O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
15:10 do Yumy

Reżyseria James Mangold. W rolach głównych: Christian Bale, Russel Crowe, Ben Foster i Peter Fonda.

Western umierał powoli od lat 70., a kolejne próby wskrzeszenia gatunku nie spotykały się z zainteresowaniem widzów, krytyków i filmowców. Świat dobra i zła w nich przedstawiony stracił na atrakcyjności, a reżyserzy i scenarzyści w późniejszych latach starali się raczej rozliczyć z nie zawsze chlubną przeszłością z czasów osadnictwa niż wracać do legend o kowbojach i bandytach w scenerii Dzikiego Zachodu. Mit szybkostrzelnych rewolwerowców, wyjętych spod prawa bandytów i łówców nagród wykpił już wcześniej Sergio Leone w spaghetti-westernach, a kilkadziesiąt lat później Clint Eastwood, odtwórca głównych ról w westernach Leone przyłożył gwóźdź do trumny swoim antywesternem „Bez przebaczenia”. Obecnie, co jakiś czas na ekranach pojawiają się filmy z gatunku, ale rzadko który obraz z ostatnich lat zyskał uznanie publiczności i krytyki.



www.canmag.com

„15:10 do Yumy”, remake klasyka z 1957 r. jest udanym powrotem gatunku na duży ekran. To mocny, męski film w reżyserii Jamesa Mangolda („Spacer na linie”). Co dziś nieco śmieszy i razi w oldskulowych westernach, to oddzielony grubą kreską świat dobra i zła. Szachetnego serca kowboj kontra nikczemny outlaw. Uczciwy ranczer kontra bandyta rabujący pocztowe dyliżanse. Żona farmera kontra salonowa dziwka. Amerykańska kawaleria kontra Indianie. W filmie Mangolda te granice się zacierają, a bohaterowie nie są jednoznacznie ani dobrzy, ani źli, choć widz nie będzie miał problemów z rozróżnieniem po czyjej stronie stoi sprawiedliwość. Droga do miasteczka, gdzie czeka odchodzący o 15:10 pociąg do więzienia w Yumie okaże się sprawdzianem charakterów obu bohaterów – farmera Dana Evansa (Bale) i wyjętego spod prawa Bena Wade’a (Crowe), który ma zostać bezpiecznie dostarczony do tegoż pociągu. Poza finansową motywacją, Evans, weteran wojny secesyjnej i pacyfista, chce udowodnić sobie, swojej żonie oraz starszemu z synów, że nie jest kompeletnym nieudacznikiem. Wade’owi, którego od typowego westernowego rzezimieszka odróżnia zamiłowaniem do rysunku i ponad przeciętna inteligencja emocjonalna, przyjdzie zmierzyć się nie tylko z własnym sumieniem, ale również własną bandą, która podąża jego tropem w nadziei na odbicie szefa. Przewodzi jej Charlie Prince (kapitalna rola Ben Fostera), bandzior, przy którym Wade wygląda jak dobroduszny harcerz przeprowadzający staruszki przez ulicę.



www.canmag.com

Świetny jest również Christan Bale. Evans w jego wykonaniu to trawiony ambicją człowiek, który w obliczu głodu, długów i potencjalnego wysiedlenia z własnej farmy musi kierować się innymi motywacjami niż chęć zemsty na swoich prześladowcach. Oddany rodzinie, chce być wzorem dla swoich synów oraz nie stracić szacunku w oczach żony. Eskortowanie Wade’a do Jumy będzie dla niego próbą własnego charakteru. Russel Crowe jako Ben Wade nie zachwycił. Postać bandyty została naszkicowana tak, aby wzbudzał on w widzach sympatię, ale gdzieś po drodze Crowe zgubił zimny błysk w oczach i bezwzględność recydywisty, której oczekiwałoby się od wielokrotnego zabójcy i złodzieja. Mnie nie przekonał. Niemniej, razem z Balem tworzą niezły duet, zwłaszcza w ostatnich minutach filmu, gdy pod piekielnym ostrzałem próbują przedostać się do czekającego na stacji pociągu do Yumy. Zakończenie różni się od oryginalnego, ale osobiście zdecydowanie bardziej mi się podoba, gdyż nadaje całości bardziej realistyczny wymiar niż klasyk sprzed pół wieku. Miłośnicy gatunku nie powinni być zawiedzeni.

Macie swoje ulubione westerny? Moje to „Bez przebaczenia”, „Miasto bezprawia”, „Dyliżans”, „W samo południe”, „Niesamowity jeździec”, rozrywkowe „Siedmiu wspaniałych” i na koniec trylogia Leone: „Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” i „Dobry, zły i brzydki”. 

środa, 12 września 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
milczacy_krytyk
2007/09/13 11:57:14
Za westernami nigdy nie przepadałem - podobnie jak za musicalami - więc ten też chyba sobie podaruję :)

Pozdrawiam.
-
2007/09/13 18:20:25
Musicale to rozumiem, ale westerny, Milczacy, westerny?
-
hjuston
2007/09/13 19:19:58
a propos musicali. czy widzialas ten pt hair spray? moj szef byl na nim dwa razy i twierdzi, ze to jeden z lepszych ever.
-
2007/09/13 19:32:35
Nie i raczej nie zobacze. W sumie tez nie przepadam za musicalami, aczkolwiek "Deszczowa piosenke" uwielbiam.
-
quentiin
2007/09/14 01:00:14
Myślę, że to wyjątkowo odważne stwierdzenie z tym "unforgivenowym" gwoździem do trumny. Do spółki z "Tańczącym z wilkami" film Eastwooda raczej przedłużył żywotność gatunku i wzbudził ponowne zainteresowanie nim, a nie dobił go. Przed tymi dwoma filmami western leżał i kwiczał i gdyby nie "Unforgiven" to tak by pewnie zostało. A oscarowy sukces filmu zaowocował od razu innymi produkcjami, żeby wymienić "Tombstone", "Wyatt Earp" (ciężko się zgodzić z argumentem o gwoździu do trumny, gdy prawie w jednej chwili powstają dwa filmy o Wyacie Earpie), "The Last Outlaw", "Posse", "The Quick and the Dead" a so on.

A najlepszy western ever to dla mnie bez najmniejszego wątpienia "For a Few Dollars More" a zaraz po nim "Silverado".
-
2007/09/14 01:01:15
and so on of koz :)
-
2007/09/14 04:28:57
Mialam niedawno calkiem podobna rozmowe na ten temat. Z gwozdziem do trumny chodzilo mi raczej o to, ze "Unforgiven" obalil ostatecznie klasyczna konstrukcje dobra i zla w westernie. Dla mnie "Unforgiven" bylo pozegnaniem z gatunkiem. Wymienione przez Ciebie pozniejsze filmy, niektore z nich calkiem przywoite, wyplynely na fali popularnosci "Tanczacego..." i "Unforgiven". W sumie trudno sie dziwic Hollywoodowi, ze wykorzystal okazje. Western wraca od czasu do czasu, ale wydaje mi sie, ze jego formula sie wyczerpala. Moze jakby Clint znowu cos nakrecil, to kto wie ;-)
-
2007/09/14 14:39:06
Tyle, że ta klasyczna konstrukcja przed "Unforgiven" już dawno była obalana i to z dobrym skutkiem (Leone, Peckinpah). Eastwood wcale bardziej jej nie obalił ani nic, może tylko miał to szczęście, że raz zrobił to w momencie, gdy nikomu już się nie chciało ani westernów ani antywesternów robić, a dwa został należnie uhonorowany za świetny skądinąd film.

Wiesz, takie mówienie, że "ostatecznie obalił" to ryzykowne jest tak samo jak i ten gwóźdź :) Równie dobrze można powiedzieć, że Sharon Stone ostatecznie pożegnała się po "Basic Instinct 2" ze statusem seksbomby. Nie jest jednak powiedziane, że za dziesięć lat nie będzie trójki (choć pewnie Sam Raimi by ją wyreżyserował wtedy :) ).

Owszem, po "Unforgiven" nie było już nic wielkiego w gatunku westernu (no chyba, że "Brokeback Mountain" :) ), ale wg mnie bardziej wpłynął na to, że w ogóle jakieś westerny są niż na to, że są, ale nie mają już takiej estymy i poważania jak pięćdziesiąt lat wcześniej. Western jako gatunek ma mnóstwo ograniczeń i stąd wynika fakt, że tak naprawdę to wypalił się już dawno temu. "Unforgiven" w żaden sposób tego nie zmienił. A to, że pozwolił westernowi żyć dalej było wg mnie najważniejszą zasługą tego filmu.
-
2007/09/14 17:48:37
Ales sie uparl. Ja tez - zdania nie zmieniam :-) i zostaje przy swojej ryzykownej teorii. Moze ktos sie wlaczy w dyskusje i rozsadzi?
-
quentiin
2007/09/15 16:15:53
Broń Boże nie zamierzam zmuszać Cię do zmiany zdania :) Jedynie swój punkt widzenia przedstawiam i tyle :)
-
hjuston
2007/09/16 15:32:09
bylam wczoraj na tym filmie. nie jestem fanka westernow, ale film baaaaaardzo mi sie podobal. Russel Crowe gral po prostu swietnie (scena z widelcem). w ogole niezly psychopata.
a sprawiedliwosc musi byc oczywiscie po naszej stronie...
-
2007/09/16 19:42:37
Ja czekam na Crowe'a w "American Gangster" w duecie z Denzelem Washingtonem.
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/01/04 14:16:36
'the wild bunch' ;)
-
countersv
2008/02/11 15:00:14
Wlasnie przygotowuje sie do pisania recki do tego filmu, wiec przeczytalem Twoje zdanie na ten temat (taki moj nowy zwyczaj - oprocz czytania Twego bloga na biezaco, wracam jeszcze do starszych wpisow, jak obejrze cos, co Ty widzialas wczesniej). Mnie tam film znudzil, ale nie o tym chcialem, a przyczyna tego komentarza jest Twoj ostatni wpis tutaj. Bo American Gangster, mimo ze filmem byl srednim, to Crowe w nim zagral genialnie. A w 3:10 To Yuma kiepsko. I wez tu badz czlowieku madry - dobry to aktor, czy nie?
-
2008/02/11 16:29:50
No dobry. Powiedzialabym, ze wiecej mial niezlych wystepow niz takich, ktore mu nie wyszly. Zgadzam sie, ze tutaj sie nie popisal.