzie.
-
2007/10/24 05:13:47
Ja mam fatalna pamiec do cytatow, wiec moze mi przypomnisz?
-
hjuston
2007/10/24 13:51:00
There are people who wonder why shit falls out of the sky and always hits them. You are not going to be one of them.
jakos tak. cholernie mi sie to podobalo.