O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Miasto Boga

Miasto Boga. Reżyseria Fernando Meirelles. W rolach głównych: Alexandre Rodrigues, Leandro Firmino, Phellipe Haagensen.

„Miasto Boga” porwało mnie do brazylijskiej wielkomiejskiej dżungli i nie wypuściło przez następne dwie godziny. Akcja filmu toczy się z zawrotną szybkością, a reżyser żongluje kolejnością zdarzeń z taką biegłością, że sam Tarantino mógłby brać u niego korepetycje. Poznajemy bohaterów przez pięć sekund po to, aby dowiedzieć się, że czas na ich historię przyjdzie w dalszej części filmu, a reżyser wraca później do przerwanego wątku i zabiera nas w jazdę na rollercoasterze. Początkowa, genialnie sfilmowana gonitwa za kurczakiem zapowiada, że trzeba zapiąć pasy.

Głównego bohatera poznajemy, gdy jest o krok od złapania wspomnianego kurczaka, który uciekł przeznaczeniu i rękom kucharza. Rocket stoi na ulicy pomiędzy grupą pościgową kurczaka a policją, która pojawiła się nie wiadomo skąd i gdzie, a trzeba dodać, że grupa ścigająca drób dzierży w rękach narzędzia niezbędne w pościgu, jak pistolety maszynowe i rewolwery. Rocket szybko odgaduje, że znalazł się między młotem a kowadłem, czyli w sytuacji, w której znajdował się odkąd pamięta. Zaczyna opowiadać historię swojego nastoletniego życia, cofając się do lat 60., gdy dorastał w slumsach Rio de Janeiro, zwanych Miastem Boga. Jest w tej nazwie nie tylko przewrotna, ale wręcz okrutna ironia, bo Miasto Boga jest miejscem, o którym Bóg z pewnością zdążył już siedem razy zapomnieć. Obserwujemy dzielnicę wraz z dorastającym Rocketem. Początkowo nieopierzony żółtodziób  wraz z przyjaciółmi kopie piłkę na boisku (w końcu Canarinios, nie?), ale z czasem włącza się w życie dzielnicy i rządzących nią chuliganów, a w jego życie wkraczają narkotyki i przemoc.

Lata 70. to już czasy, gdy na scenę wkracza królowa kokaina, a dla miejscowych żuli rozpoczyna się okres prosperity niczym dla Ala Capone’a za prohibicji. Z chłopaczków popalających pety na podwórku i okazjonalnie kradnących butle z propanem, przeradzają się w bossów okolicy, z pistoletami maszynowymi, z bandą dzieci będących na ich usługi i zabijających równie bezlitośnie, jak ich mocodawcy. Ta właśnie część filmu jest najbardziej przerażająca i uderza obuchem w głowę - tym bardziej, że oparta na faktach – dzieci ulicy nie są już dziećmi, są maszynami do zabijania, kradzieży i terroru. Li’l Ze, główny obok Rocketa bohater filmu rozpoczął swoją karierę jako dziecko, gdy zostawiony przez kolegów rabujących burdel, wziął sprawy w swoje ręce i wystrzelał połowę prostytutek, zabrał pieniądze i po trupach zaczął wędrówkę na szczyt Miasta Boga, aby w wieku 18 lat zostać hersztem okolicy. To już nie jest amatorska dilerka narkotyków na ulicach, to zorganizowana siatka sprzedawców i dostawców. To także walka z konkurencją, która w pewnym momencie przeistacza się w regularną wojnę pomiędzy klanem Li’l Ze a konkurencyjną bandą Carrota. W tym świecie istnieje tylko jedno prawo – prawo przemocy, a kto ma mniej skrupułów w używaniu pistetu, ten ma przewagę. Broń jest dostępna dla każdego, kto chce jej użyć. Raz użyta, pociąga za sobą kolejne morderstwa, gwałty i okrucieństwo. I nie ma szans na wydostanie się z tego piekielnego kręgu.

„Miasto Boga” zostało sfilmowane w chaotycznym porządku, ale widać, że ten bałagan jest tylko pozorny. Historie poszczególnych bohaterów zazębiają się i widz składa poszczególne elementy tej układanki, aby na końcu dostać pełny obraz tego, co stało się z Rocketem, Li’l Ze, Knockout Nedem i Bennym. Film wciągnął mnie bez reszty i choć nie brakuje w nim przemocy i scen, przy których musiałam zamknąć oczy, to nie sposób się od niego oderwać. Gorączkowa, nerwowa i szarpana narracja sprawiła, że ogląda się ten film niemal niecierpliwie, ale z narastająca ciekawością, patrząc po drodze na  spalone słońcem slumsy, rabunki i morderstwa, twarze odurzone marihuaną i kokainą, przemoc i brutalność w świecie, który jest nam odległy nie tylko geograficznie, ale także mentalnie.

A co się stało z kurczakiem (i nie chodzi mi o tego z piórami)? Zobaczcie sami. Film jest oparty na prawdziwych zdarzeniach, a część aktorów to naturszczycy.

środa, 13 czerwca 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
hjuston
2007/06/13 19:17:12
a blood diamond byl u ciebie spalony ze wzgledu na ta przemoc wlasnie...

bardzo mi sie ten film podobal. zrobiony w stylu podobnym do snatch, c'nie? (tylko historia troche inna).
jak juz ci mowilam, moj kolega z pracy jest w brazylii. twierdzi, ze w niektorych czesciach nic sie nie zmienilo chociaz od tamtych czasow uplynelo juz tyle lat.
-
2007/06/13 19:42:51
Bo Miasto Boga jest piec razy lepsze niz Blood Diamond i przemoc w tym filmie trzyma sie kupy, ze sie tak wyraze. A Diamond to hollywoodzka propaganda i tyle. Gdyby nie DiKarpio, to nikt by na ten film nie poszedl.

-
hjuston
2007/06/13 20:05:44
ale sie zaparla ;-)
-
2007/06/13 20:10:59
Ty zaczelas.
-
Gość: radarek123, *.hsd1.il.comcast.net
2007/06/15 00:00:24

Strona sie zmienila czy to tylko u mnie inaczej sie otwiera ? Papieros czarno bialy na gorze i wszystko po prawej ...
-
2007/06/15 00:29:35
Ale ja nie pale. Choc w zasadzie...Czy ja palę? Pani Kierowniczko! Ja palę przez cały czas! Na okrągło!
-
2007/06/15 08:11:54
Widziałam ten film, wstrząsnął mną do głębi, przypomniał mi nieco współczesnego "Władcę Much":-), ale na pewno warto go oglądnąć.
-
2007/06/15 14:05:54
:)
-
2007/06/17 00:48:00
Swietny film, wlasnie z powodu naturalnej gry nieprofesjonalnych aktorow a w wiekszosci dzieciakow...Cos niesamowitego. W jednej z glownych rol Mane Galinha zagral rewelacyjny brazylijski muzyk Seu Jorge ktory wslawil sie muzycznie niezwykla rola w filmie "Life aquatic with Steve Zissou" gdzie spiewal przy gitarze piosenki Davida Bowie po portugalsku. Widzialem go na koncercie w Chicago. Naprawde niezle. Kolejnym powodem na obejrzenia "Life aquatic" jest rewelacyjny Williem Dafoe (i reszta)....No i "Platoon" tez z Willemem Dafoe....Ale to juz zupelnie inny film.
-
2007/06/17 18:22:07
A mi sie "Life Aquatic" nie bardzo podobal. SZkoda Billa Murraya na takie glupotki.
-
2007/07/20 15:21:22
az ciezko mi uwierzyc, ze dopiero teraz obejzalas ten film!! no, chyba ze masz kolejke recenzji... jesli nie - zawsze to lepiej pozno niz wcale:-) szczegolnie, ze to arcydzielko calkiem duzego formatu.

polecam serial "cidade dos homens"... ten sam sklad autorsko-rezysersko-aktorski, ale akcja dzieje sie dzis. niestety mam tylko dwie pierwsze serie (9 z kilkunastu odcinkow... reszta jeszcze nie wyszla w europie)

a z ta "prawdziwa historia", sprawa wyglada nastepujaco: poza kilkoma osobami, które rzeczywiscie rzadzily miastem boga (bené, zé pequeno), reszta (w tym buscape), to takie "postacie zbiorowe", opracowane na podstawie badan socjologicznych prowadzonych w favelach.

p.s. zdecydowanie nie polecam ksiazki... to chyba jakis wyjatek... albo tlumaczenie jest fatalne... ale przebrnalem przez nia tylko dlatego, ze chcialem sie doszukac powiazan miedzy ksiazka a filmem.

pzdr
zwierz
mexican.blox.pl/html